Najtrudniejsze są pierwsze dni na pustyni. Tak przynajmniej próbuję się pocieszyć, mając łzy w oczach.

Nie wiem, co było trudniejsze. Rezygnacja z rekrutacji do szkoły doktorskiej? Uświadomienie sobie, że osoba, którą chciałam prosić o pomoc, zupełnie nie rozumie mojej sytuacji i chyba nawet nie chce zrozumieć, choć na poziomie deklaracji mówi bardzo wiele i bardzo pięknie?

A może odpowiedź na zaproszenie od Boga. Żeby znowu wyjść na pustynię.

Tak więc znowu walczę ze sobą, by powstrzymać się od kontaktu z innymi. By nie szukać okazji do rozmów. By w tym kryzysie, w którym jestem, rozmawiać przede wszystkim z Nim.

Walczę, by zachować rytm modlitwy. By nie skracać jej, ale też by nie wydłużać przesadnie. Jestem w tym cierpieniu, które przeżywam, w samym środku, bez znieczulenia. Jestem w stanie to znieść, ponieważ jestem tam z Nim.

Dziwię się, że jeszcze żyję, że się nie załamałam, ale jak widać Jego łaska działa cuda… wciąż oddycham. Wciąż jem. Wciąż pracuję. Wciąż śpię.

Chudnę, choć się nie odchudzam… sen przerywany, budzę się. Praca przychodzi z trudem. Widzę to… a jednak wstaję rano i daję się umocnić na kolejny dzień.

Bo liczy się tylko jeden kolejny dzień. Nic więcej. Tylko następny krok. Nic więcej.

Wcale nie trzeba umierać za wiarę, by być męczennikiem. Czasem wystarczy tylko… żyć.

Zdjęcie: katja / Pixabay

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest