Czekam, aż będzie choć trochę lepiej.

Przeczytałam ostatnio opinię o sobie, że jestem bardzo aktywną osobą. To interesujące spostrzeżenie, ponieważ od jakiegoś czasu ani nie ma mnie w mediach katolickich, ani nie prowadzę bloga – ot, próbuję przetrwać kolejne dni mając nadzieję, że gdzieś nastąpi JAKIŚ przełom. Potwierdza się psychologiczna zasada – aktualizowanie informacji przychodzi nam z trudem, tym bardziej, że ta informacja nie jest specjalnie ważna dla wielu.

Katoliccy publicyści byli, są i będą. Jeden więcej, jeden mniej. Katoliccy blogerzy byli, są i będą, jeden więcej, jeden mniej. Można się poczuć jak sługa nieużyteczny… Daję się przemienić tej intuicji, którą wspaniale wyraził niedawno abp Ryś w jednym z kazań. Słudzy nieużyteczni – Bóg beze mnie sobie poradzi, ale biada mi, jeśli nie będę głosić… Mam być jak okulary, które są przydatne – gdy są czyste, gdy można przez nie patrzeć.

Długo to pisanie, zaangażowanie, „głoszenie” karmiło mnie. Dawało mi siły. Choć nie czułam, żeby to, co piszę trafiało do wielu. Czas odosobnienia uświadomił mi, że za bardzo szukałam odpowiedzi, zaangażowania ze strony tych, do których pisałam. Nawet, jeśli chodzi o fb. Czekałam na to zaangażowanie szczególnie wtedy, gdy zdrowie znów zaczęło szwankować. Oczyszczenie tych motywacji bolało i wciąż boli, choć z drugiej strony jest niesamowitą przygodą, przestrzenią dialogu z Bogiem.

Może dlatego właśnie było i jest cicho. Żebym nie zatraciła się w obecności ludzkiej. Łatwo mi jest zanurzyć się w tym, że ktoś reaguje, ktoś komentuje, ktoś zwraca uwagę. Trudniej jest mi wtedy zwrócić uwagę na Boga i Jego głos – zaczynają się liczyć słupki, to, ile osób czyta, kto czyta, jak zwrócić uwagę na swój przekaz – swoimi siłami. Zauważenie, że nie o to chodzi w głoszeniu, zajęło mi trochę czasu.

Chcę wierzyć, że wracam mądrzejsza, ale wiem, że bardzo łatwo będzie mi o tym zapomnieć… Już nie łudzę się, że własnymi siłami będę Mu wierna. Nie łudzę się też, że oto będę jeźdźcem na koniu ratującym Kościół, ponieważ nie mam na to ani sił, ani sensownych pomysłów. Mam swoje pomysły, ale poddaję ich sensowność w wątpliwość. Niech On mówi. Chcę nauczyć się słuchać.

***

Wracając do czekania. Jutro wybieram się na kolejną lekarską wizytę. W tym roku mam za sobą już chyba ponad 20 wizyt, nie związanych z „drobiazgami” typu angina czy grypa, ale z prewencją (monitorowanie, czy nie ma nawrotu) oraz z moimi ukochanymi depresyjnymi objawami, które znów nie dają mi żyć i pracować. Ot, nihil novi sub sole. Od lat to samo, tylko okoliczności się zmieniają.

Teraz są inne, teraz mieszkam sama, z rodziną się widzę jak jadę zrobić pranie (na własną pralkę mnie póki co nie stać), zrezygnowałam ze wszystkich zaangażowań (a było tego trochę, ostatnie na liście są Centrum Arrupe i Pogłębiarka, czyli tym razem jezuici, a nie benedyktyni), odcięłam się od ludzi, bo nie mam siły na podtrzymywanie relacji, na wolontariat. Musi mi wystarczyć sił na zakupy, gotowanie i pracę. Na tę ostatnią czasem nie wystarczy. Jest więc wciąż ciężko i na tym może zakończę narzekanie.

Jednak to, co wydarzy się jutro, może być w jakiś sposób przełomowe. Może dać inne leczenie depresyjnych objawów, może dać zupełnie inną diagnozę, a z nią – inne leczenie i powrót sił. Czekam na to z wytęsknieniem, choć… jest jedno „ale”.

„Ale” z 23 punktu Ćwiczeń Duchowych – nie pragnąć więcej zdrowia niż choroby. „Ale”, które jest rozwinięte w Konstytucjach Towarzystwa Jezusowego (tak, przeczytałam włącznie z normami uzupełniającymi, tak, mam bardzo ciekawe preferencje czytelnicze). Przeżywanie choroby może służyć zbudowaniu wspólnoty, ale jest też narzędziem w ręku Boga. Nie ma nic złego w chęci wyzdrowienia – o ile ta chęć nie jest powiązana z odcięciem się od choroby, przez którą Bóg również chce mówić.

To nie jest narzędzie, które chętnie przyjmuję, bawiąc się lesie w którym mieszkam w pustelnicę. Chyba tylko masochista lubi, jak mu się sprawia ból, a ja nie jestem masochistą. A jednak wraca do mnie to, że zdrowie i choroba, radość i ból to tylko dwie strony jednego medalu. To tylko narzędzia. Mogę niektóre lubić bardziej niż inne i zdecydowanie preferuję zdrowie nad chorobą, szczególnie tą, która ciągnie się od lat. Mogę jednak, zamiast zadawać wciąż pytania: „po co” i „czemu ja” zadać inne, które może przynieść więcej odpowiedzi: „co mi chcesz przez to powiedzieć, Boże?”.

Po latach krążenia po lekarzach zauważam, że nawet jeśli zostanie postawiona diagnoza, z którą wiążę tak wiele nadziei, to mój brak zaufania do ludzi i do systemu może z powodzeniem storpedować odczuwaną ulgę. Nowe leczenie wcale nie musi przynieść pożądanych przeze mnie efektów. Bezkrytyczne uchwycenie się nadziei, że już wszystko jest na dobrej drodze może albo przynieść bolesny zawód, albo przynieść moje odejście od Boga, gdy mój stan się poprawi.

Kiedy jest źle, opieram się na Nim, ponieważ gdyby nie On, nie przeżyłabym tych burz, które wydarzyły się w moim życiu, szczególnie w ostatnich dwóch latach. Zanim zaczęła się moja przygoda z powrotem do Niego wszystko wydawało się być na dobrej drodze do stabilizacji. To znaczy: ślepo słuchałam trenera, nie zadając zbyt wielu pytań, po ludzku budując zamki z piasku. Widzę więc, że gdyby mój stan szybko się poprawił, wróciłabym do starych nawyków – Boga już nie ma, ponieważ Go nie potrzeba, do widzenia, było miło, ale „realne życie” czeka. Trzeba się ustawić, zacząć porządnie zarabiać, szukać męża i karawana idzie dalej. Zapewne by tak było, ponieważ robiłam to już wiele razy, gdy „przedwcześnie” ogłaszałam zwycięstwo.

Tym bardziej doceniam, że to, co zmienia się w codzienności (a są to ogromne zmiany w myśleniu) bardzo powoli przekłada się na codzienne funkcjonowanie. Choć trudno jest cieszyć się z tak drobnych zmian, które jeszcze na dodatek są bardzo kruche, to mając w perspektywie cel ostateczny (zbawienie) można się z tego sajgonu nawet trochę ucieszyć. Może nie robię kariery, może jeszcze nie zarabiam na siebie, ale… Ale uczę się wierności Bogu i trwania przy Nim. Zaufania. Z perspektywy wieczności to, co się dzieje, ma sens – choć nie jest łatwo to przyjąć.

***

Ostatnio, w kontekście jutrzejszej wizyty, wraca do mnie pojęcie „świętej obojętności”. Do tej pory rozumiałam to jako dystans do spraw, które mnie otaczają, który pozwala przy podejmowaniu decyzji uwolnić się od wpływu „nieuporządkowanych przywiązań” (emocji, wspomnień, moich schematów myślowych). Dystans, który pozwala również na to, żeby nie walić ręką w ścianę, kiedy wyniki są złe – dystans będący owocem zaufania przynajmniej w jakimś stopniu Bogu.

Czytając książkę ojca Wacława Królikowskiego SJ zrozumiałam, że „święta obojętność” to nie jest coś, co dzieje się wyłącznie na moim, ludzkim poziomie, w moich emocjach, myślach. „Święta obojętność” nie wyklucza emocjonalnych reakcji czy oceniającego myślenia. To, co ludzkie, nie znika jak za dotknięciem magicznej różdżki.

Ta „święta obojętność” może zaistnieć, gdy stawiam Boga na pierwszym miejscu i ku niemu kieruję swoje pragnienia. Wtedy zła dla mnie – po ludzku – diagnoza wywoła jakieś emocje, ale będę umiała, a przynajmniej będę chciała oddać to Bogu i przejść dalszą drogę z Nim. Będę otwarta na spojrzenie na sytuację z Jego perspektywy i posłuchanie, do czego mnie zaprasza. Nie przestanę być człowiekiem czującym i myślącym – lecz w chaosie emocji i przemyśleń będę w stanie rozpocząć poszukiwania Bożej woli.

Czekam więc na jutro. Czekam, by się dowiedzieć, by zobaczyć, jak zareaguję. By dać się dalej poprowadzić Bogu.

Zdjęcie: Parentingupstream // Pixabay

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest