Wiem, że Wam jest łatwiej się kontaktować przez FB, ale mi nie jest łatwiej. Dostałam ileś zaproszeń od ludzi, których nie znam, zaczęły spływać zaproszenia do polubienia stron. Poczułam się „przeładowana” bodźcami i nie za bardzo mój mózg ma jak przed tym się bronić. Ma to swoje wytłumaczenie w biochemii mózgu, więc mnie to nie dziwi. To jest tak, jakbyście wiedzieli, jak się obronić przed natarciem, koledzy do was krzyczą, żebyście to zrobili, trener krzyczy – ale Wy nie jesteście w stanie, bo już nie macie siły podnieść miecza. Co z tego, że macie intelektualnie ogląd sytuacji, skoro ciało odmawia posłuszeństwa?

To ponowne zniknięcie to jest na razie rozwiązanie optymalne dla mnie. Widzę, jak te kilka dni bardziej aktywnego korzystania z jednej strony przyniosło mi kontakt, którego długo nie miałam, ale i dużo pobudzenia dla mózgu, który tego nie jest w stanie udźwignąć, oraz kwestii do rozwiązania, z którymi nie mam siły się teraz mierzyć. Jeszcze za wcześnie na mój powrót tutaj.

Ale cieszę się z tych dni. Dzięki Waszej obecności poczułam się mniej samotna. W ostatnich miesiącach redukowałam kolejne zaangażowania (mam za sobą ciekawy etap współpracy z Towarzystwem Jezusowym), rezygnowałam z kolejnych znajomości, ostatecznie miałam kontakt tylko z trzema osobami i z rodziną. Bardzo sporadyczny z kilkoma innymi. Pochłonęła mnie osobista walka.

***

Na wojnie trzeba podejmować trudne decyzje, a ja jestem na wojnie, i żadne słowa, śmieszne rysunki, ani inne „plasterki” mi nie pomogą. Ani terapeutyczne teksty pt. „skoncentruj się na życiu, a nie na lekarzach”. Cierpienie stało się dla mnie zadaniem do rozwiązania, do przeżycia, do zrozumienia. Uchylałam się od tego, nie chcąc się mierzyć z własnym bólem. Teraz mam na tyle popsute zdrowie, ale też wiele godzin przemyśleń za sobą i świadomość, że nie mogę dłużej się uchylać. Nie chcę zaprzeczać w nieskończoność…

Mocno do mnie przemawia to, co pisał Viktor Frankl o tym, że nawet w najtrudniejszej sytuacji mamy jakąś przestrzeń do działania i do wyboru. Moja przestrzeń decyzyjna bardzo się skurczyła, niewyobrażalnie wręcz, i bycie na facebooku tylko utrudnia decydowanie w obrębie tej przestrzeni, co robić, i jak przeżyć ten czas, żeby nie dać się zniszczyć. I chorobie, i myślom – bo kiedy myśli się, że wartość człowieka zależy od jego zaangażowania, to dopóki wszystko idzie dobrze problemu nie ma. Ale jak już nie ma siły ani na pracę, ani na spotkania, ani na bycie „pomagaczem” w ramach wolontariatu to staje się przed pytaniem, jaka jest moja wartość jako człowieka gdy wgapiam się w sufit i nie mogę nic więcej. Albo śpię kilkanaście godzin na dobę, bo muszę, bo to też pomaga w procesie zdrowienia.

Z psychologicznej perspektywy patrząc straciłam wszystkie filary, które budowały moje poczucie „ja”, moją integralność, moje poczucie własnej wartości, kompetencji. No bo ani praca na ten „kawałek etatu”, ani to, co robię poza pracą nie jest tym, co byłam w stanie robić jeszcze dwa lata temu i z czego mnie znacie. Jeszcze zawalam właśnie studia, które mi są potrzebne do pracy.

I co teraz? Kim jestem teraz?… Kim jestem, gdy przedmioty znowu wypadają mi z rąk? Gdy moje motywowanie siebie nie jest motywowaniem się do wygrania turnieju, ale do zrobienia sobie zupy i zjedzenia tych trzech pełnowartościowych posiłków, by wziąć leki?

To doświadczenie cierpienia i bólu, w które wchodzę i daję się mu ponieść; daję się nauczyć życia na zupełnie innym poziomie. Nie chcę go zamiatać pod dywan i o nim zapomnieć, do czego zachęcała mnie terapeutka gdy jeszcze na terapię chodziłam. Gdy się z nim mierzę, to potem, gdy ludzie przychodzą do mnie na terapię (a mam teraz na jedno popołudnie dyżur w poradni i sesje na Skype), to nie zamiatam trudnych spraw pod dywan, ale potrafię im towarzyszyć, potrafię być przy nich, jednocześnie jednak zachować zimną krew i szukać z nimi rozwiązań. Tego nie nauczyły mnie moje studia psychologiczne, ale własne cierpienie. To trudny nauczyciel, ale idę za tym, bo wiem, że daje to konkretne owoce w relacjach z ludźmi i w pracy, którą wykonuję.

A w sytuacjach, z którymi się mierzę, nie ma prostych odpowiedzi, nie ma prostych rozwiązań. Ani u mnie, ani u klientów. Udawanie eksperta owszem, może by i karmiło moje ego, ale nie pomogło by tym ludziom, z którymi się spotykam.

Także nie znikam już jako zagubiony człowiek, który nie wiem, czego chce, czego potrzebuje, który jest miotany okolicznościami, słucha bardziej innych niż siebie. Znikam jako człowiek świadomy siebie, swoich potrzeb, znający swój życiowy cel i wiedzący, że aby go zrealizować trzeba wiele poświęcić, wiele stracić, trzeba przejść długą drogę. Cieszę się, że mogłam przez chwilę być z Wami i… wracam na tę drogę, z nowymi siłami. Dzięki Wam.

Trzymajcie się.

M.

Zdjęcie: Couleur // Pixabay

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest