Ostatnio, gdy pisałam z kimś mailowo, mój rozmówca napisał: ktoś, kto się czuje jak skopany pies, nie myśli o innych, nie pomaga innym, nie walczy…

Jak wielka pomyłka w założeniu. Jakby skopanie można było obiektywnie określić dopiero wtedy, gdy człowiek jest już w tak koszmarnym stanie, że nie może nic wokół siebie zrobić.

A ponieważ ja wciąż wstaję z łóżka (choć czasem ból fizyczny jest tak potworny, że jem śniadanie, biorę leki i do tego łóżka wracam), ponieważ wychodzę zrobić zakupy (hej, przyjedziesz zrobić ze mną zakupy wtedy, kiedy ja mogę?), ponieważ wciąż pracuję na kawałek etatu – pomoc mi się nie należy. Mi samej jest trudno o nią prosić, bo nie potrafię przebić się przez swoje obawy – obawy przed właśnie taką oceną. Jeszcze żyje, oddycha, chodzi – znaczy się wyjdzie z tego.

Subiektywne odczucie bólu? Odmienna percepcja rzeczywistości? To już nie jest istotne. Słuchacz ma swoje zdanie i go nie zmieni, dopóki nie spełnię wyśrubowanych standardów pokazujących omnipotentnemu odbiorcy, że jest ze mną źle.

A przecież skopany pies wciąż ma instynkt, wciąż próbuje zawalczyć o przetrwanie. I u mnie jest ten instynkt, poczucie, że Miłość Boga jest większa od tego cierpienia. Że On widzi. Jest. Nie ocenia. A skoro tak jest, to mogę dalej walczyć i cieszyć się tymi małymi sukcesami, choć świat dookoła żyje czymś zgoła odmiennym, a moje małe sukcesy z łatwością wyrzuca do kosza.

***

Od nowego roku mam troszeczkę więcej sił. Leki, modlitwa, to wsparcie, które jeszcze jest. Choć wciąż miotam się bez celu. Wciąż mam wątpliwość, czy moja walka ma sens. W końcu – co robię? Bez świateł reflektorów codziennie wstaję, uczciwie i bez marudzenia jem kolejne posiłki, biorę kolejne dawki leków, sprzątam, porządkuję, uczę się do egzaminu. Celu nie widzę, może poza tym, by przetrwać do momentu, gdy ten cel się pojawi. Kiedy? Nie wiem.

Podzieliłam się z jedną z towarzyszących mi osób tym, co czuję, i fizycznie, i psychicznie, i duchowo. Usłyszałam to, czego tak bardzo potrzebowałam – że mam prawo tak się czuć. Nie zostałam odesłana do psychologa, ale przyjęta z tym, kim jestem i jak się czuję. Nie zrobiono ze mnie wariata! Zostałam przyjęta tak, jak tego od dawna pragnęłam – jako człowiek, który w cierpieniu szuka Boga. Znalazł się człowiek, który potrafił to dostrzec.

Doceniam to, tym bardziej, że to nie jest „umiejętność” do zdobycia od ręki. To lata formacji, coraz głębszej relacji z Bogiem, odnajdywania Go we wszystkim i słuchania Go pozwalają na przyjęcie drugiego człowieka takim, jakim jest. Ten drugi, który mnie przyjmuje z moją chorobą, przeszedł długi proces… Oddał swoje życie Bogu, by móc mnie przyjąć. Dał się przemienić. To nie jest łatwa droga i wiem o tym. Sama na niej jestem. Choć znów – bez błysków fleszy.

Tym bardziej cieszę się, że w tym osamotnieniu Bóg stawia na mojej drodze ludzi, którzy pomagają mi wytrwać i pokazują, co może być moim następnym krokiem w zmaganiu z cierpieniem.

***

Cierpienie to nie jest łagodny i wyrozumiały nauczyciel. Żeby przez nie przejść, potrzeba totalnego zaufania Bogu. Wciąż brakuje mi takiego zaufania. Choć coraz częściej Go słucham. Idę za wskazówkami, które przychodzą na modlitwie.

I tak uczę się łagodności wobec siebie. Przyjmowania siebie z różnymi emocjami. Przyjmowania siebie taką, jaką On mnie stworzył. Ale też przyjmowania własnej frustracji, bo widzę swój potencjał i widzę, że nie potrafię go wykorzystać. Brakuje sił, wytrwałości, poczucia sensu.

***

Skopany pies, który opuścił ludzi prawie dwa lata temu, ale ludzie tego nie zauważyli. Żyją własnym życiem – na chwilę sobie przypomną i znów zapominają.

Skopany pies, który na palcach jednej ręki może policzyć bliskich sobie ludzi, a na palcach drugiej – tych, z którymi utrzymuje jeszcze kontakt.

Skopany pies, który przez lata nauczył się być kimś innym, a teraz nie ma już wyboru. Nie ma siły dalej grać pod publikę, dostosowywać się. Odchodzi coraz dalej, szukając siebie.

***

Czy skopany pies może coś jeszcze wnieść do życia innych?…

…za wcześnie na odpowiedź. Na razie skopany pies nie widzi przyszłości. Wszystko zasłania dym. Dotychczasowe, fikcyjne życie, dopala się. Są zgliszcza. I poszukiwania czegoś, co mogło by być motywacją na ten czas. Co mogłoby dać poczucie sensu, by dalej walczyć o przetrwanie.

Zdjęcie: coffy // Pixabay

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest