Nowy start

Czuję się trochę jak żołnierz, który po serii wielu mniejszych i większych potyczek, po otrzymaniu iluś mniej lub bardziej groźnych ran, po iluś operacjach w warunkach polowych wreszcie oberwał tak mocno, że zostaje wywieziony poza obszar walki.

Wywieziony początkowo wbrew sobie. Przecież mamy Wielki Post, więc gdzie powinnam być moim zdaniem? W wirze duchowych zmagań, w wielkopostnych wyzwaniach. Albo codziennie na Mszy, albo codziennie na medytacji (w końcu mam taką możliwość), albo nie jedząca słodyczy, nie oglądająca seriali – słowem, gdzieś w obszarze wyrzeczeń. Takich, po których od razu widać, że poszczę. Które od razu mogą obudzić czyiś podziw.

Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Mt 6, 16-18

Nie mogę się więc swoim postem pochwalić. Bo to nie jest post, który da się łatwo zamknąć w słowa. Może i dobrze, bo dzięki temu nie mam pretekstu, by poczuć się lepszą – bo ja poszczę, mam określone postanowienia, a inni nie, albo nie aż tak…

Mój post przypomina bowiem spacer po pustyni w stylu Diuny Franka Herberta. Nie – regularny marsz, lecz bardzo nieregularne kroki, czasem szybsze, czasem wolniejsze. To tempo, które doprowadza mnie do szału. Jednocześnie to tempo, które – jak w książce – daje szansę na przeżycie.

***

Dwanaście dni spędzone w milczeniu. Nie szłam na rekord, po prostu rozeznawałam. Choć owszem, była pokusa, by wejść w ten czas z nastawieniem – teraz udowodnię sobie, światu i rekolekcjoniście, co potrafię. Jednak do ostatniej chwili próbowałam być otwarta na to, co mówi do mnie Bóg. Ile mnie chce widzieć u siebie, w rekolekcyjnym trybie.

Pierwsze dni to był czas pozornie idealny, cztery godzinne medytacje, Msza, adoracja, rozmowa, spacer. Dopiero gdy ból żołądka sprawił, że pół nocy nie spałam, pozwoliłam Bogu działać. Choć wciąż chciałam walczyć. W końcu jestem żołnierzem, prawda? Nieważne, jak poważne mam rany – muszę być na polu walki! Muszę się modlić tak, jak zakłada plan. Muszę się dużo modlić.

A dalej, skoro wybrałam, że chcę być pod Jego sztandarem: muszę głosić, mówić innym jak mają żyć, gdy widzę, że nie są idealni. Muszę gdzieś być, gdzieś pisać, żeby jak najwięcej ludzi czytało to, co piszę. Muszę pokazać, że jestem lepsza niż inni. Inaczej nie udowodnię światu, sobie i Bogu, że jestem prawdziwym apostołem. Szłam tą drogą już wiele razy. Dołączania do kolejnych inicjatyw. Chciałam być wszędzie. Magdalena gorliwa…

…żołnierz, który jeszcze wykrwawiając się, zamiast dać sanitariuszom zszyć ranę i pozwolić się zabrać do szpitala, walczy dalej. Bo nie chce pamiętać, nie chce żyć, nie chce podjąć życia takim, jakim jest. Całą swoją siłę i zaangażowanie kieruje na zewnątrz, ponieważ wewnętrzny świat jest zbyt bolesny, by w nim przebywać.

Przyszedł jednak moment opamiętania. Choć czy to rzeczywiście było „opamiętanie”, czy po prostu zmiana, pójście dalej?…

***

Chcę wierzyć, że te moje działania przyniosły wiele dobra. Nie wiem, czy tak było. Próbowałam Go głosić na wiele różnych sposobów, nawet, gdy sił było coraz mniej. Szukałam Go na zewnątrz. Zapomniałam, że jest też w środku. Nie chciałam Go szukać w sobie.

Patrząc z perspektywy czasu, nie dziwię się temu uciekaniu od siebie. Zbyt wielki ból sprawiał, że nie chciałam zająć się swoim życiem. Ostatnie kroplówki sprawiły, że po wielu, wielu latach znów odczuwam przyjemność i znów odczuwam szerokie spektrum emocji. Zaczynam być w stanie się cieszyć. Męczące mnie w ostatnich miesiącach ciągłe napady paniki ustępują. Jestem w stanie podjąć codzienne czynności: mycie się, gotowanie, sprzątanie przychodzi już bez większego wysiłku.

Po kilku miesiącach oswajania się z drobnymi sygnałami poprawy potrafię przyjąć i to, co radosne, i to, co bolesne. Cierpienie wreszcie nie jest dla mnie czymś stałym, lecz czymś, co przemija. Czekałam na to wiele lat. Podobnie jak na to, by móc po prostu się czymś ucieszyć, nie bojąc się, że to odczucie szczęścia zaraz zniknie, a życie przywali jeszcze mocniej.

To, co odkrywam, to nowe życie we mnie, pozwala mi być przy sobie, przy Bogu-we-mnie, ale też jest owocem duchowej walki, by odnaleźć Boga-we-mnie. Zrezygnowanie z fejsa, odsunięcie się od ludzi, życie modlitwą, ciągłe rozeznawanie, ciągła duchowa walka ostatnich dwóch lat. Trudno mi było wejść w cierpienie, czując, że nie mam żadnych gwarancji co do tego, co może się wydarzyć. Trudno było walczyć, po prostu próbując robić swoje. Nie dziwię się, że uciekałam znów na zewnątrz, w kolejne projekty.

Z mojej perspektywy to nie było życie. To była wegetacja. Wegetacja nastawiona na przetrwanie – brakowało mi i odczucia nadziei, i intelektualnego przekonania, że cokolwiek mnie jeszcze czeka. Weszłam w to, ponieważ Bóg mówił, a ja chciałam odpowiedzieć na Jego wezwanie, na ile potrafiłam. Patrząc wstecz myślę sobie, że tylko to pozwoliło mi przejść przez ten mrok. Mrok, którego głębię odkrywam coraz bardziej, gdy po kolei otrzymuję na powrót to, co straciłam przez chorobę.

***

Czemu więc akurat teraz pozwalam, by Bóg zabrał mnie z pola walki? Mogłabym i te ostatnio odniesione rany zignorować i iść dalej. Byle były zaszyte. Nieważne ryzyko…

…a jednak czuję, że to jest moment, gdy mogę zniknąć. Gdy sytuacja psychologiczno-duchowa jest na tyle opanowana, że nie muszę już zmagać się, by przeżyć kolejny dzień. Stan fizyczny pozwala mi na odpoczynek – mój organizm po latach jest wreszcie zdolny odczuć fizycznie, że odpoczywam! Mogę więc odpocząć. Realnie. Nabrać sił.

To nie jest już przebywanie w szpitalu polowym pod ostrzałem. To jest wycofanie się do miejsca daleko od frontu, ze świadomością, że linia frontu jest dobrze zabezpieczona. Że nie muszę tam być. Nie muszę już aż tak ostro duchowo walczyć wewnątrz – jest czas na nabranie sił. To On walczy teraz za mnie. Nie muszę też już Go bronić czy walczyć w Jego imieniu – dotarło do mnie, że najskuteczniej będę Go głosić idąc za Jego zaproszeniami, a nie za swoimi pomysłami. Nie muszę też już szukać dalej przyczyn mojego stanu – obecne leczenie na ten moment jest wystarczające. Po latach czuję ulgę. Wiem, co mi jest. Leczenie pomaga.

Czas więc zająć się sobą. Choć jeszcze nie do końca wiem, jak.

Rany potrzebują czasu, by się zabliźnić. Potrzebuję czasu, by przepracować swoje emocje, by pozwolić im być, by na nowo zorganizować swoje myślenie w zupełnie dla mnie nowych okolicznościach. By zobaczyć, co z poprzednich etapów chcę wnieść do nowego etapu, który się przede mną otwiera. W ostatnich miesiącach straciłam swoje życie, co do ostatniego pragnienia, a teraz otrzymuję je na nowo. Nie do końca rozumiem to, co się wydarzyło. Czuję, że właśnie te słowa o utracie własnego życia mogą oddać w jakimś stopniu to duchowe doświadczenie.

***

Mam więc jedno zadanie na Wielki Post – wsłuchać się w Jego wolę. I gdy zaprasza mnie właśnie do tego, żebym odpoczywała, wysypiała się, zatrzymała na chwilę, pozwoliła Jemu, by był i uzdrawiał, bym zrezygnowała ze swojej aktywności na rzecz tego, co On chce mi dać – to nie pozostaje mi nic innego jak odpowiedzieć na to zaproszenie.

Jednocześnie jest to moje osobiste wyrzeczenie – wyrzeczenie własnej woli i własnych pomysłów na to, jak mam dojść do zdrowia.

W końcu, będąc zbyt długo na polu walki, łatwo jest stracić kontakt z normalnością. Potrzeba czasu, by na nowo złapać ten kontakt. By zrozumieć, że życie nie kończy się na walce. Że walka to tylko element codzienności, nie – cała codzienność. By zauważyć, że poza pyłem bitewnego pola jest jeszcze niebieskie niebo, poza ciągłym krzykiem i zgiełkiem jest cisza.

By dostrzec, że może dlatego znikam z pola walki, ponieważ ta wojna się już skończyła. Przyjdą inne, ale później. Teraz czas poznać inną twarz rzeczywistości.

Czas wyruszyć w nową drogę.

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest