Nie mam już siły.

Wstaję i nie wiem, czy dziś będę się czuła dobrze, czy źle. Czy będę miała siły, by zrobić sobie coś do jedzenia, posprzątać, czy odgrzeję coś ze sklepu, półprzytomna. Wiem, że pójdę do pracy, choć niewiele już pracuję, bo nie chcę kompletnie zamknąć się w domu, chcę żyć. Nawet, jeśli potem będę wiele godzin musiała odpoczywać, zmęczona niewielkim trudem.

Mam różne efekty uboczne i wiem, że żeby było lepiej, najpierw musi być gorzej. Ale tak jest od dziesięciu lat. Wisząca w powietrzu, składana przez ludzi obietnica cudu, który nie nadchodzi.

Ledwo to znoszę, często już nie znoszę, ale nawet nie mam siły płakać. Płynie kilka łez, a potem znowu jest cisza. Nawet już nie mam sił na płacz. Psychicznie, ale i fizycznie. Płacz wyczerpuje, a ponieważ sił jest mało, organizm sam się wyłącza.

Wielu znajomych już nie zniosło mojego cierpienia, mojego bólu i ich nie ma. A ja też już nie mam siły, by prosić o pomoc i nie mam siły tłumaczyć. Że nie zawsze mam siłę iść zrobić zakupy. Że nie mam siły oglądać różnych filmów, nie widzę sensu, nie chce mi się. Że jak próbuję odpoczywać, to też na wiele rzeczy brakuje mi sił. Nie mam siły walczyć o to, by zrozumieli, że nie każdy ma tyle sił co oni…

Czytam o akcjach, zbiórkach, wysyłaniu kartek, ile dobra dookoła. Tęsknię za dobrem. Za troską. Za tą autentyczną troską, która towarzyszy. Nie ocenia. Która pomoże mi sprzątnąć łazienkę na święta, tak, żeby błyszczało. Nie dlatego, że jestem pedantką. Dlatego, że chciałabym, żeby na święta było trochę czyściej niż jest teraz. Tragedii nie ma. Ale dobrze też nie jest.

Uczę się, że można żyć bez filmów, muzyki, bez dobrych obiadów, z takim jedzeniem, które ma się siłę zrobić, a nie takim, które by się chciało przygotować. Że można robić zapasy w zamrażarce, by nie paść z głodu, gdy nie mam sił na codzienne zakupy, by nie musieć prosić o pomoc. Można żyć bez rozmów, godzinami milcząc w czterech ścianach, bez interakcji, bez lajków na fejsbuku, nie będąc na bieżąco.

Można żyć w ogołoconej ze wszystkiego, co kiedyś było ważne egzystencji, którą wyznacza zmuszanie się do jedzenia, do pracy, do odpoczynku, sen – nie zawsze spokojny. Można tak żyć i już nie wołać o pomoc. Bo już nie wierzy się w to, że ktokolwiek usłyszy.

Można iść do pracy i starać się uczyć innych oraz dawać innym nadzieję, ale nie chować dla siebie żadnej poza tą ostateczną – że w Bogu moja walka ma sens. Widzę, że to, co robię, daje innym życie, choć po powrocie z pracy jestem wręcz wyczerpana.

Na słowa: „będzie lepiej” reaguję obojętnością. Tyle razy miało być lepiej. Teraz tylko próbuję przetrwać.

I trwam. On we mnie, ja w Nim.

Zdjęcie: Andrys Stienstra // Pixabay

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest