Kamienie wołać będą. Słowo o milczeniu

Milczenie potrafi mieć wiele znaczeń. Dziś, w obliczu buty licznych przedstawicieli Kościoła instytucjonalnego w Polsce odkrywam nowe rodzaje milczenia – i przypominam sobie stare.

Początek – milczenie w obliczu wyzwisk

Wielki Post. Akcja dzieje się w kościele, gdzie jako gimnazjalistka próbuję przetrwać rekolekcje wielkopostne. Ten dzień zapamiętam na długo. Przez dwie godziny słuchamy wypowiedzi proboszcza, przerywanej okazjonalnymi wyzwiskami w naszą stronę. Potem – krótka przerwa i msza, która również trwa dwie godziny. Przecież nie może zabraknąć kazania…

W podobnej atmosferze przebiegały lekcje, prowadzone przez ewidentnie sfrustrowanego życiem filozofa. Lekcje, na których dość często gościł nasz wychowawca. To my, niepokorna młodzież, przeszkadzaliśmy cnotliwemu filozofowi w prowadzeniu zajęć.

Nasza wina.

Nauczyłam się wtedy, że nie za bardzo należy mi się szacunek. Na miłość Boga i na miłość Kościoła muszę zasłużyć właściwym sprawowaniem – i to określonym przez ludzi Kościoła stojących w hierarchii wyżej ode mnie. Zrozumiałam, że w imię idei (mojego zbawienia) ksiądz lub świecki mówiący o religii może mnie nie szanować, nakazywać mi coś robić, ma nade mną władzę na różnych polach. W końcu chodzi o sprawy ostateczne.

Milczenie w obliczu gróźb

Kilka lat później. Liceum. Wizyta „po kolędzie”. Wtedy już nie chodziłam na religię. Po czasie zaangażowania w formację związaną z bierzmowaniem zdecydowałam się odsunąć od Kościoła. U podstaw było wiele spraw. Między innymi wkurzenie na to, że nie mogę zadawać pytań. Miałam nauczyć się czegoś na pamięć, myśleć w konkretny sposób. Nie było przestrzeni na kreatywność, na wzrost.

Ksiądz stwierdził, że w takim wypadku nie należy mi się katolicki pogrzeb.

Wyszłam. Potem, w rozmowie z rodzicami, tłumaczył, że to miało pomóc mi wrócić do Kościoła. To ciekawe, że człowiek, który rok wcześniej zaczytuje się w dziełach Jana od Krzyża i książkach Anny Świderkówny nie zasługuje na katolicki pogrzeb dlatego, że nie ma zeszytu od religii…

Nauczyłam się, że kler nie za bardzo przejmuje się moimi pytaniami, wątpliwościami. Że to ze mną jest coś nie tak, ponieważ zadaję te pytania. A jeśli ktoś odpowiadał, to odpowiadał raczej autorytarnie. Dobrych rozmów było niewiele…

Milczenie w obliczu odrzucenia

Kolejne diagnozy, kolejne problemy zdrowotne (i nie tylko). Czas studiów to początkowo czas duszpasterstwa akademickiego. Wróciłam do Kościoła i zaczęłam bezkrytycznie słuchać, ale też trochę szukać i pukać. Pojawiły się nowe dla mnie kwestie duchowe, z którymi nie umiałam sobie poradzić.

Szukając wspólnoty z innymi studentami zorientowałam się dość szybko, że zasada jest prosta.

Dopóki daję coś z siebie, to jest dobrze. Gdy mam trudności i potrzebuję pomocy – staję się niewidoczna.

Chorowałam, ale nie było przestrzeni rozmowy i wsparcia. Była modlitwa i frazesy o cierpieniu, o krzyżu, o miłości Boga.

Nauczyłam się nie prosić o pomoc i nie okazywać bólu. Żebrać o zainteresowanie w środowisku będącym trochę jak towarzystwo wzajemnej adoracji. Nieważne, dokąd poszłam – było podobnie.

Milczenie wobec niesprawiedliwości

To już kolejny powrót po kolejnym zdrowotnym i duchowym załamaniu. Powrót pełen z jednej strony ciekawych spotkań, ale z drugiej podwójnych standardów. Nauczyłam się też, że księżom się więcej wybacza i bardziej się ich tłumaczy. To, co dla nich jest obelgą, dla mnie ma być lekcją pokory. To, co dla nich jest zachowaniem wołającym o pomstę do nieba, dla mnie ma być pokutą za moje rozliczne grzechy. Nauczyłam się, że wielu ludzi będzie szybciej tłumaczyło księdza i stało za nim murem, niż za człowiekiem, którego skrzywdzono.

