Pytanie „kim jestem” coraz rzadziej przechodzi mi przez myśli. Może dlatego, że jestem coraz mniej, a zarazem coraz bardziej pewna odpowiedzi.

Gra paradoksów. Im bardziej oddalam się od „świata” i walczę o czas na modlitwę, tym bliżej tego świata jestem. Z im większej liczby aktywności rezygnuję, tym bardziej uczestniczę w tym, co jeszcze „się ostało”. Im bardziej dystansuję się do ludzi tym bardziej potrafię być z nimi, gdy się spotykamy.

Z jednej strony robię się nudnym dorosłym, który czuje odpowiedzialność za swój kawałek świata, za siebie, który walczy by może za jakiś czas trochę zmienić kierunek rozwoju i znaleźć jakąś pracę na etat.

Z drugiej strony – chciałabym, żeby RZECZYWIŚCIE było nudno. Marzę o nudzie.

***

Po lewej stronie kawa, po prawej herbata. Siadam przed laptopem i kolejny dzień spędzam na pracy. Zadania pojawiają się i znikają. Idzie opornie, ale mnie to już nie rusza.

Odreagowuję stres wyjazdu, spotkań z ludźmi, a przede wszystkim – zanurzam się w ciszę. Nie ja ustalam grafik, ale Szef. Zaproszenie na dziś – zostawienie swoich pomysłów na życie, kolejna odsłona.

Wciąż przedłużam książki z biblioteki. Książki, które miały mi pomóc napisać pracę, a w perspektywie publikację, która miała mi pomóc w drodze do doktoratu. Jak piękne miałam marzenia… Jak bardzo chciałam je zrealizować… Marzenia moje i marzenia ofiarowane mi przez innych.

A jednak mówię: pas. Nie chodzi o zrezygnowanie z doktoratu, ale zostawienie tego pomysłu na ten moment, ponieważ teraz nie jest na to czas. Czas jest na coś innego, a przetrzymywanie tych książek tylko utrzymuje mnie w poczuciu, że kiedyś się za to zabiorę.

Bóg jest zazdrosny i chce niepodzielnego serca. A tak naprawdę Bóg jest troskliwy. Widzi, jak się miotam. Kara za przetrzymanie materiałów rośnie. Po co utrzymuję fikcję? Nie mogę zrobić wszystkiego, co myślałam, że zrobię. Mogłabym oczywiście zrezygnować z modlitwy, z odpoczynku, iść za tym, co mówią inni. Ale jakoś wolę rozeznawać. Doświadczenia ostatnich miesięcy pokazują mi, że zaufanie Bogu ma większy sens niż tupanie nóżkami pt.: „ja chcę to ciastko. Właśnie TO. TERAZ”.

Tak wygląda moje małe, codzienne umieranie.

***

Jest więcej tego „codziennego umierania”. Kiedy wiem, że mogłabym odpocząć, że jestem zmęczona, ale jednak mobilizuję się do pracy. Kiedy chcę pracować dalej, ale wsłuchuję się w organizm i szanuję jego potrzeby. Albo „przez rozum” przerywam pracę, by nie wejść znowu w myślenie pod tytułem: „życie kończy się na pracy”.

Myślałam znów o powrocie na fejsbuka, ale to niewypał. Do argumentów o stracie czasu, fikcji relacji i paru innych dochodzi dla mnie jeszcze jeden, coraz ważniejszy. Zaczynam słyszeć SIEBIE. Nie to, co by inni chcieli, ale to, czego ja chcę. Zaczynam słyszeć BOGA. Nie to, co inni by chcieli żebym słyszała, ale to, do czego On mnie zaprasza. Nie chcę, by kształtowały mnie lajki, ale Bóg…

Gdyby nie ta cisza, ta początkowo wkurzająca, teraz zaś cudowna, choć trudna cisza, nie miałabym okazji poznać siebie… Zmierzyć się z moimi osobistymi demonami, których obecność ignorowałam siedząc godzinami w sieci… Wciąż często uciekam, ale jednak łapię się na tych ucieczkach i wracam.

Im bardziej wchodzę w cierpienie, tym więcej uczę się o sobie, o świecie, o ludziach, o Bogu. Cierpienie przestaje mnie niszczyć… Wiem jednak, że tylko Bóg ma moc, aby tak się działo. Tylko Jemu zawdzięczam to, że nie załamuję się, lecz wstaję i idę dalej.

To życie stało się życiem zaufaniem Bogu. Nawet nie wiem, kiedy…

***

A może tak warto popatrzeć z perspektywy życia?

Wciąż uparcie patrzę na to, co tracę, nie dopuszczając do świadomości tego, co zyskuję… A otrzymuję to, co wydaje się być w tym wszystkim najważniejsze – Życie.

Już nie wstaję i nie zasypiam z płaczem. Już nie wykonuję swoich zadań z bezgraniczną niechęcią. Już nie mam bałaganu absolutnego, zyskałam jakąś kontrolę nad materią i mogłam zrobić niewielkie spotkanie urodzinowe w swoim własnym pokoju.

Coraz częściej cieszy mnie otaczająca mnie przyroda. Choć mieszkam w mieście, to dostrzegam piękno i miasta jako organizmu, i tych „zielonych” miejskich płuc – parków, a nawet – nielicznych drzew, które mam za oknem. Cieszę się tym, co jest, nie zastanawiając się, czy mogło by być inaczej. Słyszę śpiew ptaków, widzę jeże, które powychodziły ze swych kryjówek.

Ostatnio ubrałam sukienkę. Znowu.

Przetrwałam bardzo ciężki wyjazd, ba! Wyciągnęłam swoją duchową lekcję. Z kolejnych wydarzeń, które są smutne, które niepokoją, które czasem odbieram po ludzku jako upokarzające, wyciągam wnioski, jak najbardziej pozytywne. Nie wierzyłam, że to jest możliwe, ale to się dzieje. Po prostu.

***

Z jednej strony – w głowie chaos. W sercu wrażenie, jakbym duchowo umierała. Z drugiej – przynajmniej, jak mnie pocieszył znajomy Mnich, mam świadomość celu. Wznoszę oczy ku górze.

To stamtąd nadchodzi pomoc.

Image by free stock photos from www.picjumbo.com from Pixabay

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest