„Cała naprzód!” – czyli o powrocie na duchową pustynię

Kolejny raz próbowałam się wyrwać. Mam jednak wrażenie, że znów podjęłam decyzję za szybko. Znów za bardzo chcę powrócić do mojej „normalności” sprzed diagnozy.

Ostatnio zniknęłam z instagrama. Tym razem „tylko” zawiesiłam konto. Może kiedyś tam wrócę, ale nie spieszę się. Nie myślę o powrocie na Facebooka, choć jeszcze jakiś czas temu rozważałam to. Jednej nocy moje plany zmieniły się.

Jestem człowiekiem walki. Jak coś nie wychodzi sprawdzam, czy nie da się tego zrobić inaczej. Jak ktoś mi mówi, że czegoś się nie da zrobić, zazwyczaj siadam i kombinuję. Podobny styl przyjęłam w kwestii zmagań z chorobą. Jak się nie da teraz, to próbuję za tydzień. Większość czasu to kwestionowanie moich ograniczeń, podejmowanie prób obejścia choroby, funkcjonowania wykraczającego poza to, na co mi pozwala mój organizm.

Wiem, że w przeszłości były osoby, które ta moja walka inspirowała. Kiedyś walczyłam dla nich, ale teraz nawet nieliczni, którzy wciąż są obok nie są w stanie zmotywować mnie do działania. Zaczęłam szukać wewnętrznej motywacji i do pewnego momentu rzeczywiście tak bardzo chciałam stanąć na nogi, że walczyłam dalej. Z coraz mniejszym obciążeniem. Aż mój świat znów stanął w miejscu.

Przerwa w pracy, trudności nawet z egzekwowaniem codziennych czynności potrzebnych do przeżycia. Właśnie – egzekwowaniem. Nie – wykonywaniem, może z trudem, częściej jednak bezrefleksyjnie, nawykowo. Egzekwowaniem. I rozliczaniem siebie z niepozmywanych naczyń czy niewyrzuconych śmieci… Z niewykonanych telefonów i niewysłanych maili, które z płaczem odkładałam na nieznane mi „później”. Poza tymi nielicznymi telefonami – by umówić się do lekarza, by pójść na kroplówkę, by nie zawalić studiów.

Mogę się pochwalić, że zdołałam ukończyć studia podyplomowe. Ale nie cieszy mnie to. Nie za bardzo mam siłę na to, by się cieszyć…

Rekolekcje, w których coś „drgnęło”

A jednak w tym kiepskim stanie, jakoś w połowie lipca poczułam zaproszenie, by usunąć się na kilka dni w cień. By zamknąć się w ciszy i pobyć z Bogiem. Po krótkim procesie rozeznawania zgodziłam się na to, choć odcięcie się w takim stanie wydawało mi się być szaleństwem. Jednak czasem bywa tak, jak u Liwiusza: „w sprawach trudnych bardzo, gdy nadzieja nikła jest, cele najśmielsze, mają najwięcej szans”.

Zrobiłam sobie powtórkę części drugiego tygodnia ćwiczeń duchowych, w oparciu o Ewangelię św. Jana. Był to dla mnie trudny i mocny czas. Wyszłam w kiepskim fizycznym stanie, ale mocniejsza duchowo. Domyślałam się zresztą, że poniosę pewne zdrowotne konsekwencje – medytacje wykorzystują aktywność mózgu i ciała w której magnez jest bardzo ważny. Mając jego znaczące niedobory, bardzo szybko zużywam to, co dostarczam w trakcie leczenia.

Jednak zdecydowałam się na ten „najśmielszy cel”. Tak bardzo byłam głodna Boga po wielu miesiącach ciemności; tak bardzo zmęczona bezowocnymi staraniami tych mrocznych miesięcy o to, by wciąż się modlić. Gdy okazało się, że to On zaprasza, postawiłam znów wszystko na jedną kartę.

Trudno mi ująć w słowa to, co odkryłam. Bardziej czuję, że coś drgnęło w środku. Jakby przyszło zrozumienie. Przyszła pewna myśl, która mnie nie opuszcza i za którą staram się teraz wiernie podążać. Choć nie jest to myśl łatwa, ba! Jest myślą idącą pod prąd hurraoptymistycznego rozumienia wiary jako przestrzeni do „przywołania” cudów.

Myśl, że tak ma być. Moje miejsce jest w tym cierpieniu. Nie ma co modlić się o uzdrowienie, o skrócenie cierpienia, o cokolwiek innego. Trzeba trwać…

Cierpienie bez znieczulenia

Zazwyczaj na modlitwie szukamy ukojenia, ulgi, inspiracji, umocnienia… Tego, co buduje. Czasem możemy mieć wrażenie, że milczący Bóg chce zbudować naszą wytrwałość czy wierność. Są jednak sytuacje, w których nie dostajemy tego przyjemnego, łatwego w trawieniu duchowego pokarmu. Jest czerstwy chleb.

Mój „czerstwy chleb” to brak cudownego uzdrowienia. Tężyczka powoduje u mnie szereg objawów, które nie pozwalają mi funkcjonować „normalnie”: pracować, prowadzić domu, nawet – budować relacji. W moim świecie jest tylko bolesne tu i teraz, nie ma nadziei. Nawet, gdy następuje niewielka poprawa, to małe pocieszenie. Jest ciągły fizyczny ból i ciągłe osadzenie w bólu; bardzo trudno mi jest spojrzeć mniej subiektywnie na swoje doświadczenia czy w jakiś sposób wykroczyć poza nie.

Miałam nadzieję, że Bóg skróci to cierpienie, ale wszystko wskazuje na to, że tak nie będzie. Zadanie na ten czas jest inne. Doświadczam przemiany, przez którą mnie przeprowadza na przestrzeni tych ponad ośmiu miesięcy leczenia; jest to jednak przemiana bolesna i odbywająca się w odosobnieniu, w oddzieleniu od innych. Nawet, jeśli ktoś się do mnie odzywa, zazwyczaj nie dzielę się głębią chorobowych objawów; sama ledwo jestem w stanie je przeżyć i unieść w codzienności. Czuję, że choć są ludzie dookoła mnie, to w rzeczywistości są bardzo, bardzo daleko od tego, co się ze mną dzieje i w jaki sposób to przeżywam.

Przechodzę przez to cierpienie bez znieczulenia; bez antydepresantów, które – jak się okazało – wyrządziły w moim przypadku więcej szkody niż pożytku. Raz za razem zderzam się z murem rzeczywistości, próbuję się kłócić, negocjować, aż wreszcie z rezygnacją akceptuję obecność tego muru. Owszem, otrzymuję wiele łask; jednak odczuwany ból sprawia, że trudno mi jest się z nich ucieszyć. Nie zmuszam się do radości; mam w sobie przyzwolenie na pożegnanie tego, co odchodzi, na smutek, na to, by być wdzięczną, ale też jednocześnie być wkurzoną na Boga.

Pozwolić na przemianę

Do tej pory raczej modliłam się o cud, o wytrwałość, o pomoc. Tak zresztą nauczyło mnie słuchanie innych w moim chrześcijańskim życiu. Modlitwa o uzdrowienie, ofiarowanie trudu w czyjejś intencji, odwoływanie się do cierpienia Jezusa na krzyżu.

To są cenne pomysły, wielu ludziom to może wystarczyć, ale dla mnie to za mało. Za bardzo to pachnie upraszczaniem sytuacji czy psychologizowaniem. Doświadczyłam tego, że Bóg potrafi być bardzo wymowny w dopuszczanym cierpieniu. Opieranie się na modlitwie – czy to w celu wyproszenia cudu, potrzebnych łask, czy pogłębienia wiary może być owocne, ale jednocześnie potrafi być ciągłym kręceniem się wokół siebie, swojego postrzegania cierpienia, szukania wytłumaczenia, wyjaśnienia, usprawiedliwienia, sensu. Staranie o to, choć ważne, zbyt często zasłania Boga.

Tym bardziej, że samo szukanie uzdrowienia, skupienie na tym, by coś zniknęło, w moim doświadczeniu zamyka drogę do spotkania z Bogiem na duchowej głębinie. Zbyt często jest mylone z czymś innym, o czym przypomniał mi de Mello:

Mistrz zapytał kogoś, kto przyszedł do niego z prośbą o pomoc: – Czy rzeczywiście pragniesz uzdrowienia? – Gdybym nie pragnął go, to czy zadałbym sobie trud przyjścia do ciebie? – Oczywiście. Większość ludzi tak postępuje. – Dlaczego? – Nie szukają uzdrowienia. To zbyt bolesne. Szukają ulgi.

Do swoich uczniów Mistrz powiedział: – Ludzie, którzy pragną uzdrowienia, byleby nie łączyło się ono z cierpieniem, podobni są do tych, którzy opowiadają się za postępem, pod warunkiem, że nie trzeba będzie dokonać żadnych zmian.

(Anthony de Mello, Minuta mądrości)

Bycie uzdrawianą boli. I nie gloryfikuję tego bólu, nie nazywam go słodkim cierpieniem w imię Jezusa. To jest po prostu cierpienie. I tyle.

Szukanie na siłę sensu, dodawanie czegoś do tego, co przeżywam brzmi dla mnie wcale nie jak odkrywanie Boga w cierpieniu, tylko racjonalizowanie – nadawanie sensu czemuś, co samo w sobie nie ma dla mnie sensu. Nadawanie znaczenia po to, by mózg nie szalał, by mógł poczuć, że świat został mu do końca wyjaśniony. Kiedy pojawia się to „domknięcie”, człowiek może funkcjonować dalej. Nie potrzeba pytań.

Tylko, że spotkanie z Bogiem na duchowej głębinie wymaga pozwolenia sobie na brak domknięcia; na niezrozumienie; na bezsens. Świadomej akceptacji tego, że pewne rzeczy sensu nie mają i nie muszą mieć, a mimo to mogą być częścią drogi prowadzącą do Niego. I nie muszę im ani tego sensu nadawać, ani skupiać się na nich. Są. I to wystarczy.

Spotkanie z Rzeczywistością

Zniknęłam z mediów społecznościowych ponad dwa lata temu. W tym czasie kilka razy próbowałam wrócić i… Za każdym razem uciekałam. Kwestie zdrowotne to jedna strona medalu. Drugą stroną jest to, co czuję, że dzieje się, gdy spędzam w nich czas.

Z jednej strony widzę życie innych ludzi, ale z drugiej strony to tylko wycinek ich rzeczywistości. Widzę dużo inspirujących treści, ale z drugiej strony życie to nie tylko chłonięcie, potrzeba czasu i ciszy, by to, co ważne zapadło w serce i przemieniło je. Poznaję nowych ludzi, tylko… na ile buduję z nimi relację? Nawet jeśli buduję, to tylko w pewnym obszarze – a wtedy łatwiej o nierzeczywiste oczekiwania wobec tych, którzy są obok – których życie znam lepiej, których zmagania są mi bliższe, od których nie mogę się po prostu wylogować.

Nie chcę teraz żyć w dwóch światach. Nie jestem cyfrowym tubylcem, raczej podróżnikiem, który zagląda do cyfrowego świata, znajduje coś dla siebie i z ulgą go opuszcza. Nie mam już chęci (a może siły?) by dostosowywać się do zasad zdobywania lajków i promowania siebie, własnych treści, komentowania, częstych wypowiedzi jakbym miała coś naprawdę kluczowego do powiedzenia, gdy w rzeczywistości czuję, że lepiej jest milczeć i rozważać różne sprawy w sercu. Wolę pisać dłuższe, głębsze teksty. Świat pływa na mieliźnie, ja wypływam na głębię.

Znikam więc znów. Cisza pustyni może nie stała się o wiele bardziej atrakcyjna niż zgiełk miasta, ale widzę, że daje mi więcej. Wciąż mam swoje miejsce w sieci, do którego Was zapraszam. Jednak odpuszczam walkę o przypodobanie się.

Może to, co piszę, obroni się samo.