Drzwi szeroko zamknięte, czyli bycie wykluczoną

Myślałam, by określić ten stan terminem: „samowykluczenie”. Potem jednak zrozumiałam, że to nie do końca tak, że nagle to ja rezygnuję i ja odchodzę. To bycie wykluczoną.

To sytuacja, w której czuję, jak mam coraz mniej oddechu. Coraz mniej przestrzeni. Sytuacja, w której nie potrafię w żaden sposób włączyć się w życie lokalnej wspólnoty – po prostu mam poczucie, że nie mamy o czym rozmawiać. Przyglądając się kwestii mojej „kościelnej przynależności” mogę śmiało skorzystać z terminu: „bycie wykluczoną”.

Choć to ja podejmuję decyzję, by nie pukać do kościelnych drzwi, robię to z konkretnych powodów. Żeby być w stanie kiedyś podjąć decyzję o powrocie do instytucji, potrzebuję wiele rzeczy uporządkować i przepracować. Przede wszystkim wzmocnić się tak, by nie wracało do mnie przygniatające poczucie niższości w obliczu ubranego w sutannę i/lub ornat kapłana, który z wyżyn ambony i z poziomu własnych doświadczeń chce przekazać mi, jak mam żyć.

Zaznaczam, że zbieram tu najgorsze doświadczenia, które miałam. Nie dlatego, że chcę pluć na kogoś, kalać „własne” gniazdo. Robię to raczej po to, by pokazać, że przez lata funkcjonowania w obrębie wspólnoty w człowieku może nazbierać się tak wiele negatywnych doświadczeń, że nie da rady ich dalej dźwigać. Zostaje wybór: zająć się sobą, przepracować własne zranienia, albo dalej dokonywać gwałtu na rozumie i trzymać się myśli, że milcząca wierność będzie moim kluczem do zbawienia.

Nie widzę dla siebie na ten moment drogi środka. Długo potrafiłam cierpliwie znosić różne sytuacje. A kiedy przekroczona została pewna granica – już nie jestem w stanie. Potrzebuje czasu na przepracowanie i zintegrowanie doświadczeń. I na decyzję, co dalej.

Miejsce nie dla ludzi w kryzysie

Będąc zdiagnozowaną z nowotworem 11 lat temu po raz pierwszy doświadczyłam bardzo mocno, że we wspólnocie długie modły często zastępują konkretne uczynki miłosierdzia. Do modlitwy za mnie ustawił się sznurek osób, do trwania w zmiennych sytuacjach związanych z leczeniem już nie bardzo. Nie mam kontaktu z ludźmi, których w tamtym okresie poznałam, poza osobami z pewnej zaprzyjaźnionej redakcji.

Propozycje, które na przestrzeni czasu otrzymałam, zostałyby zapewne uznane za konkretne i skuteczne duchowe narzędzia. Mowa była o sakramentach, o modlitwie, o udziale w modlitwach o uzdrowienie. Okazało się, że jak znacząca większość ludzi zaproszona jestem przez Boga do odkrywania Jego obecności w codzienności – w procesie leczenia, w zmaganiu o zachowanie wiary gdy pojawiały się niepomyślne informacje, do lepszego poznawania siebie i szanowania swoich ograniczeń. Pamiętam jednak wciąż echo krzywdzących słów mówiących o tym, że choroby wszelakie to pokłosie wiary słabej. A mój nowotwór – to efekt niechęci do rodzicielstwa. Ciekawa jestem, czy głoszący tę tezę mnich sam ją wymyślił, czy gdzieś wyczytał lub zasłyszał?…

To uproszczone, wręcz magiczne postrzeganie wiary, wiązało się z przerzucaniem na mnie odpowiedzialności za coś, co było ode mnie niezależne.

Dodatkowo wiązało się z ograniczoną możliwością otrzymania konkretnego wsparcia od ludzi we wspólnocie, nie przygotowanych lub średnio przygotowanych na zderzenie z czyimś cierpieniem, także na budowanie relacji w takiej sytuacji. Jednocześnie zwrócenie uwagi, próba tłumaczenia mojego stanu czy moich potrzeb w związku ze wspólnotą wiązało się z wracającym refrenem o słabości i niedoskonałości ludzkiej. Czymś, co ja miałam przyjąć w moim cierpieniu jako wytłumaczenie wszelkich trudnych spraw.

To powszechne wręcz nastawienie na edukowanie co do zasad i ich przestrzegania, a nie w zakresie budowania głębszych relacji sprawiło, że w moich kryzysach, pytaniach, zwątpieniach często zostawałam sama. Podkreślanie słabości ludzkiej sprawiało, że w środku krzyczałam. Czemu ludzka słabość ma być wyjaśnieniem na każdą okazję? Jedyne proponowane rozwiązanie to było trwanie w impasie, gdzie wspólnota wspaniałomyślnie przyjmuje mnie z moim stanem i moimi emocjami, a ja akceptuję zerowe lub niewielkie zaangażowanie i nie narzekam za dużo.

Miejsce nie dla tych, co chcą rozeznawać

Można by się przyczepić do mojego rozeznawania, które doprowadziło mnie najpierw do rezygnacji z codziennej Eucharystii, a potem z Eucharystii w ogóle. To drugie – już w związku z moim zdrowiem, a potem pandemią. Ten przykład pokazuje jednak, jak bardzo istotny jest kontekst. Choć – gdybym miała rozmawiać z co pobożniejszymi dawnymi znajomymi – pewnie bym na ten temat nic nie mówiła. Z lęku przed oceną.

Moje rozeznawanie poprowadziło mnie do odpuszczenia modlitwy na rzecz trwania przy Bogu. W zmęczonej głowie kołatały się echa słów o Kościele, który wie lepiej ode mnie, co powinnam robić w mojej sytuacji, czyli – wrócić do modlitwy i sakramentów. Wracały również słowa o codziennym nawracaniu się, o regularnej modlitwie, o tym, że nie da się prowadzić życia duchowego bez modlitwy… Na chorobę plastrem był sakrament chorych.

Okazuje się jednak, że da się prowadzić życie duchowe bez zwykłej, ustrukturyzowanej modlitwy i może ono być niezwykle głębokie.

Samo trwanie w paskudnej codzienności może być modlitwą, jeśli jest odpowiedzią na Boże wezwanie. Mimo dyskomfortu szłam swoją drogą, choć narastał we mnie – znowu – lęk przed byciem ocenioną.

Zorientowałam się, że w zbyt wielu miejscach pojawiała się ocena – w konfesjonale, w kazaniach, w książkach i w treściach rekolekcji. Moje wysoko wrażliwe ucho wyłapywało to uważnie, mając poczucie, że moje serce jest jak kamień, który należy rozbić duchową dyscypliną. Przekaz płynący z instytucji nijak jednak dotykał moich osobistych trudności. Najpierw próbowałam się dostosować do przekazu. Teraz wybieram to, co mi jest potrzebne do drogi, pamiętając, że syty (zdrowy) głodnego (chorego) nie zrozumie.

Miejsce nie dla tych, co muszą zaryzykować

Recepty na chorobę, jakie słyszałam, to modlitwa, pokora spod znaku „niesienia krzyża”, jeżdżenie na modlitwy o uzdrowienie. Mój obecny powrót do zdrowia związany jest z moim uporem i niezgodą na taki stan rzeczy (ba! odkrywam, że to też dar od Boga). Owszem, mam za sobą dużo wizyt u lekarzy. Efekty jednak są. Mogłam podjąć pracę. Wiązało się to dla mnie jednak z ryzykiem, w jakimś stopniu pójściem pod prąd, by zawalczyć o coś, co jest dla mnie wartością – o zdrowie.

Model wyniszczania ciała dla duchowego dobra w pewnych kręgach wciąż ma się całkiem nieźle. W pamięci mam książkę, która liczne wizyty u lekarzy i brane leki podciąga pod nadmierne zatroskanie o ciało. Wiem, że Kościół nie nadąża za rozwojem wiedzy – widzę to po sobie i po tym, jak oceniano moje trudności jako wynikające z lenistwa, niechęci do podejmowania wysiłku czy zranień, które powinno się leczyć modlitwą. Po tym, jak zaryzykowałam, zostawiłam na boku próby przebłagania Boga, aby mnie cudownie uzdrowił, i zaczęłam szukać medycznego wyjaśnienia mojego stanu.

Coraz bardziej mierzi mnie mówienie o „całkowitym” czy „totalnym” zdaniu się na Boga. Może dlatego, że jest ono umieszczane nie tam, gdzie trzeba. Co prawda – zazwyczaj tam, gdzie już nie da się nic zrobić. Jednak zazwyczaj nie dodaje się tego, że rozum też jest od Boga darem, że warto z niego korzystać, szukać, przyglądać się, zmieniać się. Z drugiej strony, zatrzymanie się w rozwoju i wołanie: „Ty się tym zajmij” wspaniale konsoliduje wspólnotę w przekonaniu, że tylko modlitwa ma moc.

Uczę się więc, jak ufać sobie. Jak obdarzać zaufaniem siebie i jak brać poprawkę na to, że ksiądz też człowiek. I idę dalej.

Bycie wykluczoną

Moje uszy długo były nastawione na to, co „właściwe”, co „dobre”, co „zgodne” z nauczaniem. Bycie wykluczoną to w jakimś stopniu pójście pod prąd tego, co słyszałam. Wyjście poza promowany styl przywiązania – raczej lękowy i uległy. Wykroczenie poza styl konwersacji, w którym konsekrowana osoba, ze względu na swoje wykształcenie, ma ostatnie słowo w dyskusji. Wróć! Poza styl, w którym często nie ma żadnej dyskusji.

Z czasem to bycie wykluczoną pogłębia się. W miarę, jak się zmieniam, szkolę umiejętności komunikacji, pracuję nad budową innego stylu przywiązania. Zmiana struktury psychiki, zachowań, codziennych przyzwyczajeń, postawy… Przestaję wierzyć w ideę pisania listów, zaangażowania na warunkach drugiej strony, tłumaczenia czegokolwiek.

Zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że za tym wykluczeniem stoi moja dawna wiara w dobro Kościoła i w to, że da się go zmienić od środka.

Wiara w dobro, w to, że jest w Kościele (tym instytucjonalnym) o wiele więcej Bożego ducha i Bożej łaski. Że ludzie są dobrzy, uformowani, że nie dotykają ich aż tak bardzo złudzenia poznawcze. Wiara w to, że da się Kościół od środka zmienić szła w parze z całkowitym poświęceniem, niemalże jak z żywotów świętych. Niemalże do ostatniego tchu. Do momentu opamiętania – gdy zrozumiałam, że moje ciało też jest świątynią Boga, a wpuszczając się w nie swoją walkę niszczę tę świątynię.

Ta wcześniejsza wiara, podsycana przez kaznodziejów i biskupów tegoż Kościoła, okazała się wiarą na wyrost, wiarą szkodliwą, przykrywającą moje realne trudności i problemy. Odrywającą mnie od tych działań, do których Bóg mnie zapraszał… Cieszę się, że moje „bycie wykluczoną” oznacza powrót na Boże ścieżki.

Głosy w mojej głowie

Teraz jestem nieobecna w Kościele. I w myśl zasady „nieobecni nie mają głosu” nie ma pytania o moją nieobecność. Skąd się bierze? Czy to ja sama odeszłam, czy może zostałam wykluczona? Może to nie ze mną jest coś nie tak, lecz ze wspólnotą, która błądzi? Może to nie za mnie (jako tę z marginesu) trzeba się modlić, lecz za Kościół, którego słowa są coraz bardziej puste?

Porządkuję głowę, w której odzywają się różne głosy z przeszłości. Przypominają przeszłe doświadczenia, które wbijają w poczucie niższości (wobec kleru) lub wyższości (wobec niewierzących – o ile wypełniam po faryzejsku przykazania). Głosy, które każą przekraczać siebie, prowadzić aktywne życie duchowe i robić Bóg jeden wie ile różnych dziwnych rzeczy, by zasłużyć na zbawienie. Głosy, które mówią dla samego mówienia. Uczę się pracować nad sobą tak, by miały coraz mniej głosu w moim życiu.

Pamiętam, jak rok temu w lutym nie dotarłam na poranną rekolekcyjną mszę. Dzięki temu miałam okazję współuczestniczyć w Eucharystii sprawowanej przez dominikanina, który był w tamtym domu rekolekcyjnym na urlopie. Zamiast kazania – w małej, zawiązanej na ten czas, „przypadkowej” wspólnocie podzieliliśmy się refleksją, tym, czego doświadczyliśmy słuchając Ewangelii.

Poczułam się wtedy dostrzeżona. Poczułam, że jestem częścią wspólnoty. Poczułam, że nie potrzeba mnie pouczać – możemy iść ramię w ramię do Boga. Że moje doświadczenie Jego działania, Jego obecności też jest ważne i też się liczy.

To doświadczenie trzymam w sercu jak skarb, jednocześnie jednak nie pozwalam, by mną zawładnęło. Żebym mogła „powrócić” do instytucji, potrzebuję wiele czasu. Zachowuję to, co najważniejsze – wspólnotę z Jezusem. Oby to wystarczyło w mojej drodze.