Przetrwać Wielki Post

Nie ma rozważań, które kiedyś pisałam z takim zacięciem. Nie ma radości, którą odczuwałam tak długo. Są pytania. I krusząca się wiara.

W środę w pracy był i porządny obiad, i ciastko. Jedyne, na co miałam siły, to w ramach postu dzień bez mięsa. Mogłam zapomnieć o poście ilościowym. Był dzień pełen rozmów, wyczerpujący. Chciałam bezpiecznie dojechać do domu. Bezpiecznie – czyli nie w stanie głodu, który sprawia, że tracę skupienie. Momentalnie. Wielki Post rozpoczęłam, nie trzymając się tradycyjnej, wytyczonej przez Kościół ścieżki.

Nie byłam też na mszy. Ważniejsze było wyspanie się. Za mną kolejna diagnoza, czekam na zabieg, niby drobiazg, ale jest zmęczenie. Żeby pomagać innym (a to robię w pracy) potrzebuję być w formie. Więc sen jest niezbędny. Nawet ten gorszy, ten mój, który zazwyczaj nie daje odpoczynku – byle wystarczający do regeneracji.

Zrobiłam ćwiczenia, które powinnam była zrobić. Wciąż zmagam się z przewlekłym bólem.

Na swój sposób jestem w parterze. Znowu powalona na deski. Nie mam siły się podnosić.

Wiara w Kościół

Miałam jakieś poczucie, że jak mi się potknie noga, to ten Kościół będzie. W wymiarze znajomych, przyjaciół, może również kapłanów. A Kościół na każdym z tych poziomów jest zajęty – nauczaniem, kryciem (albo próbą odkrycia) pedofilii, udzielaniem sakramentów tym, którzy są fizycznie w świątyni, naprawianiem świata, wszystkim! Organizowaniem nowych inicjatyw, które mają ratować Kościół w miejsce starych. Organizowaniem się.

Brakuje mi zwykłego spotkania i porozmawiania o sobie nawzajem. Poznania siebie. Bycia przy sobie, mimo różnic w postrzeganiu pewnych spraw. W sferze marzeń jest też ludzkie podejście instytucji, które na nauczanie kościoła się powołują. Ostatnie miesiące przyniosły w tej materii kolejne rozczarowania.

Zauważyłam, że im piękniejsze cytaty widzę na ścianach, o im większych dziełach się mówi w danym miejscu, tym więcej jest problemów z doświadczeniem, a czasem – przykro to pisać – egzekwowaniem ludzkiego podejścia.

Może jedno się zmieniło. Nauczyłam się walczyć o swoje i olewać to, czego nie jestem w stanie zmienić…

Instytucję braterskiego upomnienia zostawiam innym. Zbyt wiele razy mogłabym upominać. Nie chce mi się. Nie mam w sobie na to przestrzeni. Jakby… jakby słowa już nie miały sensu. Są słowami, które mogę mówić. Które tyle razy były zbywane. Więc nie zbawiam już świata, nie liczę już na wspólnotę. Nie angażuję się.

Tak upada moja wiara w Kościół. A może wiara w moje wyobrażenie Kościoła jako miejsca przyjaznego, w którym do każdego mogę swobodnie powiedzieć: Bracie, Siostro. Dogadać się. Poczuć wspólnotę. Powiedzieć – może zamiast z taką żarliwością zajmować się tym, co na zewnątrz, po prostu pobądź chwilę ze mną, w moim cierpieniu? I pomóż mi, ułatwiając mi nieco tę ścieżkę?

Życie bez heroizmu

Tak, dostrzegam również tych, którzy walczą z systemem. I tych, którzy trwają w Kościele, wciąż wiernie. Mimo bardzo trudnych doświadczeń. Czy czerpię od tych osób inspirację? Może czasem. Kiedyś bardziej. Teraz odnotowuję ich obecność. Ale od ich obecności w Kościele nie uzależniam swojej obecności. Za dużo się wydarzyło, za dużo widziałam, za bardzo mnie to dotyka.

Dla niektórych tacy ludzie są bohaterami. Dla mnie – może trochę też, jednocześnie jednak czuję, że po prostu w tym momencie na nich są skierowane światła reflektorów. Teraz bohaterami są ci, którzy pomagają najuboższym mimo wszystko, zmagają się z tymi, którzy ukrywają pedofilię albo dotykają innych, ważnych – w skali całego Kościoła – tematów. Konkretni ludzie, którzy robią coś heroicznego.

Heroiczne jest więc trwanie w Kościele.

Jeśli zaś odchodzę na bok, usuwam się (choć czuję, że jest to bardzo trudna dla mnie decyzja), ponieważ nie jestem w stanie dalej angażować się – ze względu na poprzednie bolesne doświadczenia, które jakoś „cudownie” nie znikają – to taka decyzja nie zostanie uznana za heroiczną. A czemu? W czym gorsze jest usunięcie się na bok, by nie rozpaść się do końca? Nie liczy się mój osobisty ból, poczucie wyrwania ze wspólnoty? Po to, by nie zniszczyć walką tej ostatniej ostoi – mojego własnego ciała, które ponoć też jest świątynią Boga.

Heroiczne jest również dbanie o ubogich.

Tych najuboższych. Ale już heroiczne nie jest walczenie z codziennością, z przewlekłym bólem, kolejnymi diagnozami, może już nie diagnozami z pogranicza życia i śmierci, ale takimi rzeczami, które utrudniają codzienne funkcjonowanie. Nie jest heroiczny kolejny rok walki o pracę, praca w trudnych warunkach. Nie jest heroiczne zmaganie, które podejmuję na terapii własnej, czy zmaganie związane z podjęciem chociażby ćwiczeń fizycznych, które mogą przynieść poprawę, ale muszę je regularnie robić. Moje działanie już nie jest heroizmem, ani pomoc mi heroizmem nie będzie. Bo jeszcze nie spadłam na dno. Taki przypadek się nie liczy.

Heroiczne jest też bycie na pierwszej linii, zaangażowanie we wspólnotę, walka o prawdę.

To heroizm, który służy Kościołowi. Heroizmem już nie jest bycie uczciwym znajomym czy przyjacielem. Nie jest decyzja, by mimo obaw wsiąść za kierownicę i samej pojechać do pracy po to, by bliska osoba mogła spędzić te prawie 4 godziny, które poświęcała na zawiezienie mnie do pracy, na swoje sprawy. To nie heroizm, bo przecież takie coś nie ma szans trafić na czołówki gazet!

Ponieważ więc nie jestem w aż takim złym stanie, by można było zdobyć się na heroizm w pomaganiu, ale też nie jestem w tak dobrym stanie, by wykazać się heroizmem trwania w Kościele mimo wszystko, zostaje mi moja szara codzienność, w której moim osobistym sukcesem jest pójście do kolejnego lekarza, na kolejne spotkanie z terapeutą, na fizjoterapię, poćwiczenie w domu. Ugotowanie sobie jedzenia. Nie poddawanie się, po prostu.

I to nie jest żaden heroizm.

Ratunek na własną rękę

Długo krzyczałam, pisząc o swoich przeżyciach duchowych i zdrowotnych, próbując w jakiś sposób pomóc torować drogę chorym. Takim chorym, którzy wciąż funkcjonują na wysokim poziomie, a jednocześnie potrzebują troski i czułości, trochę więcej niż inni. Krzyk ten zniknął w chórze innych głosów. Głosów mówiących o tym, jaki winien być dobry katolik, na co zwracać uwagę (na post w Środę Popielcową i dobre przeżycie „tego szczególnego czasu, jakim jest Wielki Post”), jak wspaniały jest Bóg a ja jaka niby piękna (ponieważ przez Niego stworzona), ale w sumie paskudna, ponieważ grzeszna.

Pukałam do drzwi Kościoła lat piętnaście. Przychodziłam, odchodziłam, wracałam skruszona, znów odchodziłam widząc różne rzeczy. Budując wiarę na miarę swoich wyobrażeń wstydziłam się tych odejść, jako czegoś, co mogło Boga urazić. Teraz… poniekąd jestem z nich dumna, ponieważ były sygnałem mojej niezgody na to, czego doświadczam.

Nie każdy ma siłę, by znosić wewnątrzkościelne, dziwne upokorzenia których mogło by nie być, gdyby było więcej sympatii do drugiego człowieka. Wystarczy mi to, czego doświadczam w świecie, nie muszę sobie dokładać. Nie każdy ma odporność na kościelną nowomowę, przynajmniej nie ja, nie po latach uzasadniania sobie różnych doświadczeń „dobrem wyższym”, na które powoływali się kolejni ludzie. Nie każdy ma chęć zaangażowania się po iluś próbach wejścia do wspólnoty (i stopniowego „wypadania” po tym, jak się okazywało, że różnice poglądów są zbyt duże i na to, co mówię, jakoś przestrzeni nie ma).

Są granice, za którymi trzeba otrzepać pył z sandałów i iść dalej.

Pocieszam się tym, że ci, którzy w Ewangelii doświadczyli obecności Jezusa „na chwilę” – Ci celnicy i grzesznicy – często więcej wynosili ze spotkania z Jezusem niż Jego uczniowie, o faryzeuszach nie wspominając. Doświadczali czegoś ważnego i – myślę sobie, puszczając wodze wyobraźni – nieśli to jako skarb przez życie.

Próbuję więc ratunku na własną rękę. Na razie – spierając się żywo z Bogiem. Próbując przetrwać kolejne zawieruchy w życiu. Z jednej strony zmagając się, by wrócić do modlitwy, z drugiej jednak – dając sobie czas, by nie dokładać sobie dodatkowej presji. Mam jej już wystarczająco dużo.

Przetrwać Wielki Post

Kiedyś Wielki Post był dla mnie czasem rozważań, postanowień, zaangażowania. Kiedy nie podejmowałam jakichś wysiłków na rzecz zmiany, czułam pustkę. Zeszłoroczny czas wielkopostny był zmaganiem o przetrwanie. Zaczęłam nadawać priorytet sobie i swojej egzystencji, a nie swojemu życiu duchowemu. Ten Wielki Post będzie znów nastawiony na przetrwanie. Tym razem może nie dosłowne – i zdrowotnie, i zawodowo jest teraz u mnie zdecydowanie lepiej niż rok temu. Może to wciąż nie jest sytuacja, w której można odczuć ulgę, natomiast wiele już się zmieniło.

Tegoroczny Wielki Post to będzie dla mnie czas budowania. Patrzenia, jak odbudować różne sfery mojego życia. Bez nacisku na kwestie duchowe. Bez niepotrzebnego „spinania się”. Będę hodować imbir i czosnek. I spróbuję coś wyhodować z nasion. Spróbuję odratować palmę, która trafiła w moje ręce. Nie szukam czyjegoś nawrócenia. Wystarczy mi, że sama mam trudności ze swoim własnym życiem i chcę je ogarnąć.

Nie wiem, dokąd teraz iść, skoro te drzwi, do których pukałam, są jednak dla mnie w jakiś sposób zamknięte. Niedziele będą mijać, a ja będę odliczać dalej czas kroplówkami, dniami pracy, zaliczonymi zjazdami na studiach. I będę działać na rzecz swojej zmiany. Będę to robić dla siebie.

Kościół może i chętnie skorzystałby z mojego zaangażowania. Z mojego krzyczenia odpowiednich haseł… Bóg jednak nie chce ode mnie przede wszystkim spalania się, lecz przede wszystkim bycia. Życia. Wracania do sił.

I tego mam zamiar się trzymać.