Chciałabym być gdzie indziej. Ale jestem tu i teraz. I w każdej chwili wybieram.

Czy wstać teraz, czy pospać dłużej. Czego potrzebuje organizm? Czy dodatkowe kilkanaście minut zrobi jakąkolwiek różnicę? Potem jest przekonywanie siebie, by zjeść śniadanie, by umyć się, by popracować, zdjąć pranie, spróbować odpocząć…

***

Długo byłam wściekła na ludzi, wyrzucałam Bogu, że inni o mnie zapomnieli. Teraz się cieszę, ponieważ interakcje z ludźmi to dodatkowy, obciążający mnie kawałek funkcjonowania. A im ich jest mniej, tym lepiej.

Nie zmienię wszystkiego na raz. Bardzo długo chciałam natychmiastowej poprawy i działałam chaotycznie. Teraz moje oczekiwania drastycznie spadły. Chcę po prostu przetrwać kolejny dzień i podjąć choć jeden krok w stronę zmiany. Nawet, jeśli to będzie mały krok. Nawet, jeśli danego dnia będzie to tylko: „nie bać się zmiany” i zacząć coś. Cokolwiek. I iść według planu.

Nie ma, że boli. Nie ma, że patrzę na zgliszcza. To, co zrobię dziś, wpłynie na moje jutro. Każdy drobiazg ma znaczenie. Nieważne, że walizka stoi ponad tydzień i jeszcze jej nie rozpakowałam. Jeśli zrobię to dziś, jutro nie będzie mnie już ścigać myśl… Ale nawet z tą myślą muszę się rozprawić. Z myślą, że nierozpakowana walizka jest świadectwem mojej niekompetencji. Nie. To znaczy, że byłam zmęczona, że nie miałam sił, że pracowałam, że zajęłam się innymi, na dany moment ważniejszymi sprawami.

Dzień po dniu, trudne wybory i podążanie za nimi. W ciemno.

***

Nie czuję, by ktokolwiek na mnie czekał, by cokolwiek jeszcze na mnie czekało w życiu. Jest ciemność. Zaczynam z tym walczyć, dostrzegając w tym strapienie, podszept złego, który chce mnie powalić na łopatki. A ja się łatwo daję, ponieważ czuję, że wielu rzeczy mi brakuje… Rodzina – tak, dobrze że jest. Odbudowuję z nimi relacje. Jest dobrze. Ale moja przyszłość… mąż, praca… To wszystko jest poza moim zasięgiem. Nie dlatego, że nie chcę. Dlatego, że na razie nie czas…

…bo teraz jest czas na coś innego. Na zdrowienie i bycie uzdrawianą. Wejście w inne sprawy będzie rozproszeniem sił, których jest mało. Nie mam komfortu równoległego działania w wielu dziedzinach.

Bycie uzdrawianą boli. Co konkretnie? Co najbardziej? Nie wiem, czy bardziej poczucie osamotnienia, czy to, że nie jest tak, jak bym chciała, tempo zmian, głębia zmian (można było płytko, znowu płytko, tylko potem problemy narastają). A może po prostu jestem tak fizycznie zmęczona, że nie jestem w stanie ucieszyć się zmianami na lepsze, odczuwam tylko ból całej sytuacji, widzę tylko to, czego sytuacja ode mnie wymaga, a nie to, jak wzrastam.

***

Brewiarz idzie w odstawkę. Nie mam siły walczyć o to, by udowodnić sobie, że potrafię. Zaproszenie jest do innej formy modlitwy, przede wszystkim do bycia tu i teraz z Nim. On wie, jak mi jest ciężko. I z tym, że brakuje mi sił, i z tym, że uczę się pilnować odpoczynku, snu, ale też że szukam przestrzeni do poukładania myśli i spotkania ze sobą samą, ze swoimi myślami i emocjami.

Szukam tego, co może być teraz moją nadzieją, moim światłem w ciemności. Pomysły mi się kończą. Na szczęście jest On, który powtarza – dziś. Tylko dziś. Tylko dziś spróbuj pójść krok dalej, tylko dziś odpocznij, tylko dziś istnieje. Nie patrz na razie w przyszłość – to za dużo.

Najtrudniej jest wiedzieć, co należy wybrać. I wciąż się bać, choć wie się, że za tym wyborem stoi Jego miłość. Że gdy skoczę, On mnie złapie – bo Jemu na mnie zależy.

Źródło zdjęcia: S. Hermann & F. Richter // Pixabay

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest