Akceptacja siebie

Gdy zgłębiamy Boga, zgłębiamy również siebie i odkrywamy nieznane lądy, na których czeka nas wiele przygód. Jedną z nich jest akceptacja siebie.

Kim jestem? To pytanie nie raz wraca w osobistej refleksji. Widzimy swoją prostotę, swoją złożoność. Pewne rzeczy dostrzegamy, inne zaś prześlizgują się na granicy naszego postrzegania.

Dziś opowiem nieco o tym, czym może być akceptacja siebie w kontekście uważności i jakie ważne punkty warto, moim zdaniem, uwzględnić.

Zarządzanie grzechem

To jest mam wrażenie częsty punkt wyjścia. Mamy tak ogromną niepewność w relacji z Bogiem, i tak ogromne poczucie, że możemy tę przepaść stworzoną przez grzech zasypać własnymi czynami, że zajmujemy się w przesadnym stopniu zarządzaniem grzechem.

I nie chodzi mi tu o uwikłanie w grzech ciężki, choć i w tej sytuacji potrafimy bardziej skupić się na byciu w porządku wobec Boga i „odpowiednim” rozliczeniu się przy kratkach konfesjonału.

Możemy mieć poczucie, że precyzyjne wyznanie tego, gdzie pobłądziliśmy, zamyka sprawę i możemy iść dalej. Czasem ta precyzja wynika z chęci drobiazgowego określenia potknięć, aby mieć pewność, że każde z nich zostanie wybaczone.

Akceptacja siebie wymaga zrobienia odważnego kroku i wyjścia poza mentalność zarządzania grzechem. Przyglądając się swojemu grzechowi wiele się o sobie uczymy, ale możemy też zatrzymać się na etapie szczegółowego analizowania siebie i swoich potknięć.

Przychodzi moment, by pójść dalej.

Pozwól, by Bóg otworzył Ci oczy

Doświadczyłam tego, że prawda o sobie samym jest taką prawdą, której nie da się unieść samodzielnie. Potrzeba Boga, który nie tylko ją pokaże, ale pokaże w sposób, który potrafimy unieść i da nam do tego potrzebne łaski.

Akceptacja siebie na głębszym, wykraczającym poza psychologię poziomie to dostrzeganie dobra, które jest we mnie, ale również akceptacja cienia – tego, co we mnie kuleje, czego nie lubię. Nie ma na to „magicznej” recepty. To coś, co dokonuje się stopniowo, gdy trwasz w Bożej obecności.

Dobrym punktem wyjścia może być ignacjański rachunek sumienia. Przez jakiś czas, w drugim punkcie rachunku, modliłam się o to, aby spojrzeć na siebie i na ten dzień, który minął, oczami Boga. By usłyszeć to, co On chce powiedzieć mi o mnie i o tym, co się tego dnia wydarzyło, jak poruszał moje serce.

Z czasem zaczęłam dostrzegać coraz więcej miłości, czułości w tym co mówił. Nie wytykał mi błędów, które ja wciąż sobie wytykałam. Pomagał mi spojrzeć na to, co jest we mnie, bez oceniania. Przyjąć siebie samą z jasnymi i ciemnymi stronami.

Akceptacja siebie z pięknem i z cieniem

Droga akceptacji oznacza spokojne spojrzenie na to, kim jestem i na kolejne, przychodzące odkrycia. To już nie ja odkrywam, ale Bóg odkrywa dla mnie. On ma moc ominąć moje mechanizmy obronne, złudzenia poznawcze w których tkwię, a które są częścią ludzkiego funkcjonowania.

Odkrywanie bywa trudne. Nie brakuje łez, ale jest też ulga. Gdy coś jest w ciemnościach, cały czas próbujemy to odepchnąć od siebie. Gdy pozwalamy Bogu wyciągnąć coś na światło dzienne, nie musimy już walczyć o ukrywanie. To jest i może być. Może rozpocząć się proces uzdrawiania.

Dla mnie ten proces trwa. Nie brakuje gwałtownych emocji, bolesnych wspomnień. Za tym wszystkim idzie ogromna ulga. Kurczy się przestrzeń omijanych tematów. Pozwalam się uzdrawiać, a wraz z uzdrowieniem przychodzi spokój.

Komunikacja w kontekście akceptacji siebie

To niezwykle ważne w kontekście komunikacji z drugim człowiekiem. Można znać nawet najlepsze narzędzia i je stosować, być skutecznym, rozwiązać dzięki temu wiele trudnych spraw. Jednak ta znajomość i skuteczność w stosowaniu nie pomaga tam, gdzie budzi się poczucie niesprawiedliwości.

W takiej sytuacji potrzeba skierowania się ku własnemu wnętrzu, osobistej przemiany, by móc przyjąć niesprawiedliwość. Przyjąć – to znaczy zaakceptować własne odczucia, zobaczyć własne potrzeby, aby znaleźć dobre rozwiązanie, nie pozwolić emocjom rządzić sobą.

Jeśli zależy nam nie tylko na załatwieniu sprawy, lecz również na tym, by nie formułować za szybko ocen, by nie kierować się (aż tak) oceną bliźniego w rozmowie, by zachować wewnętrzną wolność, to potrzebujemy osobistej przemiany. To, o czym piszę, możliwe jest w sytuacji, gdy czujemy się dobrze ze sobą, mamy kontakt z własnym wnętrzem, z potrzebami, z emocjami.

Gdy zaakceptujemy siebie.