Chleb na czterdzieści dni, czyli o życiu bez sakramentów

Kiedy myślę sobie o moim doświadczeniu braku sakramentów, przypomina mi się prorok Eliasz, który umocniony mocą danego mu przez Anioła pożywienia szedł do góry Horeb 40 dni. (por. 1 Krl 19,8).

Tak w sumie jest. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć, ile razy miałam możliwość przyjąć Komunię w czasie pandemii. A jednak idę dalej.

***

Dziwnie jest wrócić do pisania po tak długiej przerwie. Wciąż zadaję sobie pytanie, po co to robię. Po co i dla kogo? Czy ktoś tu jeszcze zagląda? Chyba tak. Czasem dostaję maila czy wiadomość na FB. Może jednak warto pisać dla tej garstki, która zagląda i czeka? Choć pisanie jest wspaniałe, trzeba jednak z czegoś żyć…

Z drugiej strony trudno mi jest milczeć, gdy widzę, jak Kościół płonie. Widzę, jak ludzie odchodzą. Sama przeżywam wykluczenie ze wspólnoty. Mogę powiedzieć, że układam teraz swoje życie na nowo, z dystansem do ludzi Kościoła. Bliżej Boga, dalej od instytucji. Nie wykluczam powrotu na to bitewne pole – ale dopiero, gdy odzyskam siły. I rozeznam, że to jest miejsce, w którym On mnie widzi.

Ostatnich gryzą psy

Te słowa z książki Navala wracają do mnie jak bumerang. Czuję się jak ta ostatnia.

W moim życiu w ostatnich dwóch latach znów zagościło wielkie cierpienie. Fizyczna słabość. Po roku jest już lepiej. Skupiłam się na życiu. Zwykłej codzienności. Przestałam liczyć dni modlitwami z brewiarza i dniami kolejnych okresów w Kościele – zaczęłam liczyć zwykłym kalendarzem. Przestałam skupiać się na swoich potknięciach i grzechach – walczę o to, by skupić się na swoich zadaniach i dobrze robić to, co czułam, że jest ważne na ten moment.

Zamknięta w domu. Często bojąca się wyjść, nawet na spacer. Bojąca się spotkań z ludźmi, widząc, jak traktowane są obostrzenia. Bojąca się tym bardziej spotkania z kapłanem. Tym, który ma kontakt z rzeszą ludzi. Wystarczyło popatrzeć na biskupów, na transmisje z mszy, by widzieć, że wiele osób patrzy na obostrzenia lekko. Że są one trochę na pokaz. Z jednej strony są, ale z drugiej w zbyt wielu miejscach płynie zachęta do skupienia się na wierze w boską moc uzdrawiania, a nie skupienia na zachowaniu dystansu, maskach, dezynfekcji i Komunii na rękę…

Obserwując to poczułam, jak wspólnota Kościoła odwraca się ode mnie, utrudniając mi znacząco dostęp do sakramentów.

Niektórzy wojowali lokalnie pilnując proboszczów i księży, by jednak dezynfekowali ręce, zakładali maski, udzielali Komunii na rękę. Inni pisali do biskupów. Jeszcze inni przestali przychodzić, albo pojawiali się bardzo rzadko, jak pozwalały okoliczności. Z różnych miejsc w Polsce i za granicą docierały do mnie różne relacje.

A ja myślałam o tym, że w moim cierpieniu i w moich lękach Kościół zaproponował mi bardzo niewiele. Ten współczesny Kościół, który widzę, z którym się identyfikowałam.

Życie bez sakramentów

Eucharystię przestałam oglądać po tym, jak zrozumiałam, że kazania głoszą ludzie mniej lub bardziej oderwani od pandemicznej rzeczywistości. Zaczęła mnie drażnić religijna nowomowa, w której nie znajdywałam nic dla siebie. Nawet te mądrzejsze kazania stały się nie do zniesienia. Poczułam potrzebę wsłuchania się w siebie. Niekoniecznie w coś, co ktoś musi napisać i przekazać z pozycji „autorytetu”. Stawiając siebie wyżej ode mnie i wyżej od mojego doświadczenia.

Znalazłam co prawda dobrego spowiednika, ale nie mam siły do niego jeździć. Nie potrafię poprosić, by przyjechał do mnie. Długo bałam się zakażenia. Teraz – boję się reakcji. Oceny. W końcu studiuję i pracuję zdalnie. Może to wygoda?…

A to zmęczenie człowieka, który walczy, by wyjść na prostą.

Do siebie do parafii nie mam zamiaru zaglądać. Moje zaufanie do lokalnej wspólnoty zniknęło po próbie rozmów z księdzem ponad rok temu. Widzę, że nie mamy wspólnego języka, a skoro tak – raczej nie liczę na zrozumienie mojej obecnej walki. Tłumaczenie nie ma dla mnie sensu – nie mam na to energii. Ani na to, by dopominać się o zgodny z zaleceniami sanitarnymi dostęp do sakramentów.

Doświadczyłam przez lata Kościoła, który dużo mówi, dużo naucza, dużo nakazuje i zakazuje. Kościoła, który dba o pewne grupy (potrzebujący, ale i ci, którzy są zaangażowani np. we wspólnoty), a jakoś zapomina o konkretnym miłosierdziu wobec tych, którzy jeszcze nie są na dnie i / lub nie są widocznie zaangażowani. Zapomina o otwartości, o obecności, na rzecz bronienia Boga i wiary, zazwyczaj jedynej słusznej. Jakby Bóg wymagał obrony… Jakby tylko jedna droga była słuszna.

Z czasem, gdy nie mogłam przystąpić do sakramentów, ciśnienie na pójście do spowiedzi czy przyjęcie Komunii świętej spadło niemalże do zera. Najpierw co prawda rosło, wraz z wkurzeniem na ogólną sytuację. Potem zobaczyłam jednak, że ta pandemiczna jazda bez trzymanki trochę potrwa. Że to nie jest bieg na sto metrów, a maraton. I jeśli mam się trzymać z dala od miejsc niosących ryzyko (a kościoły stały się takimi miejscami), to wkurzanie się na to, że nie mogę pójść do spowiedzi raz na dwa tygodnie / pójść na niedzielną Eucharystię nie ma racji bytu.

Zobaczyłam w tym siłę nawyku. Siłę przyzwyczajenia, które podpowiada, że mój mózg oswoił się z pewną regularnością. Tak, niejeden ksiądz mógłby mnie za to pochwalić… Niejeden się zachwycał, że odmawiam brewiarz. Zobaczyłam w tych zachwytach jakąś pustkę. Zobaczyłam swoje intencje. Swoją głowę. Niekoniecznie dobrze ukształtowane duchowe nawyki. Jakby to wszystko nagle okazało się być gigantyczną wydmuszką.

Najpierw więc wkurzał mnie brak sakramentów i gotowa byłam walczyć o to, by jakoś ten dostęp odzyskać. Potem wkurzałam się, że nikt się nie domyśli, że potrzebuję sakramentów, że nie przyjdzie do mnie, nie spyta się z własnej woli. Potem uznałam, że jestem już poza wspólnotą i nie ma co walczyć.

Na samym końcu zrozumiałam, że pandemia to szansa na inne niż dotychczas spotkanie z Bogiem.

Czekając na najważniejsze

Moja refleksyjność i przyglądanie się myślom i odczuciom poprowadziły mnie nową, nieznaną dla mnie drogą. Drogą, na której dotknęłam tego, co przy coniedzielnym, „karnym” pojawianiu się w kościele jakoś nie wybrzmiewało. Znikało pod nawałem słów kazania, pod nawałem listów pasterskich i „zachęt do czynienia” tego, co zdaniem księdza słuszne. Nie było dla mnie widoczne w obliczu mechanicznego przyjmowania sakramentów.

Zauważyłam, że spowiedź stała się okazją do szybkiego zrzucenia z siebie ciężaru. Idę, spowiadam się, robię swoje dalej. Zmieniam się, tak bardzo trzymając się litery prawa, by kolejny rachunek sumienia wykazał mniej potknięć. Liczę grzechy, jak celnik liczy swoje monety by wiedzieć dokładnie, jaki jest stan konta.

Eucharystia stała się obowiązkiem. Mówienie o „Chlebie z nieba”, którego przyjmowanie rzekomo załatwia większość moich problemów, kołatało się w głowie tak mocno, że zamiast skupić się na swojej sprawczości skupiałam się na tym, by otrzymać to „umocnienie” na drodze. W nagrodę za dobre sprawowanie… Za odpowiednie „prowadzenie się” w codzienności, odpowiednie poglądy, unikanie (nie)odpowiednich ludzi.

Nie przeczę, że w sakramencie dochodzi do głębokiego spotkania z Bogiem. Nie zawsze dostrzeganego i uświadamianego. Jednak parcie na regularność i wracające do mnie myśli kaznodziejów na ten temat w pewnym momencie stały się przeszkodą. Trudnością w pójściu dalej. Czasem trzeba zrobić coś, co wydaje się być krokiem w tył, by dostrzec, że w sakramentach może chodzić o coś więcej.

W obliczu braku Eucharystii uczę się doceniać mój powszedni chleb. Zaczęłam jeść zdrowiej, wiedząc, że dbając o siebie, o swoje ciało, dbam o „świątynię Pana”. Zaczęłam dzielić się chlebem z innymi, jakoś inaczej niż wcześniej. Z większą otwartością. Posiłki z rodziną, tą najbliższą, stały się prawdziwym spotkaniem i radością. Odkryłam również, jak ważne jest utrzymywanie dobrych relacji z ludźmi. Zadbanie o otwartość, jasne wyrażanie potrzeb, stawianie granic. Umiejętność dostrzegania, gdzie chcę zadbać o siebie, a gdzie widzę przestrzeń do zadbania również o drugiego człowieka.

Żyjąc bez spowiedzi nauczyłam się żyć z pewnym ciężarem i godzić się z tym, że nie zawsze podejmę właściwą decyzję. Kategorię „grzechu” zastąpiła kategoria „potknięć”. To pozwoliło mi zdjąć z siebie wieczną troskę o dążenie do bycia ideałem… Moje potknięcia są różne. Na ile mam siłę, staram się wyciągać z nich wnioski. Jakoś teraz uważniej przyglądam się temu, co niedomaga – z większym miłosierdziem dla siebie, ale i z większą świadomością. Czasem szukam przyczyn, a czasem rozumiem, że to po prostu ludzkie – być słabym. Przestałam uprawiać „samobiczowanie” za popełnione błędy.

Ten czas pandemii początkowo wyciągnął z moich czeluści to, co najmroczniejsze. Wyszło moje skrzywione postrzeganie wiary, Kościoła, Boga. Mam poczucie, że gdybym walczyła o mój powrót na łono Kościoła (czyt.: o wypełnianie warunków formalnych), nie zrobiłabym tej gigantycznej pracy duchowej. Pewnie bardziej byłabym zajęta bronieniem tego, by można było wpuścić do kościoła więcej osób…

To, co wydawało się krokiem w tył, okazało się krokiem w stronę wewnętrznej wolności i dalszego odkrywania tego, co jest pod powierzchnią. To, za co bym oberwała, rozmawiając z niektórymi kapłanami – stało się przestrzenią do poznania siebie, swoich intencji. Odkryłam to w zaciekłej walce, a jednak z poczuciem, że Ktoś mnie w tym wszystkim asekurował.

Myślę, że to był czas przygotowania. Do czego? Co teraz się wydarzy? Jeszcze nie wiem. Mam jednak nadzieję na nowe, inne niż do tej pory, spotkanie z Bogiem.