Odosobnienie

Nie mówię – izolacja. Nie jestem na kwarantannie. Pracuję zdalnie i nie wychodzę z domu, jeśli naprawdę nie muszę. Ot, uroki obniżonej odporności w trakcie pandemii.

Jak bardzo obniżonej? Nie wiem. Nie tak, by bardzo się bać. Są w mojej rodzinie osoby bardziej narażone. Jednak gdy odwoływałam kroplówki usłyszałam, że lepiej, bym – jeśli mogę – została w domu. Bo jednak jestem słabsza niż inni. Niż przeciętny człowiek w moim wieku. Zawiesiłam więc leczenie – mogłam. Jestem w takim stanie, że nawet jeśli mi się nie poprawi (choć bardzo czekam na poprawę… uwierzcie mi), to jednak dwa tygodnie nie zaszkodzą. Prawdopodobieństwo pogorszenia nie jest aż tak wielkie.

Więc jestem odpowiedzialna, jak potrafię, jak rozeznaję. Wobec siebie i wobec słabszych w mojej rodzinie. Nie chodzę do kościoła, nie spotykam się z innymi, mam zrobione zakupy i siedzę na tyłku w domu. Pracuję zdalnie. Dużo odpoczywam.

***

Zapasy zrobiłam już w momencie, gdy pojawiły się pierwsze przypadki. Tak… na wszelki wypadek. We wtorek próbowałam zasugerować, żeby odwołać spotkanie wspólnoty, ale usłyszałam, że życie toczy się dalej, a ja mogę nie przychodzić. Stuliłam po sobie uszy. W czwartek dostałam maila, że odwołane. Różnica dwóch dni. I rządowego środowego komunikatu.

Praca zdalna – w szkole e-learning. Poradnia zamknięta. Jednak perspektywa „zamknięcia”, swoistej, przymusowej izolacji (którą, patrząc na doniesienia medialne o tym, jak ludzie masowo ganiają do urzędów, traktuję poważnie) jakoś mnie nie rusza.

Powracają wspomnienia. Głównie ostatnich nieco ponad dwóch lat.

***

Wspomnienie pierwsze, gdy w grudniu 2017 leżałam w szpitalu. Ze względu na krwawienie po zabiegu, które dość wolno się „uspokajało” zatrzymano mnie na dodatkową dobę w szpitalu. Byłam wściekła. Czułam, jak wiele razy wcześniej w sytuacji szpitalnej, że pozbawia się mnie czegoś wbrew mnie.

Tamtą lekcję odrobiłam. Potem rekolekcje ignacjańskie były przestrzenią, w której czasowo zrzekałam się swoich przywilejów wolności, wchodząc w milczenie. Brak komórki, muzyki, mediów, filmów, znajomych… Wiem, jak twórczo radzić sobie z brakiem.

***

Lekcja druga – gdy widząc, że nie jestem w stanie funkcjonować w relacjach w sierpniu zeszłego roku zniknęłam zupełnie z radarów. Wcześniej – w czerwcu 2018 r. – zniknęłam z social media. Wciąż trudno mi jest dogadać się z innymi, ale dzięki leczeniu mam więcej sił.

Jednak wspomniane „pustynie” nauczyły mnie, że mogę przez jakiś czas komunikować się inaczej – rzadziej. Mailowo, a nie telefonicznie czy bezpośrednio. Że nie muszę koniecznie się spotykać, że mogą mnie omijać różne wydarzenia i żyję bez tego dalej.

***

I lekcja trzecia, którą odrabiam teraz, siedząc znów w odosobnieniu. Na dobre nie wyszłam z tego dwuletniego oddzielenia od innych, nie zdążyłam się nacieszyć powolnym powracaniem do rzeczywistości po wielu latach zmagań, a tu okoliczności zmuszają do zamknięcia się w domu.

Najpierw było potworne wkurzenie. A teraz odrabiam kolejną, bezcenną lekcję. Skupiam się na sobie, na tym, co mam do zrobienia, zamiast na tym, jak bardzo inni udowadniają swoją beztroskę, bezmyślność, zamknięcie na drugiego człowieka i to, co ma do przekazania. Jak bardzo ulegają lękom, swojemu przywiązaniu do pewnych rzeczy, jak bardzo wypierają lub wyolbrzymiają zagrożenie. Po raz pierwszy od dawna nie tylko WIEM, ale też CZUJĘ, że to nie jest mój biznes. Jeśli mogę mieć wpływ – próbuję. Jeśli nie – cóż. Robię swoje.

To kolejna, moja, osobista oznaka wracającej normalności. Ale to też lekcja, którą teraz trzeba pilnie powtarzać. I zanurzyć się w teraźniejszości – w sprzątaniu, gotowaniu, zmywaniu, porządkowaniu pudeł, w pracy zdalnej, w zabawie Lightroomem, słuchaniu muzyki. W serialu, który pozwala mi odkryć moją złość i zacząć z niej korzystać w sposób twórczy.

***

A modlitwa?

Przez dwa lata stałam się dość biegłym adeptem w medytacji ignacjańskiej, rachunku sumienia, odmawianiu Liturgii Godzin i lectio Divina. Dużo się modliłam, dopóki nie zmogła mnie choroba i jedyne, co mogłam robić, to być przy Nim, leżąc w łóżku.

Teraz zaś uczę się, jak być z Nim w nowej dla mnie codzienności. W tych rzeczach, które tak bardzo mnie przerażały, od których się odzwyczaiłam. W zmywaniu po posiłku, a nie przed następnym. W roztropnym robieniu zakupów, w gotowaniu czegoś więcej niż makaron z warzywami. W dbaniu o odpoczynek, ale i o to, by kontynuować proces zbierania się z kawałków.

Uczę się, że codzienność też jest modlitwą. Ta modlitwa „ustrukturyzowana” nie jest celem samym w sobie, ale przydatnym narzędziem. Narzędziem, które pozwala regularnie zaczerpnąć sił, być w Jego obecności w uprzywilejowanym czasie, tak, by odnaleźć Go w codzienności.

W końcu On JEST. Wszędzie.