Oswajanie z codziennością

Zdrowotnie niewiele się zmienia. Ot, dni lepsze, dni gorsze. Oswajam się więc z codziennością.

Bycie tu i teraz

Próbuję pozwolić rzeczywistości być taką, jaka jest. Z tymi bardzo smutnymi chwilami i z tymi przebłyskami radości. Przyzwyczajam się, że na razie moje osobiste niebo jest pochmurne i cieszę się każdą chwilą, gdy widzę choć kawałek niebieskiego nieba.

Dzień zaczynam od podlania roślinek, chyba, że deszcz robi to za mnie (przynajmniej w stosunku do roślinek na zewnątrz 😉 ). Potem śniadanie i zadania, w zależności od tego, na co mi dziś pozwala organizm. Czasem mobilizuję się, by prowadzić wykłady, innym razem mam nieco więcej swobody i znowu coś sadzę, przesadzam, podlewam, sieję. Albo szyję. Albo gotuję. Dziś testowałam marynatę miodowo-musztardową do indyka.

Takie zwyczajne życie dalekie jest od tego, co było kiedyś. Dalekie jest od „mojego” pędu, życia w biegu, szukania wrażeń. Jest inne. Trudno mi jest się do tego przyzwyczaić. Próbuję przyjmować to, co się dzieje we mnie i dookoła mnie. Próbuję być bierna i nie walczyć o powrót do tego, co było.

Te wszystkie próby to małe lekcje pokory, lekcje tego, że nie musi być „po mojemu”. Chciałabym być gdzie indziej, ale jestem tu i teraz.

I nawet nie za bardzo mam dokąd uciec.

W końcu, gdzie bym mogła uciec? Gdziekolwiek pójdę, jestem tam cała. Ze swoim zachmurzonym, przedziwnym wewnętrznym światem.

Małe wyzwania

Często nie mogę znaleźć sobie miejsca. Niby wiem, co mam robić, mam nakreślony plan – ale jest we mnie jakiś ni to niepokój, ni to panika, ni to rezygnacja. Trudno jest pracować i nie widzieć od razu efektów. Czasem małym wyzwaniem staje się dla mnie praca przez pół godziny, bez rozproszeń. Innym razem – skończenie rozpoczętego zmywania. Rozwieszenie prania. Albo włączenie odkurzacza.

Uczę się od roślin. Mają swój czas zasiewu, mają czas wzrostu i czas dawania owoców. Ale nawet znając ich dynamikę wzrostu wiem, że nie zawsze wszystko wychodzi. Nie wszystko jest zależne od rośliny. Czy pietruszka mi wyrośnie, skoro zasiałam ją miesiąc po jej terminie zasiewów? Może chcieć wyrosnąć, ale czy dałam jej optymalne warunki? Czy pojawią się pszczoły, dzięki którym może nawet w tym roku zjem kilka truskawek z własnego ogródka?

Czasem jest moim roślinkom za sucho, czasem podleję je za dużo. Trudno znaleźć odpowiednią miarę podlewania, ale nie tylko tego. Gdzie znaleźć właściwą miarę dla działania? A może nie trzeba jej szukać, może wystarczy reagować na bieżąco. Czy jest to mój czas zasiewu, czy może czas wzrostu? A może czekam, aż dojrzeją owoce?

A może niepotrzebnie zadaję sobie te pytania? Może niepotrzebnie szukam wciąż odpowiedzi?

Pozwolić sobie na bierność

Wciąż zastanawiam się nad sensem cierpienia. Nieustająco przyglądam się swojej rzeczywistości. Dużo myślę, ale też mam dużo czasu na myślenie. Strajki mojego organizmu, wciąż u mnie trwające zamrożenie aktywności…

Z jednej strony nie jest dobrze – mieć zbyt wiele czasu na myślenie. Można zapędzić się w przestrzeń, w której powoli znika działanie, a myśli są coraz bardziej oderwane od rzeczywistości. Z drugiej strony – w ciszy może się bardzo wiele wydarzyć. I w tej „głośnej” ciszy pełnej myśli, i w tej „cichej”, gdy myśli się uspokoją.

Odkrywam, jak ważne jest to, by nie walczyć w każdej sytuacji. By nie być ciągle aktywną, nastawioną na działanie, jak nie w życiu, to w głowie. Kolejne moje „próbuję” to: próbuję pozwolić sobie na bierność.

Bierność, w której mogę sobie uświadamiać, ale niekoniecznie muszę podejmować działanie. W której mogę pozwolić sobie na to, by moje emocje były. Mogę złapać z nimi kontakt i pozwolić im istnieć – podobnie jak moim potrzebom, pragnieniom, myślom… Pozwolić istnieć, ale nie zgłębiać ich, nie przyglądać się za bardzo – by nie utonąć w rozważaniach.

Ta bierność daje przestrzeń, by to On działał, nie ja.