Ja mogę usłyszeć przy próbie przyjęcia komunii na rękę: „kiedyś ty się tak spoganiła?”. Nie mam prawa protestu, to wyraz braku pokory.

Mogę słuchać o przeżyciach różnych kapłanów w trakcie rozmowy. Nie mogę wydusić z siebie swoich trudności, ponieważ od razu znajdują receptę na swoje bolączki i powinnam za nią podążyć. Nie bardzo mam przestrzeń do zadawania pytań, znów – mam ulec, iść ich drogą. Inaczej nie zasługuję na uśmiech, troskę. Błogosławieństwo…

Milczenie szukania powołania

Wreszcie milczenie, które pozwala mi zintegrować to, co dobre. Wiele spotkań, inspirujących rozmów, lata pracy dziennikarskiej. I to, co bolesne – wspomniane wyżej doświadczenia, które wracają, gdy zdrowie znów przestaje dopisywać. To milczenie na zewnątrz, w wielu okolicznościach. W jednych mówię – w ramach towarzyszenia duchowego.

Uczę się wiele i jestem pilną uczennicą. Z tego czasu rozeznawania i ogarniania życia duchowego wychodzę silniejsza. Odkrywam swoją godność, prawo do współkształtowania swojej duchowej drogi przede wszystkim z Bogiem. Prawo do opłakania doznanych zranień i do buntu, tak długiego, jak potrzeba, by te rany przestały być coraz większe. Odkrywam miłość Boga w swojej niemocy i to, że wolę mniej pisać, mniej czytać, a więcej doświadczać.

Dotychczasowe bolesne lekcje systematycznie są przerabiane na inne. Zaczynam rozumieć, że słowami może wojować każdy. Najważniejsze staje się dla mnie stawanie się w Bogu. Nie – skupienie na przestrzeganiu przykazań, na regularnej modlitwie, na chodzeniu do kościoła. Skupiam się na Nim.

Milczenie w cierpieniu

Teraz też milczę w obliczu kolejnych jawnych niesprawiedliwości. Milczę, ponieważ widzę, że mój krzyk, moja rozpacz, mój smutek słyszy i zna tylko Bóg. Ludzi, którzy mieli w sobie otwartość na mój ból i cierpienie nie było zbyt wielu. Ludzi, dla których wciąż byłam człowiekiem, mimo sponiewierania chorobą.

Milczę, ponieważ teraz będą wołać kamienie.

To nie jest czas na moją walkę z tym, co dookoła. Na to brakuje sił. Moje milczenie jest milczeniem człowieka, który nie krzyczy, lecz skupia się na każdym kolejnym dniu. Na leczeniu. Przede wszystkim – na Bogu. Człowieka, który nie krzyczy i nie napomina Kościoła, ponieważ jego ludzie, zbyt wielu jego ludzi, nie słyszało mnie. Słyszało siebie, swoje wyobrażenia, swoje pomysły na pomoc. Nie mnie.

Milczące spotkanie z Bogiem

Milczę, walczę o to, by siebie odbudować i daję się odbudować Bogu. Bardziej ufam swojemu rozeznawaniu niż przypadkowym wypowiedziom kapłanów, którzy muszą coś wygłosić w niedzielę. Skupiam się na doświadczaniu, niekoniecznie na mądrych słowach, które na szczęście znajduję – nieliczne perły. Nie opieram się już aż tak na ludziach, ale jeszcze nie potrafię oprzeć się na Bogu.

Milczę więc, choć w głębi serca narasta gniew. Niemalże rozsadza od środka. Wiem jednak, że walka o to, by Kościół był bardziej przyjaznym miejscem, nie należy teraz do mnie.

Mogę tylko trwać przy Bogu. Leczyć się z ran. Trzymać się z dala od tego Kościoła, który o mnie zapomniał. Trzymać kontakt z nielicznymi, którzy mają w sobie przestrzeń, by spotkać się ze mną. Taka jest moja decyzja, takie moje rozeznawanie.

Wracam tam, gdzie czuję, że jest moje miejsce. Na pogranicza. Na peryferia.

Mogę zrobić jeszcze jedną rzecz: mogę też spróbować dzielić się tą cichą drogą.