Ostatnio dość często do tego wracam w rozmowach duchowych. Do tej nienawiści, która pełza mi w sercu, która coraz śmielej wystawia głowę.

Nienawiść, bo telefon milczy. A jak się odzywa, to zazwyczaj boli. Nienawiść, że przeszłość taka, a nie inna, że ludzie zawiedli, że dawni współpracownicy się nie odzywają, nie zastanawiają, co u mnie, a przecież szliśmy ramię w ramię, na treningach, w redakcji, we wspólnocie, w innych miejscach…

Można by przyklepać tę nienawiść, wracać do niej przy każdej spowiedzi, stwierdzić – tacy są ludzie i mam prawo nienawidzić. Ale ja nie lubię przyklepywać. Lubię konfrontację z tym, co we mnie siedzi. Lubię coraz bardziej, ponieważ wiem, że za mną jest Wszechmogący Bóg i wyjdę z tych konfrontacji obronną ręką – nie własnymi siłami.

Po analizie zauważyłam, że nie chodzi o to, co było, choć to wciąż boli. To są wciąż nie zaleczone, ropiejące rany, które czekają na oczyszczenie. Trudność leży zupełnie gdzie indziej, a jej pokonanie wymaga pójścia zupełnie inną drogą.

***

Nienawiść idzie w parze z zazdrością. Choć mam świadomość, że porównywanie się nie jest najlepsze, to jednak wciąż mam z tyłu głowy porównania. Szczególnie teraz, gdy mam na stałe sześć różnych leków, leżę, konkretnie niedomagam i zmagam się. Tak bardzo chciałabym, żeby nie bolało mnie całe ciało, żebym się nie budziła wciąż tak samo zmęczona, jakby sen nie robił żadnej różnicy. Żeby lęki nie paraliżowały mnie. Żeby mój układ nerwowy nie robił sobie alternatywnej imprezy, która rozwala moje codzienne funkcjonowanie. Żeby wreszcie spadła wrażliwość na dźwięk i na światło.

Zazdroszczę innym „łatwości”, z jaką wychodzą z domu do pracy, z jaką idą na zakupy. Może być niechęć, ale nie ma kilkudniowych przygotowań do wyjścia z domu… Kilkudniowych podchodów, by zrobić sobie zupę. Błogosławię w tym momencie Boga za to, że ktoś wymyślił zamrażarkę, a ja, gdy czułam się nieco lepiej, zrobiłam zapasy – mam więc co jeść, choć i tak jutro czeka mnie wyprawa po chleb. Ale można było kilka dni poczekać, bo jednak byłam przewidująca. Dostosowałam się do swojej choroby. Przygotowałam na gorsze dni. Nie muszę prosić o pomoc. Nie muszę żebrać o pomoc. Nie dziś.

Widzę więc, że nienawiść ma źródło w zazdrości. Że chciałabym, by u mnie było inaczej, łatwiej. Choć ostatecznie pojawia się pytanie, czy to naprawdę ja jestem godna pożałowania w tej sytuacji?

***

W sierpniu tego roku, podejmując decyzję o odcięciu się od wielu znajomości, miałam kilka motywacji. Po pierwsze – żeby wsłuchać się w siebie. Po drugie – by więcej czasu spędzać na modlitwie. Po trzecie – czułam zaproszenie na pustynię. A po czwarte… uciekłam od relacji widząc, że sobie nie radzę, że wylewam swój ból na innych. A nie chcę.

Nie wiem, czy inni to docenili, czy w ogóle zauważyli ten mój trud, czy dostrzegli, że podjęłam to również ze względu na nich. Nie muszą widzieć. Nie muszą wiedzieć. Nie muszą doceniać. Zrobiłam to, co słuszne. Weszłam na drogę wybierania tego, co słuszne, którą z mniejszą lub większą konsekwencją podążam. Choć chciałabym być poklepana po ramieniu, chciałabym usłyszeć – dobra robota. Słyszę to od rodziców, słyszę to od duchowego towarzysza. Słyszę od Boga. I wystarczy. Musi.

Jestem więc w wielkiej ciszy i zaczynam widzieć świat zupełnie innymi oczami. To, że biorę odpowiedzialność za swoje życie, to inna historia. Zaczynam inaczej WIDZIEĆ. Zaczynam więcej DOSTRZEGAĆ. To, co wydawało się być ogromnym poświęceniem swojej woli zaczyna być dziecinną igraszką w obliczu tego, czego DOŚWIADCZAM. A doświadczam przemiany, która wykracza poza moje ludzkie możliwości, poza moje rozumienie sprawy. Mogę tylko z zachwytem rozeznawać i działać, a potem dostrzegać te cuda, które się dzieją.

Dziś, w ciszy, dostrzegłam, że moja nienawiść, zazdrość, żal, to wszystko bierze się z tego, że wciąż myślę o sobie na stary sposób. To znaczy – że nie jestem wartościowa, że jestem nikomu nie potrzebna, że moje życie w takim cierpieniu jest pozbawione sensu, a codzienne branie leków jest tylko podtrzymywaniem tej bezsensownej egzystencji, by inni mieli spokój ducha, że wszystko zostało zrobione. Czekałam na koniec.

Zrozumiałam, że te miesiące bolesnych zmagań zmieniły moje spojrzenie. Że owszem, chciałabym wrócić do działania, ale widzę, że nie ono świadczy o mojej wartości lecz to, że Bóg mnie tak bardzo ukochał. A skoro ukochał i stworzył z miłości to znaczy, że jestem potrzebna Jemu osobiście i Jemu w drugim człowieku. Skoro tak, to można podjąć rękawicę i owocnie przeżyć cierpienie, a branie leków wpisuje się w podjęcie rękawicy.

To zupełnie inna perspektywa. To świadome przeżywanie cierpienia, wejście w doświadczenie, w refleksję, by dostrzec to, co na ten moment jest istotne. I działać, odpowiadać na Jego zaproszenie do działania.

***

Dlatego też mam poczucie, że to nie mnie należy żałować. To ja mogę żałować innych… Tych, którzy nie mają czasu na refleksję, zbyt zabieganych, zatroskanych o doczesność. Tych, którzy boją się spotkać z Bogiem, zaprzyjaźnić z Nim. Tych, którzy boją się poznać prawdę o sobie – pełną prawdę, o grzechu, ale przede wszystkim o Jego miłości. Tych, którzy nie podejmują rękawicy.

Dziś widzę po raz pierwszy, że mam wszystko. W tej sytuacji, gdy często cierpienie wydaje mi się mnie niszczyć, mam wszystko. Jestem bogata, niesamowicie bogata Jego łaską. Nie mam męża, nie mam stałej pracy, nie mam siły na rozwijanie swoich pasji, jak kiedyś, nie mam kontaktu z wieloma ludźmi, nie mam 1200 znajomych na Facebooku, nie mam pewności, czy jutro będę w stanie wstać z łóżka, nie mam planów.

A jednak mam wszystko. Świadomość bycia obdarowywaną tak obficie każdego dnia. Świadomość bycia totalnie zależną od Niego. Chęć, by przyjmować od Niego to, co chce mi dać na kolejny dzień. Łaskę otwartości, którą nieustannie mnie obdarza. Łaskę przyjmowania Jego nieskończonej miłości i dostęp do tej miłości każdego dnia, niezależnie od tego, jak wiele razy upadam. W końcu, jak przypomina ojciec Wacław Królikowski SJ w jednej ze swoich książek, sprawiedliwy sto razy na dzień upada – a co dopiero ja 😉

Mam więc wszystko.

***

Życzę Wam, abyście w czasie Adwentu, w tym nowym roku liturgicznym, odkryli, że Wy też macie wszystko.

Zdjęcie: Dean Moriarty // Pixabay

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest