Decyzja o zmartwychwstaniu

Za oknem coraz bardziej zielono, jednak rzadko ośmielam się nawet na wyjście na balkon. Chłodne podmuchy wiatru przypominają, że trwa jeszcze zmaganie.

Zmaganie między późną zimą, której spodobało się jeszcze nieco postraszyć, a spóźnioną nieco wiosną, której ciepło może i kusiłoby mnie do spacerów, gdybym miała na to siłę. I ochotę. Szczęście w samoizolacyjnym nieszczęściu, nie mam chęci.

Czy to już wmawianie sobie, że nie chcę tej wolności, która była udziałem wielu ludzi, a znajdywała się poza moim zasięgiem? A może to tylko stwierdzenie faktu – lepiej się czuję w domu?

Lekcje pokory

Nie muszę obsługiwać napadów paniki przy wyjściu z domu, bo z niego prawie nie wychodzę. Powoli przestaję się denerwować tym, co się wydarzy w pracy, co z urlopem (nie ma i nie wiem, kiedy będzie), co dalej… znów zaczyna być ważne tu i teraz.

Lekcje pokory, które dawała mi choroba, wracają wreszcie z jasnym wyjaśnieniem. Widzę, że chciałam za bardzo, zbyt wiele, za bardzo wychodząc naprzód myślami, koncentrując się na walce z cieniami, które wcale nie musiały się pojawić. Tak prosta prawda, a tak trudne było przyjęcie tego.

A teraz? Po kryzysach, po bataliach, po próbie kontrolowania wszystkiego, pozwalam sobie po prostu włączyć się w nurt zdarzeń. Pozwalam odejść „prawdzie”, którą wpojono mi w czasie młodości… Wielu prawdom. Że muszę być kimś. Że muszę coś osiągnąć. Że muszę zostawić coś po sobie. Że muszę być idealna. Że muszę się słuchać ludzi. Że muszę odbierać telefony. Że muszę…

Powrót wspomnień

Nieco ponad tydzień od Wielkanocy. Wchodzę do kolejnych swoich grobów i pozwalam Bogu, by mnie z nich wyprowadzał. Po okresie zmagań z nową rzeczywistością w ciszy znów wracają wspomnienia, które kiedyś budziły wiele emocji. Relacje, projekty, inicjatywy, pomysły, przypadkowe spotkania…

Czuję, jak wciskają się przez każdą szczelinę w mojej duszy.

Dotychczas albo próbowałam je wcisnąć głębiej, udać, że ich nie ma, albo nadmiernie rozpamiętywałam i analizowałam. Teraz robię coś, co mnie przeraża. Pozwalam im być. Wraz z emocjami, które się budzą po latach.

Czasem emocje niemalże mnie obezwładniają. Czasem są jak ciche tykanie zegara w tle. Czasem są tak silne, że muszę przerwać pracę, bo nie jestem w stanie ich znieść. Czasem przywołują uśmiech,  radość.

Nie jest łatwo po czasie „zamrożenia” wejść z powrotem w emocje. Odczuć ich bogactwo. To… wymagające zadanie.

Boże prowadzenie

Jest i dobra strona. Mój mózg nie jest wreszcie zamknięty w więzieniu przeszłości, zranień, za kratami niezmiennie miałkiej, bolesnej teraźniejszości. Ta moja nieustanna walka przynosi owoc wolności, a Bóg wyprowadza mnie z największego grobu, jakiego doświadczyłam – grobu choroby.

Ten grób to uwięzienie w świecie myśli, z których nie jesteś w stanie wyjść korzystając z terapii. Odbijanie się miedzy trudnymi wspomnieniami, bo umysł tkwi w ich pułapce, nie jest w stanie przetworzyć, albo przetwarza bardzo słabo, to, co dobre. To więzienie, z którego nie mogłam wyjść własnymi siłami, choć zdarzało mi się usłyszeć, że może powinnam się zmobilizować. Dopiero kolejne leczenie pomaga na tyle, że mogę zacząć żyć inaczej.

Nie dotrwałabym, gdyby nie Boże prowadzenie. Ja już dawno zrezygnowałam z siebie. Ale On ze mnie nie zrezygnował. Był do mojego końca, był w mojej śmierci, jest w moim nowym początku.

Nowe życie

Tylko ci, którzy byli więźniami swojego ciała, swojego umysłu, bez perspektywy na wyjście… Tylko ci mogą odczuć to, co ja czuję, opuszczając to więzienie. Jest to wyboista droga i wielokrotnie mam wrażenie, że wracam do punktu wyjścia.

Ale to już nie jest punkt wyjścia. To już zupełnie inny punkt na drodze. Nie chcę pisać o tym za dużo, bo boję się, że to zniknie…

Że to tylko chwila, kiedy pracuję, kiedy jestem w stanie gotować, sprzątać, nie panikować, tylko powoli rozpakowywać i porządkować kolejne pudła… Kiedy maluję, szydełkuję, hoduję szczypiorek, natkę pietruszki, a niebawem zmierzę się z czosnkiem.

O realności tej chwili przypomina nieustający ból, który towarzyszy wypuszczaniu siebie z rąk. Moje rekolekcje trwają. Nie mam ustalonych modlitw, godzin refleksji, nie ma struktury. Są tylko godziny, gdy trwam.

A potem chwile, gdy słyszę zaproszenie, by coś we mnie znów mogło umrzeć. Zmagam się w moim osobistym ogrodzie oliwnym, znów przeżywam własną śmierć, potem ktoś zanosi mnie do grobu. Mogę w nim zostać, z bólem i emocjami.

A mogę po raz kolejny, z Jego pomocą, podjąć decyzję o zmartwychwstaniu. O powrocie do życia. O podjęciu działania innego niż dotychczas, albo o zaniechaniu działania. O wejściu w relację albo oddaleniu się na jakiś czas.

Tymi decyzjami o zmartwychwstaniu buduję nowe życie.