Słucham „Bard’s song” zespołu Blind Guardian. Pierwszy raz od dawna.

Zapomniałam o tej piosence. Bolało. Za bardzo. Podesłał mi ją kiedyś człowiek, na którego tak bardzo liczyłam. A jak ten zawód połączyć ze słowami: „nie jesteś sama”?…

Może jednak jakaś intuicja teologiczna w nim była. Teraz już wiem, że nie jestem sama, choć Osoba, Która ze mną jest, jest inna niż wtedy marzyłam.

***

Czuję, że znów tracę kontrolę. Loguję się. Na pocztę i inne konta. Po co? Chcę być na bieżąco? Zapomnieć? Też. Szukam jednak ratunku na miarę starych rozwiązań. Szukam tam, gdzie wcześniej.

FB. Kontakt z ludźmi, których znałam. Sprawdzanie maili, by pisać z kimś, intensywnie. Wiem, że nie tędy droga. Że trzeba ciszy. Nie potrafię być wierna ciszy. Choć wiem, że nie ma innej drogi.

Nie chodzi o to, że rozmowy z ludźmi są złe, że kontakty niewłaściwe, ludzie nie tacy. Nie są. Nie uciekam też na zasadzie chęci bycia świętszą od papieża, pustelnicą z wyboru, która teraz wyniośle będzie pokazywała, gdzie jest miejsce innych w jej życiu.

Po prostu na razie nie potrafię poradzić sobie z własnymi emocjami, jakby moje życie emocjonalne zamknęło się na smutku, złości, agresji, żalu, jakby był ze mną tylko ból, cierpienie, lęk i zniechęcenie. Wyjście do ludzi to wejście w świat emocji, które są jak morze w czasie sztormu. Dopóki nie ogarnę ich w sobie, nie będę potrafiła rozmawiać spokojnie, bez odczuwania ukrytych, nieistniejących znaczeń. Uczę się rozmawiać bez obwiniania siebie, ale też bez przyjmowania emocji czy zdania drugiego człowieka. Uczę się, że mogę mieć własne zdanie, ale też uczę się wyciągać od drugiego to, co może być bodźcem do zmiany we mnie.

Te emocje, z którymi teraz się zaprzyjaźniam to emocje lat cierpienia, które spychałam na różne sposoby na bok. Przyjmuję je, uczę się z nimi być, pozwalam im istnieć, jednocześnie uczę się, by nie zaburzały one spojrzenia na drugiego człowieka.

Potrzebuję czasu, by nauczyć się dostrzegać w ludziach dobro, nie tylko intelektualnie, ale i emocjonalnie. Potrzebuję czasu by odczuć w sobie, że zagrożenie minęło, że choć wciąż nie jest różowo to mam lepsze narzędzia do zarządzania tym kryzysowym stanem. Do budowania swojego życia.

Potrzebuję też czasu, by nauczyć się stawiać granice, by przyjmować granice, by mieć wolność w kontakcie i pozwolić innym na wolność. By przyjąć swoje zranienia i przyjąć innych z ich zranieniami. By nie oceniać – szkoda mi na to czasu, a jednak dużo jest tego oceniania. Próbuję się zatrzymać.

Gdy funkcjonowałam „normalnie”, w relacjach działo się dla mnie zbyt wiele, nie miałam przestrzeni by się temu przyjrzeć na spokojnie, ocenić, podjąć kroki w stronę zmiany. Było dużo impulsywności, dużo emocjonalnych reakcji, przerzucania na innych mojego bólu oraz odpowiedzialności za doświadczane cierpienie. Teraz, gdy mimo bólu weszłam w ciszę, zaczęłam o nią walczyć, szukać jej, jestem w stanie spojrzeć wstecz, spojrzeć na obecne relacje i na spokojnie wprowadzać zmiany.

I mówić mniej. Po prostu.

***

Wracam do pisania bloga, żeby nie zwariować. Może ktoś wpadnie na tę stronę i zaczerpnie z niej coś dla siebie, odkryje w tym doświadczeniu, którym się dzielę, coś poruszającego. Chcę móc wyrzucić z siebie te myśli z prawie dwóch lat, powoli, krok po kroku, oswajać nową rzeczywistość. Wrócić do regularnego pisania. Być w ten sposób dla innych, skoro chwilowo nie potrafię być inaczej.

A może nie dostrzegam tego, jak jestem. Czasem dostaję słowo wdzięczności, które mnie zadziwia, bo w swoim zmaganiu nawet nie zauważam, że byłam dla kogoś i to było dla kogoś ważne.

W każdym razie piszę. Rozpaczliwie tego potrzebuję. Pisania nie do szuflady, ale by zapalać, by inspirować innych. W jaki sposób? Nie wiem, to już nie jest moje. Może ktoś trafi tu przypadkiem. Albo podzielę się kiedyś tym kawałkiem. Może.

***

Wspomniałam o tym, że trzymam się starych rozwiązań. Moja utarta ścieżka to „zapchanie” głowy komputerem, tak, żeby czas „jakoś” minął. Tak kiedyś czekałam na poprawę, na to, aż będę miała więcej sił, przestrzeni, pomysłów, może lepszy kontakt ze sobą… Teraz spędzam czas trochę bardziej produktywnie, ale jednak wciąż mam tendencję do zbaczania na stare tory.

Widząc, ile razy sprawdzam pocztę, ile razy się loguję w różnych miejscach, chcę podjąć walkę. W zeszłym roku, przez kilka miesięcy, odmawiałam całą Liturgię Godzin. Teraz przyszedł czas, by znów sięgnąć po tę modlitwę Ludu Bożego, która stała się kiedyś bardzo skuteczną bronią.

Kiedy zaczynałam odmawiać brewiarz, spędzałam na Facebooku kilka godzin dziennie. Słowo Boże jednak pracowało, a ja dałam Mu działać. Kilka miesięcy później usunęłam konto. Teraz uczę się, jak korzystać z narzędzi, które daje Bóg – ale różnie z tym korzystaniem bywa. Potrzeba wsparcia…

Gdy znów staję do batalii o siebie, o swoje życie, o to, jak będą wyglądały kolejne miesiące mojego życia – sięgam po to, co już kiedyś przyniosło owoce.

Zdjęcie: 4317940 // Pixabay

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest