Rok wycięty z życia

Kolejne próby udawania, że mam więcej sił niż w rzeczywistości, przyniosły kolejne bolesne rozczarowania. Chyba jednak czegoś się uczę – coraz lepiej umiem zadbać o siebie i powoli odzyskuję siły.

Nie nastawiam budzika. Śpię tyle, ile potrzebuje mój organizm. I tak czasem uciekam – kładę się zbyt późno spać albo próbuję zmusić się do wcześniejszej pobudki. Zazwyczaj kończy się to dużym osłabieniem, spadkiem nastroju a czasem jeszcze gorzej. Podobnie, jak zbyt wiele zajęć jednego dnia (zapomnijcie o planowaniu czegokolwiek…). Robię niewiele. Niezbędne minimum. Najwięcej czasu zajmuje mi praca nad sobą, by dbać o siebie. By – mimo objawów – wstać kolejnego dnia i przedzierać się przez tę dziwną rzeczywistość.

O objawach nie będę pisać zbyt wiele, powiem tylko, że są bardzo nieprzyjemne. Gdy podzielę się czasem z kimś całokształtem to zazwyczaj widzę, jak do rozmówcy powoli dociera, że jest ze mną wciąż źle, było bardzo źle i jeszcze długa droga do tego, by było „ok” (czyli neutralnie), a w perspektywie może nawet i „dobrze”. Poza tym – niewiele osób wypracowało zdolność słuchania i odzwierciedlania. Czyli – stosunkowo niewiele osób uważnie słucha. Równie mało potrafi zatrzymać się i w ciszy przyjąć to, co mówię.

To jest moje bolesne doświadczenie, gdy dzielisz się i masz nadzieję być usłyszanym, a słyszysz jeszcze bardziej raniące słowa… Słowa, że mam coś zrobić, zmienić, wziąć się w garść. Inne, że może mam najpierw dać coś z siebie. Jeszcze inne, że stawiam kogoś pod ścianą, że komuś na coś nie pozwalam. I najbardziej bolesne – sprowadzanie neurologicznej diagnozy do wymysłu (co raz mało nie doprowadziło mnie do przerwania leczenia…).

Za tym wszystkim widzę jakieś oczekiwania wobec mnie – oczekiwania, bym była inna. Czyli – rozmówca spotyka się z własnym wyobrażeniem o mnie, o świecie, o chorobach i chorowaniu, a gdy rozmija się ono z moją rzeczywistością, jest mną zawiedziony – i zdarza się, że swój zawód dobitnie wyraża.

I byłoby to może śmieszne, gdyby nie to, że część tych dość ograniczonych sił wciąż przeznaczam na relacje. I jeśli mam wybór – okazać wyrozumiałość rodzinie lub komuś spoza rodziny wybieram rodzinę, bo nie mam siły by obdarzyć wyrozumiałością wszystkich. Jeśli mogę wytłumaczyć coś komuś, kto może mi konkretnie pomóc (albo przynajmniej wysłucha), to wolę odezwać się do kogoś takiego.

Moja walka o przetrwanie trwa. I choć ostatnio zaczynają wreszcie docierać do mnie pierwsze promyki wschodzącego w tej ciemności słońca, to wciąż jestem zbyt zmęczona, by się tym ucieszyć.

Pamiętam, jak jeszcze niedawno było źle – objawy osłabły, ale nie zniknęły. Przeżywam stracone relacje. Kontakty zerwane przeze mnie, ponieważ nie miałam sił, by tłumaczyć, że zachęcanie mnie na siłę do zrobienia czegoś jest co najmniej nie na miejscu. Jest jak żądanie stu złotych od kogoś, kto ma pusty portfel.

I nie chodzi o to, że nie chcę myśleć bardziej pozytywne, czy nie chcę być uważna na drugą stronę w relacji. Chodzi o to, że drugi zazwyczaj woli trzymać się swojego wyobrażenia o mojej chorobie niż usłyszeć, jakie jest moje doświadczenie choroby. Jeśli ktoś trzyma się własnych wyobrażeń to podejmując jakieś działanie i myśląc, że mnie wspiera, w rzeczywistości dokłada mi jeszcze większy ciężar.

W takiej sytuacji nie mam siły przekonywać nieprzekonanych. Jeśli nie ma przestrzeni słuchania, zaufania do mnie i do mojego przeżywania rzeczywistości, to nie ma przestrzeni również do wypracowania sposobu kontaktu, który będzie dobry i owocny dla obu stron. Choroba i leczenie są dla mnie wystarczająco ciężkie. Nie mam jeszcze siły, by być bardziej dla innych. Jeszcze długo tych sił nie będzie.

Ot, taka choroba.

***

Czas choroby przeżywany z Bogiem jest jednak dla mnie bardzo owocny. Uczę się coraz bardziej ufać swojemu ciału. Uczę się akceptacji dla swoich błędów, nabierania dystansu do wielu spraw, przede wszystkim jednak uczę się tego, jak zaprzyjaźnić się ze sobą. Jak pokochać siebie. Jak zobaczyć w sobie ukochane przez Boga, stworzone przez Niego Dziecko. A jednocześnie Dorosłe Dziecko Boże, które jest otwarte na dialog z Nim na zupełnie innym niż przed chorobą poziomie.

Ten najgorszy etap trwał rok. Rok temu po raz pierwszy zaniemogłam tak, że kilka dni przeleżałam w łóżku nie wiedząc, co się dzieje. Pod koniec listopada postawiono trafną diagnozę (punkt dla Pani Doktor Neurolog!) i wdrożone zostało leczenie. Wybuch pandemii sprawił, że musiałam przerwać kroplówki, co sprawiło, że zaliczyłam pierwsze solidne pogorszenie. Drugie miało miejsce w lipcu i sierpniu. Powoli podnoszę się po nim.

Dziś, w ślimaczym tempie rozpakowując kartony po zeszłorocznej przeprowadzce, czuję, że zaczynam łapać pewien kontakt z rzeczywistością. Skończyłam odnawiać biurko, które zaczęłam robić rok temu – służy mi za szafkę kuchenną. Zrobiłam też częściowo drugie biurko – takie, przy którym pracuję. Oba meble znalazłam na śmietniku w zeszłym roku, wyczyściłam i koniec. Teraz mam już siły, by trochę przy nich podziałać. Pomalowałam europalety, położyłam na nich stary materac i kilka mocno zbitych kołder – zrobiłam z tego kanapę. W ostatnich tygodniach ogarnęłam też ocieplenie roślinek na balkonie na zimę. Dalszy plan to: dużo szydełkowania, szycia na maszynie, zabawy z decoupagem i sklejania siebie z kawałków.

Czuję się trochę tak, jakby tego roku nie było. A może inaczej – jest to rok, który naprawdę chciałabym zapomnieć. Udać, że go nie było. Ratuje go tylko obecność Boża – i nic więcej.

Wracam więc do dawnych spraw, ale powoli. Nie chcę zaliczyć kolejnego pogorszenia. Wystarczy…

***

Chwilowo nie mogę się modlić. Jakby modlitwa w cierpieniu była zbyt trudna. A może to nie kwestia trudności, tylko moich wyobrażeń? Wyobrażeń, które każą mi modlić się dziękczynieniem i wdzięcznością, a nie dopuszczają do głosu bólu i wkurzenia. Wyobrażeń, według których modlitwa to coś systematycznego, z zachowaniem pewnych ram – brewiarz, medytacja, koronka. Cokolwiek, po czym będę mogła powiedzieć sobie – modliłam się. Spędziłam określony czas z Bogiem.

Jedyne, co jestem w stanie zrobić, to trwać. Zatrzymywać się w ciągu dnia, by swoją świadomość skierować ku Bogu. Siedzieć w tej pustce, której doświadczam, w tym cierpieniu. Nie uciekać, tylko być.

To potwornie frustrujące. W tle włączają się głosy: słyszę to, co kiedyś chłonęłam z ambon w różnych kościołach, z rozmów z różnymi kapłanami. Płynie strumień słów, który każe wziąć się w garść, nieść odważnie swój krzyż, uwielbiać Boga w cierpieniu i robić dziesiątki innych, równie bezsensownych rzeczy. Nie dla mojego pożytku duchowego – tylko dlatego, że ktoś kiedyś powiedział, że tak powinno być. Tak powinnam robić. Tak powinnam przeżywać swoje cierpienie.

DOŚĆ…

Na szczęście, po tym czasie chorowania, włącza się również głos, który nabiera mocy. Który mówi, że Bogu milsze jest moje wysypianie się niż odmawianie brewiarza. Że woli, bym nie próbowała medytować – kolejne nieudane próby prowadziły do frustracji i sprawiały, że nie było mnie dla innych, tak bardzo byłam skupiona na swoich niepowodzeniach. Nie mogłam wykazać, że jestem dobrym chrześcijaninem, co odczuwali inni w moim otoczeniu. Milsze Mu jest to, że uznam swoją słabość, stanę przed Nim z moją bezradnością. A nawet nie stanę, tylko zaniosę modlitwę leżąc i zasypiając. Woli, bym zgodziła się na chorobę i pozwoliła Mu w niej działać, a nie bym udowadniała sobie i księżom, że umiem systematycznie się modlić – i bym w tym doświadczeniu udowodniła sobie, że potrafię przed Bogiem wykazać się umiejętnościami samodzielnego kształtowania życia modlitewnego.

***

Kiedyś wrócę pewnie do jakiejś regularności w modlitwie. Na razie odkrywam w życiu ogrom moich ograniczeń. I spotykam się w tym z Bogiem. Wyrzucam Mu, jak jest mi ciężko, mówię, że przegiął, że objawy są zbyt ciężkie, że ta choroba przeżarła mnie do szpiku kości i zniszczyła mi życie, że jeśli tak ma wyglądać droga do świętości to ja chyba wolę się wypisać…

Nie dostałam magicznej obietnicy wyzdrowienia, nie dostałam cudownej odpowiedzi, cudownego leku. Trwam i poddaję się Jemu. I czuję, jak wracam. Jakoś bliżej siebie.