Krok w ciemność

Koniec lata. Niby jest jeszcze ciepło, ale już wieczorami coraz zimniej, coraz ciemniej. Tym łatwiej jest osunąć się w mrok niewesołych myśli. Na tym, co pojawia się w głowie, kładzie się coraz większy cień.

Ostatnio nie ma dnia, bym nie przeczytała o czymś, co można określić mianem „skandalu”. Każda prasówka choć raz przypomina mi o przypadkach pedofilii w Kościele, o ich tuszowaniu, o skandalicznych wypowiedziach niektórych hierarchów i skandalicznym milczeniu innych. Czasem wybuchnie proceduralna bomba, która pokazuje, że przepisy mają się w Kościele świetnie. Tylko z miłością do skrzywdzonego bliźniego jest nieco gorzej.

Niektórzy próbują płynąć dalej kościelnym Titanikiem, tańcząc w rytm melodii granej przez orkiestrę. Inni już widzą górę lodową i próbują oszacować rozmiar zbliżającej się klęski. Niektórzy uciekają już teraz, zniechęceni trwającą maskaradą.

Jeszcze inni mówią, że ani statek, ani góra lodowa nie istnieją. Prawdziwy wróg to nie grzechy Kościoła instytucjonalnego. Zły, który nęka dobrych katolików ma na obliczu barwy tęczy, popiera konwencję Stambulską i posiada szereg innych cech wyglądu i umysłu, które dyskwalifikują go z rzeczywistości Królestwa Niebieskiego. Tego, które przecież już w nas jest, ale! Będzie bardziej, gdy zostanie obwarowane odpowiednimi ustawami.

Moja prasówka przedstawia pole bitwy, na którym można odnieść wrażenie, że każdy bije się z każdym. Jakby niewielu pamiętało, albo niewielu chciało pamiętać, o co w tym wszystkim chodzi. Jakby zbawienie przestało być darem darmo danym przez szaleńczo kochającego Boga, lecz stało się nagrodą za dobre sprawowanie i walkę po właściwej stronie.

***

Swego czasu walczyłam już po kilku stronach tej wielokątnej i nieforemnej barykady, za każdym razem głęboko wierząc, że racja jest po mojej stronie. Mając to doświadczenie, tym razem ostrożnie wybieram „swoje” miejsce. Próbuję nie szukać określeń, które na stałe umieściły by mnie tu czy tam. Z człowieka, który ma domkniętą wizję świata zamieniam się w zadziwionego rzeczywistością pielgrzyma. Ta niecodzienna pielgrzymka prowadzi mnie coraz głębiej w ciemność.

Prowadzi w mrok tych mniejszych i większych skandali, które przeżywam w milczeniu. Mam zresztą rosnące poczucie, że moje słowo protestu nie zrobi różnicy. Czuję się nie usłyszana przez tych, którzy zarządzają tym Kościołem; nie ja pierwsza i nie ja ostatnia ślę listy, które pozostają bez konkretnej odpowiedzi. Jeśli zaś chodzi o innych i o wołanie do nich, to zwolennicy podobnego toku myślenia będą mnie chwalić, przeciwnicy będą krytykować. Nie wierzę w to, by moje słowo miało magiczną moc zmieniania emocji czy ludzkich przekonań tam, gdzie są one tak silne i spolaryzowane. Nie czuję, by Bóg wzywał mnie do działania na medialnym froncie, krytykowania czy bronienia czegokolwiek. Inni robią to lepiej i z większym autorytetem.

W tej ciemności brakuje również przewodnika. Duchowi mistrzowie okazali się ludźmi ulepionymi z tej samej co ja gliny.

Niektórych sama stawiałam na piedestale, inni wgramolili się tam, korzystając z mojego młodzieńczego zapału i niepodważalnego w ich mniemaniu autorytetu Kościoła. Teraz czuję pustkę, w której już nie ma nieomylnych ludzi, lecz jeszcze nie widzę tego, co ma przyjść od Boga. Mogę przeczuwać, że przygotowuje mnie na głębsze spotkanie ze sobą, nie zmienia to jednak faktu, że wciąż panuje mrok.

Na ten coraz bardziej dokuczliwy brak światła można spoglądać z różnych perspektyw. Można wciąż szukać światłych ludzi, których słowa dają pociechę. Można zniechęcić się zupełnie i przestać słuchać kogokolwiek. Można wciąż przypisywać księżom nadnaturalne zdolności i przymioty, lub wręcz przeciwnie – podchodzić do nich krytycznie na każdym kroku. To wszystko to szukanie kolejnego źródła tymczasowego światła. To rzeczy, które są znane, intuicyjne, które pozwalają dalej wierzyć – wiarą ślepą lub nieco oświeconą, ale wciąż opartą w dużej mierze na tym, co robi (lub czego nie robi) drugi człowiek.

Można też wejść w ciemność licząc, że mrok nie jest zapadaniem się w zło, lecz ciemnością zmysłów i ducha; znaną Kościołowi od wieków, lecz chyba nieco zapomnianą drogą do spotkania z Bogiem.

***

Niektórzy już otwarcie mówią, że instytucja Kościoła w Polsce sypie się jak domek z kart i że nadchodzą mroczne czasy. Inni wciąż szukają zła na zewnątrz. Czas pokaże, czy czeka nas wielki upadek, czy wydarzy się cud i ktoś w ostatniej chwili rozbroi tę tykającą bombę zegarową.

