Kiedy plany się sypią

Też miałam swoje plany na najbliższe tygodnie, miesiące. Chwilami wraca poczucie, że zasługiwałam na nie bardziej niż inni, bo ostatnie miesiące były czasem, kiedy planów nie było, było przetrwanie i rezygnowanie z kolejnych aktywności.

Teraz, gdy wiele osób próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości, ja się czuję jak ryba w wodzie. Zamknięcie w domu? Nie policzę, ile dni w zeszłym roku spędziłam w samotności czterech ścian, czekając na wieczorny telefon od Mamy. Brak możliwości spotkania na mieście? Ostatni czas, gdy regularnie wychodziłam do kina czy na kawę ze znajomymi to były studia, chyba jeszcze na 3 roku. Później sił zaczęło brakować, ja intuicyjnie zawężałam ilość aktywności w sytuacji coraz mniejszej ilości sił, więc… nie, od dawna, od kilku lat nie spotykam się regularnie ze znajomymi, tylko wtedy, gdy mam akurat zryw, więcej sił. Czyli – rzadko.

Ba! To i usunięcie konta na Facebooku sprawiło, że obecnie mam kontakt z garstką ludzi, którzy „wytrzymali” moje zagubienie. Teraz, choć ze względów zawodowych wracam do mediów społecznościowych, nie potrafię wrócić do świata „obecności na tablicy”. Bo wyjście stamtąd było dla mnie doświadczeniem społecznej śmierci, wymazania z pewnej rzeczywistości, ze względu na przeżywane cierpienie i niemożność dostosowania się do życia „zdrowych”.

O tak, kolejne choroby odebrały mi bardzo wiele, dając jednak w zamian, po miesiącach przepracowywania tego bagażu, coś, co teraz okazuje się niezwykle przydatne: wytrwałość, kreatywność, umiejętność odpuszczania, skupienie na drobiazgach i wiele, wiele innych. Ostatnie dwie kroplówki dały kopa energii, na tyle, że teraz nie mam już napadów paniki, dość rzadko jestem w stanie „bliskim paniki”, potrafię się również odciąć, jeśli coś mi na ten moment ewidentnie nie służy. Cuda?

Nie. Na samym początku, gdy przypadków zakażonych osób było jeszcze niewiele, dostałam solidnego kopa w tyłek od życia. I przez kilka dni prawie nie miałam kontaktu z rzeczywistością. Doszłam do ściany. I potem, po raz pierwszy od dawna, zamiast pod nią siedzieć i czekać, aż magicznie zniknie, postanowiłam ją rozwalić.

***

Co mnie skopało? Kilka reakcji ludzkich, reakcji, w których spodziewałam się wysłuchania, empatii, zaufania – że nie podnoszę alarmu bo „jestem panikarą”, tylko przeanalizowałam sytuację. Życie zweryfikowało te moje założenia i okazało się, że zareagowałam wcześniej niż inni i to adekwatnie.

Ale ja chodziłam trzy dni struta, bo usłyszałam wiele nieprzyjemnych słów. Wróciła do mnie refleksja, że za bardzo pozwalam temu, jak reagują inni, jakie podejmują decyzje, przejmować kontrolę nad moim życiem.

Przyszedł czas na szczere pytanie: czy mam wpływ na to, jak zareagują inni?

Nie, nie mam wpływu.

Czy mogę ich inspirować do innego działania? Namawiać?

Mogę próbować. Ale rezygnuję z tego i ogłaszam bezsilność.
Bo chcę ratować siebie.

Zrozumiałam to, mając ogromną zapaść, nie chcąc jeść, nie mogąc spać, mając nawrót innych nieprzyjemnych objawów, które na dwa dni sparaliżowały moje funkcjonowanie.

Kilka dni później – czyli dziś, pisząc te słowa, czuję, że wraca spokój. I że mogę powiedzieć, że pokonałam ten kryzys. Ale nie wpuszczam się w dyskusje: Eucharystia w kościele czy w telewizji? Komunia do ust czy na rękę?

***

W wysypie poradników, jak przeżyć kryzysowy czas, jak przeżywać Mszę on-line, jak przyjmować komunię duchową, mam wrażenie, że tracimy kontakt z tym, co najważniejsze. A właściwie z Kimś, kto jest najważniejszy – z Bogiem. Z tym, że można Go konkretnie spotkać w tej kryzysowej sytuacji.

Uzbrajając się w wiedzę teoretyczną szukamy poczucia bezpieczeństwa że wiemy, jak w tym kryzysowym czasie wyrażać we właściwy sposób własną religijność. To jest ważne, ale to… to tylko narzędzie.

Przeżyłam w ten sposób wiele kryzysów – próbując odzyskać równowagę po swojemu. Budując swoje kompetencje zarządzania kryzysowego, które teraz są cenne. Przydatne.

Mam jednak poczucie, że Bóg nieustająco wzywa do czegoś więcej. I że koncentrując się na tym, kto w jaki sposób (mniej lub bardziej ryzykowny) wyraża swoje religijne potrzeby, koncentrując się na tym, by „właściwie” przeżyć ten czas i „właściwie” wypełniać praktyki religijne, wciąż kręcimy się wokół nas samych.

***

Magdalena Urbańska na swym blogu pisze o sposobach na przetrwanie kwarantanny. Swoją drogą, sposoby bardzo fajne i ja mam swoją podobną listę narzędzi. Mam też pewne rozwinięcie tej listy, choć narzędzia, które podaję, kierują do konkretnego dla mnie celu na ten moment.

Cel: odnajdywać Boga we wszystkim.
  1. W wyzwaniu, jakie dla mnie stanowią moje własne reakcje na kryzys i reakcje bliskich mi osób. W szukaniu rozwiązań, które zbudują nasze relacje, nawet jeśli chwilowo jest w nich wiele ciszy.
  2. W wyzwaniu, jakie stanowi dla mnie nie znienawidzenie ludzi, którzy „przecież powinni mnie słuchać!” – w wyzwaniu pracy nad sobą i stawaniu się w tym podobnym do Boga – kimś, kto chce się dzielić sobą, ale nie robi tego na siłę.
  3. W zajęciu się sobą, skupieniu na moich codziennych wyzwaniach, zamiast na dyrygowaniu czyimś życiem – nawet jeśli to robię mając moim zdaniem dobre intencje. Wychodząc poza siebie wtedy, kiedy ja uważam, że powinnam, a nie wtedy, gdy Bóg mnie do tego zaprasza, zaniedbuję swoje własne powołanie, swoje własne zadania, na rzecz tego, co wydaje mi się dobre.
  4. W skupieniu na czynnościach, które do tej pory były dla mnie znienawidzone – praca zdalna, gotowanie, zmywanie, sprzątanie. Robione mechanicznie… By w tym, że wciąż mogę je robić, by w świadomym ich wykonywaniu odnajdywać Boże błogosławieństwo, dar sił, wytrwałości.
  5. W odpoczynku, który jest dla mnie czymś ciągle nowym. Wraz z kolejnymi kroplówkami wzrasta zdolność mojego organizmu do odpoczywania, ale to dla mnie wciąż pewien wysiłek – odpoczywać.
  6. W ciągłym zawierzeniu, że zawieszenie kroplówek jest dla mnie wezwaniem do podjęcia psychologicznej i duchowej pracy – pracy nad sobą i nad relacją z Nim, nad zaufaniem; w zaufaniu, że to zawieszenie leczenia jest po coś i czas, abym odkrywała, jakimi łaskami Bóg chce mnie obdarzać.
  7. W byciu tu-i-teraz, nieważne, czy właśnie pracuję, zmywam czy odpoczywam. Wybieganie w przyszłość myślami już nie raz przyniosło mi wiele trudności.
  8. W tym, aby nie pragnąć bardziej zdrowia niż choroby, skrócenia tego czasu kryzysu bardziej niż wydłużenia, by pozostać obojętnym – i w tej obojętności otwartym na kolejne Boże zaproszenia.
  9. W znajdowaniu czasu na to, co lubię: szydełkowanie, robienie zdjęć (choć na razie tylko w domu), ich edytowanie, i w spotykaniu się w tych aktywnościach z Bogiem. Dopiero niedawno, po kolejnych kroplówkach zaczęłam odczuwać przyjemność na nowo, ale to Boże zaproszenie sprawiło, że zaczęłam się otwierać na to, co dobrego przyniosło mi leczenie. Chcę się tym ucieszyć.
  10. Chcę odnajdywać Boga również w mojej samotności. Mogę ją zagłuszyć na wiele różnych sposobów. Czasem jest mi to po prostu potrzebne. Chcę jednak spotykać się z Nim na rachunku sumienia, by przyglądać się temu czasowi tym uważniej.

Po latach cierpienia dostrzegłam coś, co wcześniej mi umykało. Zasadniczo nie jest ważne, czy jest dobrze, czy źle. Czy się cieszę, czy się zmagam. Najważniejsze jest, by – niezależne od sytuacji – być z Nim. Słuchać Go. Jeśli Go słucham bardziej niż siebie, mogę płakać, mieć dni, kiedy mój stan jest bardzo zły, kiedy bliscy martwią się, bo w rozmowach telefonicznych mam bardzo słaby głos. Ale jednocześnie szukam rozwiązań. A czasem po prostu trwam, czekając, aż najgorsze minie.

Dlatego też nie piszę o sposobach na przetrwanie. Bo dla mnie na ten moment granica między sytuacją kryzysową a życiem kompletnie się zatarła. I wiem, że jeszcze wiele pracy ode mnie będzie wymagało wyjście na tyle na prostą, by mówić o w miarę „normalnym życiu”. Bo moje życie to w dużym stopniu zarządzanie kryzysowe, kolejne diagnozy, kolejne leczenie. Być może stan ten ulegnie wreszcie znaczącej zmianie, gdy skończy się kryzys Covid-19 a ja wrócę na kroplówki. Gwarancji nie ma, więc żyję tu i teraz. Z tym, co jest.

Jak w serialu Altered Carbon. Envoy take what is offered. Przyjmuję to, co dostaję. I działam dalej.

***

Tak, koronawirus jest bodźcem do podjęcia osobistych, wyjątkowych rekolekcji. Ale żeby go dobrze wykorzystać, nie można dalej pływać po powierzchni. Trzeba dać się Bogu zoperować – a takie operacje zazwyczaj bolą.

Doświadczenie podpowiada jednak, że z czasem boli mniej. Bo i nieuporządkowanych pragnień jest mniej, i człowiek bardziej skupiony na własnych zadaniach niż na tym, co robią inni, a przede wszystkim – przechodzi się bardziej ze skupienia na sobie i na tym, co ja powinnam zrobić żeby postąpić właściwie do skupienia na Bogu, na tym, do czego konkretnie mnie zaprasza.

Bóg wzywa do przemiany. Nie przyklepmy tego prostymi gadkami o przeżywaniu cierpienia, nie przyklepmy myśleniem, że wystarczy, że się pomodlę, że zadbam o to czy o tamto. Owszem, może to być nam potrzebne, by spróbować zachować równowagę.

Jest jednak znacząca różnica, między próbą zachowania równowagi, a próbą uciekania od wewnętrznej przemiany, w imię zachowania tego, co inni pochwalają i uznają za bycie „dobrym katolikiem”. U każdego ta granica przebiega w innym miejscu. I można przeżyć całe życie myśląc, że jest dobrze – nigdy tej granicy nie przekraczając na dobre.

Czas kryzysu pokazuje, że myślenie o tym, co namacalne, co konkretne to za mało. Że żeby wzrastać, a nie tylko „próbować przetrwać”, potrzeba czegoś więcej. Potrzeba głębi kontemplacji. Wielu zostanie przy tym, co bezpieczne, przy widzialnych znakach. To ważny etap, ale to nie koniec drogi.

Jesteście gotowi na głębsze spotkanie z Bogiem?

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest