Życie w teraźniejszości

Ostatnio odważyłam się wyjść na dłużej z domu, wyrwać się w dobrym towarzystwie na chwilę – na jeden dzień. Od tamtego momentu mocno wraca do mnie refleksja o tym, czym jest moje życie w teraźniejszości.

Bolesna rzeczywistość

Z jednej strony czuję pokusę, by „przypudrować” to, co przeżywam. Potrzebę, by udać, że to, co bolesne, po prostu nie istnieje. Czasem słyszę takie głosy – cichy szept w sobie i głośniejsze słowa innych – by koncentrować się na tym, co dobre, na sukcesach, na pozytywnych stronach. To ważne. Ale to nie jest jedyna moja potrzeba w tym czasie.

Potrzebuję złapać również kontakt z tym, co dla mnie bolesne. Przestać uciekać.

Dość długo próbowałam stosować strategię uciekania w dobre wspomnienia, co doprowadzało mnie do płaczu i tęsknoty za tym, co było. Z kolei wybieganie myślami w przyszłość i szukanie tam nadziei przestało mieć rację bytu, gdy okazało się, że kolejne objawy zabrały mi możliwość planowania.

Jednak życie w teraźniejszości i tak obfitowało w możliwości ucieczki. Po prostu miały one inny wymiar. Uciekałam w spotkania z innymi ludźmi i bezkrytyczne ich słuchanie. Uciekałam w surfowanie po w sieci, godzinami śledząc, co nowego pojawiło się na fejsbuku. Uciekałam i w nadmierne interesowanie się nie swoimi sprawami i nachalne usługi doradcze, których inni nie potrzebowali. Byle uciec od spraw własnych.

Na liście wpisać mogę i Netfliksa, i czytanie mądrych książek z założeniem, że jak zdobędę więcej wiedzy to jakoś dam radę sama. Nawet modlitwa stała się pewnego rodzaju ucieczką.

I kiedy internet mi się znudził, koronawirus mnie odciął od ludzi i ich niezwykle interesujących spraw, a choroba od możliwości modlitwy na dotychczas poznane sposoby… dopiero wtedy zderzyłam się ze ścianą.

Odkryć modlitwę na nowo

Rzeczywistości nie zmienię. Nie przyspieszę leczenia. Nie zmuszę ludzi do pomocy. Nie wymuszę empatii. Mogę wprowadzić terror, ale to będzie zaklinanie rzeczywistości, wejście w coś, co jest jej kształtowaniem na obraz moich wyobrażeń, a nie Bożych wizji. Opieranie się na czyimś strachu, poczuciu winy… Czy to jest to, czego chcę?

Można długo traktować rzeczywistość magicznie, nawet w modlitwie. Ja Ci Boże różaniec, a Ty mi… Coraz bardziej odkrywam, jak istotne jest wyjście poza skrupulatne planowanie, pieczołowite budowanie rzeczywistości krok po kroku, na swoją miarę, w oparciu o własne wyobrażenia. Jak ważne jest wyjście poza przedmiotowe traktowanie modlitwy. Modlitwa nie jest narzędziem do spełniania moich celów, czy do zapewnienia mi spokoju psychicznego, choćbym często chciała, by tak było.

Cierpienie ostatnich miesięcy sprawiło, że zasadę – pomodlę się i mogę spać spokojnie, bo Bóg już wszystkim się zajmie wyrzuciłam do kosza…

Przez lata przechodziłam przez różne podejścia do modlitwy. Od modlenia się po to, by spełnić chrześcijański obowiązek, przez naukę zaufania, poprzez poczucie, że modlitwą mogę sobie coś zapewnić, do odkrycia, że najwięcej dzieje się między mną a Bogiem. Mogę naginać Boga do mojej rzeczywistości, ale mogę też pozwolić Bogu by mnie przemieniał, bym ja nauczyła się przyjmować Jego rzeczywistość.

To ostatnie stało się dla mnie punktem wyjścia w sytuacji, gdy już nie potrafiłam się modlić. Gdy moją główną modlitwą stało się wycie: „Boże, nie zniosę więcej”. „Boże, zabierz cierpienie”. „Boże, nie chcę tego cierpienia”. „Boże, nie tak miało być… nie tak wyobrażałam sobie bycie z Tobą”.

Stanąć na własne nogi

Ostatnio czuję się wypychana z tego stanu zawieszenia. Modlitwa już nie wystarczy. Co to za paradoks?

Mocno we mnie pracuje to, co napisał w jednej ze swoich książek jezuita Anthony de Mello:

Do ucznia, który nieustannie oddawał się modlitwom, Mistrz powiedział: „Kiedy wreszcie skończysz wspierać się na Bogu i staniesz na własnych nogach?”. Uczeń był zaskoczony. „Przecież to ty uczyłeś nas, by uważać Boga za Ojca!” „Kiedy nauczysz się, że ojciec nie jest tym, na kim możesz się wspierać, lecz tym, kto wyzwala cię z twojej skłonności do wspierania się na kimkolwiek?”

W przeżywanym cierpieniu, gdy marzę, by mieć się na kim oprzeć, słyszę – stań na nogi. Konkretne wydarzenia życiowe, bardzo bolesne, dobitnie na to wskazują.

Ze zderzenia moich oczekiwań, marzeń, nadziei z murem rzeczywistości nie da się wyjść cało. Można jednak wybrać swój sposób zderzenia. Można wybrać ból. Wybrać zranienie, które się wydarzy, i tym samym wybrać to, co się wydarzy.

Pierwszy wybór zakłada schowanie się w bezpiecznym świecie mechanizmów, które chronią moją psychikę. Pomyślę o czymś przyjemnym… Zacisnę zęby i przetrwam do czasu, gdy będzie lepiej… Sięgnę do psychologii pozytywnej, albo humanistycznej, i popatrzę, co mi proponuje.

Można pójść też w stronę religijną: odmówię nowennę, pokażę swoją determinację i upór… Poszukam jakieś skutecznej formy modlitwy. Święta Rita i modlitwa do niej? Może „Jezu, Ty się tym zajmij” od ojca Dolindo? Albo czas wrócić do świętej Faustyny? Wiem jednak, że w moim przypadku to nie będzie szukanie słów, które wyrażą tęsknotę mojej duszy, ale zwykłe pogańskie wielomówstwo i kręcenie się wokół siebie i tego, czego ja potrzebuję – skutecznej modlitwy i uniknięcia obecnego cierpienia, ucieczki od mojej codzienności.

Jest też druga droga – droga wejścia w cierpienie i cierpliwego przeżywania, bez szukania „podpórek”. Życie w teraźniejszości, które nie opiera się na jakiejkolwiek formie modlitwy, tylko wybiera pewną modlitwę i wiernie się trzyma tej formy spotkania z Bogiem. Życie, w którym świadomie rezygnuję z oczekiwań, z planów, na rzecz wpatrzenia w Boga – po to, by skupić się na przeżywaniu tego czasu z Nim.

Wybiegam w przyszłość „o tyle, o ile”. O tyle, o ile jest mi to potrzebne do zrobienia zakupów, do zaplanowania tygodnia pracy, do zadbania o podtrzymanie relacji, do zadbania o siebie i swoje zdrowie. To dla mnie dziwne, nieintuicyjne, nieco kanciaste w stosowaniu. Jest tu dużo mierzenia się z własnym bólem. Jest i wzrastanie w poczuciu odpowiedzialności za siebie.

Łaska podtrzymuje mnie w działaniu, ale Bóg czeka na moją odpowiedź. Od mojej decyzji zależy, czy zatrzymam się, „zdam się” na Niego (co też jest możliwe i Bóg nie będzie oponował), czy wejdę w proces, do którego mnie zaprasza.

Ode mnie zależy, czy będę próbowała przetrwać cierpienie, czy dam się stwarzać i będę siebie stwarzać we współpracy z Nim, odpowiadając na nieustannie płynący strumień łaski.

Życie w teraźniejszości

Wybierając pierwszą drogę, wybieram ból ponawiającego się cierpienia, na które znajduję środki doraźne. Wybierając drugą – wybieram ból cierpienia, ból trwania w rzeczywistości. Ból wykraczania poza siebie i świadomości, że to się nie dzieje moimi siłami, że mogę przyjąć Jego łaskę i na nią odpowiedzieć, być czynną w działaniu ale zarazem bierną w przyjmowaniu łaski.

Na pierwszej ścieżce znajduję ciągłe zderzanie się ze ścianą. Na drugiej – możliwość przeżywania cierpienia z Bogiem. Możliwość, nie pewność.

Życie w teraźniejszości, również w doświadczanym cierpieniu, może być przestrzenią głębszego niż dotychczas spotkania z Bogiem. Ale idąc tą drogą wciąż można wielokrotnie uciekać. Ludzka słabość jest, nie znika.

Tam, gdzie są siły, mogę działać. Tam, gdzie jest słabość, mogę szukać Jego miłosierdzia.

Korzystać z sił, które są i nie tupać nóżkami, gdy ich nie ma. Nie rezygnować z sił własnych lub z siły łaski, w zależności od tego, jakie w danej sytuacji słyszę zaproszenie od Boga. Zarówno siła, jak i słabość to łaska, w której można spotkać się z Bogiem; jedno i drugie wymaga jednak odrębnego sposobu działania, a niekiedy i bierności.

Obym umiała rozróżnić jedno od drugiego.