W tę drugą ewentualność już nie wierzę.

Patrząc na kolejne doniesienia medialne karcę siebie za nadmierne skupianie się na tym, co robi Episkopat, co robią poszczególni biskupi. Nie widzę sensu w szukaniu argumentów za tym, że jest bardzo źle, albo że jest jeszcze w Kościele dobro, są ludzie żyjący Bogiem. To wszystko stało się rozrywką dla mojego umysłu, który szuka faktów i rzetelnej informacji. Jakby od tej wiedzy cokolwiek zależało…

Wraca do mnie fundament ćwiczeń duchowych, a konkretnie: zasada tantum, quantum (tyle, o ile). Żyję w konkretnej, naznaczonej takimi a nie innymi problemami rzeczywistości. Nadmierna ekscytacja tymi doniesieniami czy uzależnianie od nich budowania mojej relacji z Chrystusem okazuje się być zwodnicze. To jedno z pytań, które w mojej osobistej ciemności sobie zadaję: czy wolę wierzyć i opierać się na słowach czy na Słowie?

Jeśli uwierzę Słowu, to będę korzystać z tych doniesień tyle o ile. By wiedzieć co się dzieje i nie być ślepą na dobro i na zło, które się dzieje dookoła. Bardziej jednak będzie interesowało mnie to, co ja z tą wiedzą zrobię. Jakie działanie podejmę, a od jakich działań się powstrzymam? W jaki sposób odnajdę się w tej rzeczywistości? Do czego w tej sytuacji zaprasza mnie Bóg?

Ostatnio zaczął mnie uwierać mój grzech rozpraszani się i angażowania w wielu miejscach, by bronić pewnego sposobu myślenia. Zaniedbałam rozeznawanie i nie dostrzegłam, że Bóg na tym polu medialnej bitwy nie oczekuje ode mnie krzyczenia, pisania komentarzy, przekonywania nieprzekonanych i umacniania przekonanych.

Moje zadanie jest proste, a zarazem najtrudniejsze z możliwych do wyboru… To zgoda na przeżywanie mojej choroby, spotkanie z Bogiem w mojej potrzaskanej rzeczywistości. Zgoda na zwyczajność, na codzienne doświadczanie Jego obecności w piciu kawy, szykowaniu posiłku, w leżeniu bez sił, gdy zbyt długo jestem na nogach i ignoruję sygnały, które wysyła ciało. Zgoda na to, by najpierw być, dla Niego, dla siebie, dla tych mi najbliższych, w chorobie.

***

Czy przypadkiem ogólny obraz rzeczywistości, czy kolejne skandale i kolejne próby szukania czegoś, co ocali Kościół w moich oczach i w oczach innych, czy to nie odsuwa mnie od Boga?

Przypominam sobie, jak wiele czasu i energii poświęciłam na bronienie Kościoła takiego, jakim chciałam go widzieć. Teraz ta ciemność, która nadchodzi – kryzys w Kościele, ale i ciemność spokojniejszych, jesiennych i zimowych wieczorów może stać się przestrzenią spotkania z Bogiem.

Gdy światło gaśnie i widać coraz mniej szczegółów, idę ścieżką ostrożniej. Gdy zapada zmrok, mogę pozwolić, by Bóg oświetlał mi tyle drogi, ile On uzna za potrzebne. Mrok, który ogarnia Kościół, nie jest mrokiem, w którym On nas zostawi. Możemy udawać, że tego mroku nie ma, i potykać się dalej. A możemy uznać, że On będzie nam bezpośrednim przewodnikiem – wtedy jednak dostaniemy światło na tu i teraz, na najbliższe ostrożne kroki – i nic więcej.

Szybciej zapadający za oknem mrok daje więcej możliwości, by wejść w siebie i tam pozostać, o ile nie skorzystam z dobrodziejstw sztucznego światła, Netflixa i innych wynalazków i nie zacznę znów wyłącznie po swojemu urządzać tych jesiennych i zimowych wieczorów. Pokusa ucieczki jest silna, ja jednak mam wiele pytań, z którymi w te coraz chłodniejsze wieczory będę chciała się spotkać.

Ostatnio pytałam Boga, czemu tak mocno doświadczył mnie w ostatnich latach, czemu przeżyłam tyle bólu, czemu musiałam zmierzyć się z tak wieloma objawami choroby. Zrozumiałam, że Bóg chciał, bym spotkała się z Nim samym. Nie z tym, jak ja Go widzę, jak chcę Mu służyć; nie z moim ideałem bycia chrześcijaninem; nie z tym, co mogę zrobić i jak mogę bardziej głosić Jego chwałę. Nie. Chodziło o spotkanie Twarzą w twarz.

Może właśnie to jest nadzieją Kościoła teraz. To, że poszukamy tych Bożych zadań dla nas na ten czas. Że będziemy w tych skandalach „tyle, o ile”, nie całym sercem, umysłem czy duszą. Bóg czeka w tych ciemnościach, których chyba już nic nie zatrzyma. Stare odchodzi, na nowe jeszcze nie jesteśmy gotowi.

Nieznane czeka. Czy odważymy się na nasze osobiste kroki w ciemność? Ten czy inny ból jest nieunikniony. Ale jest też nadzieja, że ten ból nie będzie miał ostatniego słowa.