Druga strona medalu

Próbuję być bardziej. W tym kolejnym kryzysie, po raz kolejny łagodne poruszenie serca pcha mnie w stronę patrzenia na drugą stronę tego, co się dzieje.

***

Mogę się denerwować, że ludzie wciąż chodzą do kościoła, jeżdżą na wyjazdy, wychodzą do sklepu by kupić to, co nie jest bezwzględnie potrzebne, że reagują później niż ja.

A mogę dostrzec, że ja po prostu żyję ciągle mierząc się z kryzysem na jakąś skalę i nie przechodzę aż tak głęboko różnych emocji, tylko po prostu „na automacie” działam, a potem odpoczywam. I tyle. Jestem przyzwyczajona do „ograniczenia wolności”, zrobiła to za mnie choroba. Mogę dostrzec, że wybory innych, choć dotykają mnie bezpośrednio, nie zabierają mi wewnętrznej wolności.

***

Mogę się denerwować, że długo jeszcze nie pojawię się w kościele. Że spowiedź długo nie będzie dla mnie, bo ze względu na zdrowie słucham się na pierwszym miejscu zaleceń lekarza, a nie zaleceń biskupów.

A mogę zacząć odkrywać obecność Boga w codzienności. Uwalniać się od schematów, które we mnie tkwią, leczyć się z mniejszych i większych religijnych uzależnień – od sakramentów; od tego, że muszę się codziennie pomodlić pacierzem, żeby być „w porządku” wobec Boga. Nie muszę.

Sakramenty, modlitwa, to narzędzia, a nie cel. Celem jest spotkanie z Nim.

Czasem, gdy maluję. Czasem, gdy sprzątam. Czasem, gdy słucham muzyki. Gdy leżę i nie mam siły na nic. Gdy rozmawiam z kimś…

Krótka refleksja przed zaśnięciem i kilka stron duchowej lektury na razie musi wystarczyć.

***

Mogę się denerwować, że rząd to, że opozycja tamto, że Episkopat… Że za wolno reagują, że… Lista moich osobistych zarzutów jest długa.

A mogę skupić się na sobie, na belce w moim oku. Mogę się skupić na moich zadaniach – bo nie wiem, do czego innych powołuje Bóg i jakimi ścieżkami ich prowadzi. Mogę tylko odkrywać swoje powołanie, swoje zadania, mierzyć się z tym… Zmagać.

***

Mogę krytykować, pozwalać, by ból wylewał się ze mnie falami. Chwilami mam wrażenie, że tego bólu jest tak wiele… ból jak ocean. Bezkresny. Mogę pisać, piszę prywatnie, do szuflady, jadowite teksty…

…z których niewiele wynika, bo nie jestem Bogiem, nie jestem wszechmocna… mogę mieć wiele słusznych refleksji, ale nie wszystkie są słuszne… wiele z nich podyktowanych jest wewnętrznym bólem…

Mogę też pozwolić, by ból płynął przeze mnie. Pozwolić mu być, ale nie skupiać się na nim. Zobaczyć głębiej. Pójść krok dalej. Zobaczyć drugą stronę medalu.

I zamiast narzekać na głupotę, do czego też mam prawo, zobaczyć, jak to cierpienie, ten ból Bóg chce obrócić na moją korzyść duchową.

***

Mogę krzyczeć, wysyłać w świat listy otwarte i listy prywatne, tłumaczyć…

…mogę zamilknąć.

Pozostać w ciszy codziennych czynności. Przesadzić kwiaty, odkurzyć mieszkanie, zaplanować strategię rozwoju firmy, zrobić galaretkę z owocami lub budyń na kolejne dni.

Bo w kryzysie związanym z koronawirusem ja dostałam od Boga szansę na zmierzenie się z tym, z czym do tej pory nie miałam siły. Szansę zawalczenia o odbudowanie siebie w komfortowych warunkach, gdy od lekarza mam bezwzględny nakaz pracy zdalnej.

I nie muszę już obsługiwać napadów paniki przy wychodzeniu z domu. I wreszcie mam odwagę poprosić o pomoc, więc też nie muszę walczyć ze sobą, by zrobić zakupy. I jest kilka osób, które się do mnie odezwało, więc zaczynam mieć odwagę, by rozmawiać z ludźmi.

W obliczu pandemii mój własny, chory świat zaczyna zdrowieć. Nie dlatego, że mam sprzyjające warunki, bo jedne rzeczy się poprawiły, inne pogorszyły.

Tylko i wyłącznie dlatego, że pozwoliłam Bogu działać inaczej, niż ja chciałam. Weszłam w strumień łaski, który jest strumieniem paradoksalnym.

Bo ja bym chciała do kościoła, odmówić brewiarz, zrobić medytację, pójść do spowiedzi… czuć, że jestem w bezpiecznej modlitewnej strukturze.

A On zaprasza do spojrzenia na drugą stronę medalu. Do wejścia w to, co dla mnie niepojęte. Czasami mam wrażenie, że mój mózg zaraz eksploduje, Jego łaska po prostu nie mieści się w moim myśleniu.

***

Tak długo umierałam.

Teraz odżywam.