Doświadczenie Słowa

Spotkanie z Bogiem w lekturze Pisma Świętego może mieć wiele twarzy. Każda z nich pokazuje coś innego i zaprasza do zupełnie innej przygody. Daje inne doświadczenie Słowa.

W tym roku po raz pierwszy uczestniczyłam w Tygodniu Biblijnym. Pomysł na dzielenie przyszedł wraz z lekturą oficjalnych materiałów XII Tygodnia Biblijnego i IV Narodowego Czytania Pisma Świętego. Z tej strony pobrałam sigla i… ruszyłam na spotkanie.

To doświadczenie Słowa, tego, jak Bóg chce do mnie przemawiać skłoniło mnie do refleksji. W tym wpisie chcę podzielić się drogą, którą przeszłam, podejmując się na różne sposoby lektury Pisma Świętego, oraz doświadczeniem tegorocznego Tygodnia Biblijnego.

Lektura od deski do deski

Pamiętam, jak w liceum toczyliśmy ze znajomym dyskusje na tematy około religijne. To był dla mnie czas stawiania wielu pytań i szukania odpowiedzi na własną rękę. Uważałam siebie za całkiem nieźle wyedukowaną w wierze, dopóki nie okazało się, że mój znajomy – agnostyk – przeczytał Biblię od deski do deski. A ja nie…

Od lat chodziło za mną pragnienie lektury całego Pisma świętego. Początkowo chodziło o zwykłe popisanie się, potem o poznanie całości. Nie mogąc przebrnąć przez Księgę Kapłańską poddałam się.

Fascynacja z Ignacym w tle

Po kilku latach przygoda z duchowością ignacjańską z powrotem wciągnęła mnie do lektury Biblii. Tym razem jednak mierzyłam zamiar podłóg sił. Nie rzuciłam się na całość, ale zaczęłam medytować wybrane fragmenty, związane z rekolekcjami ignacjańskimi. Czasem zagłębiałam się w czytania z dnia.

Moje doświadczenie Słowa jako czegoś, co wpływa konkretnie na moje życie, wreszcie miało szansę się rozwinąć. Wcześniej co prawda wiedziałam, że Bóg chce do mnie mówić, ale była to refleksja teoretyczna, na której doświadczanie w natłoku zajęć brakowało mi czasu.

W międzyczasie próbowałam Lectio Divina, ale w porównaniu z medytacją (i później kontemplacją) wydawało mi się nudne. Takie spokojne zatrzymanie się nad Pismem nie było zupełnie atrakcyjne w obliczu medytacji ignacjańskiej, która dostarczała mi wielu refleksji, a czasem i mocnych wrażeń.

To też był ciekawy etap modlitewny, na którym wydarzyło się wiele trzęsień ziemi, a ja pozwoliłam poprowadzić się w nieznane, obrywając czasem po uszach za to, że tam, gdzie jest duchowe ograniczenie do 90 km/h to ja jadę co najmniej 140…

Wspominam ten czas z łezką w oku, ponieważ dopiero wtedy zrozumiałam, o co chodzi w relacji z Bogiem i że bycie bliżej będzie ode mnie wymagało porzucenia tego, kim jestem w swoim mniemaniu na rzecz odkrycia tego, co o mnie chce mi pokazać Bóg. A ostatecznie – skupienia się na Nim, nie na sobie.

Doświadczenie Słowa i mnisze trwanie

Moje medytacyjne przygody ucięło pogorszenie stanu zdrowia. Nie miałam siły się modlić tak, jak dotychczas – robiąc codziennie półgodzinną medytację. Zaczęłam też dostrzegać, jak ta medytacyjno – kontemplacyjna forma zgłębiania Biblii przestaje mnie karmić.

Zrozumiałam to z czasem, gdy okazało się, że przeżywałam swoją wiarę w pewnej izolacji od doświadczeń codzienności. Owszem, odkrycia z modlitwy starałam się przenieść do życia codziennego, ale czułam niedosyt.

W mojej codzienności brakowało doświadczenia Boga w rzeczach zwykłych. Nie w sakramentach czy na modlitwie – czyli w „wydzielonym” czasie, ale w sprzątaniu, zmywaniu naczyń, pracy. Poczułam, że stoję w momencie wyboru, gdy mogę zostać z Bogiem tylko na modlitwie, a mogę zacząć świadomie przeżywać Jego obecność w innych obszarach życia.

Gdy pozwoliłam Bogu „wyjść” poza ramy modlitewnych praktyk wydarzyło się dla mnie coś niezwykłego. Zaczęłam spędzać mniej czasu na modlitwie, a – paradoksalnie – więcej na zgłębianiu słowa Bożego. Doświadczenie Słowa stało się doświadczeniem codzienności – powracania do fragmentu, który mnie poruszył na modlitwie. Takiego powolnego „przeżuwania” Słowa w kontekście codziennych obowiązków.

Podobne doświadczenie przeżyłam wcześniej, modląc się Liturgią Godzin. Zanim dałam się porwać duchowości ignacjańskiej, zainspirowana mniszym życiem zaczęłam w podobny sposób modlić się Słowem i przy nim trwać.

Gdy więc w ostatnim czasie zdrowie nie pozwalało mi na długą modlitwę, często po prostu zatrzymywałam się przy konkretnym fragmencie na jakiś czas. I trwałam.

Dwunasty Tydzień Biblijny i instagramowe dzielenie

Obecnie jestem po dłuższym czasie bez codziennej, zaplanowanej modlitwy. W sytuacji pandemii, w obliczu przerwanego przyjmowania kroplówek nawet nie próbowałam szukać modlitewnego rytmu. Próbowałam przetrwać i… trwać przy Bogu.

Decyzja o zagłębieniu się w refleksję nad Biblią w związku z XII Tygodniem Biblijnym stworzyła przestrzeń do głębszego niż dotychczas spotkania ze Słowem. Czas ogólnoświatowego kryzysu to, w mojej izolacji, czas odkrywania Boga, spraw wiary na zupełnie inny sposób.

Czuję, jak pisząc rozważania wychodzę poza swoje utarte, biblijne szlaki. Mierzę się ze zranieniami – pozwalam im być, jednocześnie jednak pozwalam Bogu pokazać mi coś, co poza te zranienia wykracza.

To dzielenie Słowem jest niezwykle mobilizujące do odkrywania, jak bardzo Bóg walczy o mnie. O to, żeby doświadczenie choroby, wracające zranienia, samoizolacja ze względu na stan zdrowia nie zniszczyły mnie.

Czuję potrzebę użalania się nad sobą, doświadczenia współczucia. Chciałabym częściej słyszeć, że jestem dzielna. Za każdym razem, gdy – szczególnie w ostatnim czasie – stan zdrowia pogarszał się, podnoszę się i walczę. Chciałabym usłyszeć, że to, co robię, jest ważne – i że ma sens. Samej trudno mi jest to odczuć w codzienności, którą opisują dwa sformułowania: „walka” i „dochodzenie do siebie po walce”.

Mam jednak poczucie, że słowa ludzkie nie są w stanie mnie nakarmić tak, jak wcześniej. I doświadczam tego, jak przez pisanie rozważań Bóg mnie karmi swoim Słowem. Przemienia. To doświadczenie Słowa umacnia mnie i pozwala iść dalej w nieznane.