Menu Zamknij

16 kwietnia 2019

Codzienne umieranie

Wiele osób czeka na spotkanie ze mną. Maile – na napisanie. Różne mniej lub bardziej ważne sprawy dopominają się o załatwienie. Ot, codzienność.

A w tej codzienności – Wielki Tydzień. Czas podsumowań. Wielki Post był czasem łaski – czasem trudnym, zaskakującym, ale owocnym. Owocnym w burzenie schematów, w wywracaniu mojego myślenia do góry nogami.

Czasem bardzo boleśnie.

***

Spacer po jednej z górskich miejscowości w listopadzie 2013 roku. Pamiętam, jak spojrzałam na znak drogowy – zakaz wjazdu. Popatrzyłam na czerwony kolor i dotarło do mnie, że wywołuje on we mnie reakcję emocjonalną. Moja depresja wciąż miała się dobrze, ale w tamtym czasie zaczęłam wreszcie nie tylko widzieć kolory, ale je doświadczać.

Nie wiem, czy to wtedy, czy niedługo później, ale zaczęłam topnieć emocjonalnie. Przez – o ile dobrze pamiętam – ponad dwa lata nie czułam żadnych emocji poza złością. Przez krótki czas – w ogóle nie odczuwałam emocji. A wtedy, wraz z tym agresywnie czerwonym znakiem drogowym coś zaczęło zaskakiwać.

W kolejnych latach było wiele trudnych emocji, głównie smutku. Miałam wtedy nadzieję, że gdy wyjdę wreszcie na prostą, będę odczuwać niczym nie skrępowaną radość. To było wyznacznikiem tego, kiedy wyzdrowieję. Radość bez granic. Radość bez skazy.

I choć intelektualnie wiedziałam, że nie ma takiej możliwości, by odczuwać tylko dobre emocje, szukałam ich jako jedynych, które chcę odczuwać. Uciekałam od spraw trudnych, nie chcąc przeżywać w sobie znowu tego, co było moją codziennością tyle lat. Nie potrafiłam sobie poradzić z emocjami trudnymi.

***

Dzisiejszy dzień przejdzie do mojej osobistej historii jako dzień, gdy rzeczywiście dałam odpór zniechęceniom.

Przez wiele miesięcy walczyłam z lękiem, niepewnością, z umiejętnością planowania – z długą listą kompetencji które wydawały mi się niezbędne do życia i listą spraw, z którymi mierzyłam się, by móc współpracować z ludźmi. Uczyłam się swoich emocji i tego, kiedy występują w tym „nowym” kontekście, kiedy dobrze jest ich słuchać, kiedy należy przytulić siebie, a kiedy lepiej pewne odczucia czasowo zignorować, bo prowadzą donikąd.

Jedna z kwestii, nad którymi pracowałam, to moja niechęć do pracy. Przeszłam drogę od oswojenia i zapanowania nad pragnieniem perfekcjonizmu, poprzez oswajanie lęku przed oceną do sytuacji, gdy po prostu robię swoje na tyle, na ile mogę i jestem z tego nawet zadowolona. Wciąż jednak coś było nie tak. Nie chciałam trudu, nie chciałam pracy, czułam się przytłoczona ogromem zadań. Wiele spraw odsuwałam w czasie.

A dziś przeszłam tę granicę, za którą jestem w stanie zabrać się za jakieś zadania, choć mi się nie chce. Dla „większego dobra” zabrać się za coś, czego nie lubię, co jest dla mnie nudne, mało inspirujące etc. Jakby wreszcie zaskoczył mechanizm odroczonej gratyfikacji.

To oznacza, że wiem, że mogę sobie zaufać, że jak będę zmęczona to poszukam odpoczynku. To oznacza, że daję sobie prawo do odpoczynku i nie wyrzucam sobie drzemki czy chwil spędzonych na szydełkowaniu.

Rewolucja kopernikańska.

Nie pierwsza, która była moim udziałem i nie ostatnia, która mnie czeka. Ale równie ważna jak inne i równie satysfakcjonująca jak inne.

Choć okupiona śmiercią kolejnej cząstki mnie.

***

Ta duchowo – psychologiczna praca ma swoją cenę. Cenę codziennych zmagań. Cenę uważnego przyglądania się sobie, analizowania, przyjmowania siebie z miłością, ale i mówienia sobie niewygodnej prawdy.

Jest i inna cena, do której płacenia już się przyzwyczaiłam. To wykluczenie. Bycie poza głównym nurtem zdarzeń, które się dzieją w tych środowiskach, z których zrezygnowałam usuwając konto na facebooku. Nie, nie wiem, jakie memy pojawiają się teraz w DESW. I nie chcę wiedzieć. Nie mam na to czasu, składając okruchy życia.

To również cena niezrozumienia. Mimo uszu puszczam komentarze ludzi, którzy niekiedy przypominają mi, jak powinnam żyć ich zdaniem. Komentarze tych, którzy mieli plan idealny na moje życie – a ja jakoś nie chcę tego planu realizować. Bóg mnie wzywa, Bóg mnie przyciąga… Czy naprawdę chcę wracać do tego, co było?

Coraz bardziej umacniam się w przekonaniu, że nie.

Jest jeszcze ta cena najwyższa, na ten moment. Wyrzeczenie się własnych chęci – tych, które odciągają mnie od wierności Bogu, wierności sobie. Przychodzi coraz łatwiej. Z czasem idzie się przyzwyczaić. Do tego, że wybieram to, co wydaje się być słuszne na dany moment. Modlitwę zamiast serialu. Ale czasem serial zamiast pracy do wyniszczenia. Ciszę zamiast spotkań. Czasem Mszę zamiast snu, czasem sen zamiast Mszy.

***

Kiedyś z przerażeniem myślałam o wyrzeczeniach. Teraz pilnuję tylko, żeby były mądre. Nie ponad miarę. W takich sferach, gdzie są potrzebne, nie po to, by udowodnić sobie domniemaną wyższość nad innymi…

Jest inaczej. Nie wiem, do czego to codzienne umieranie prowadzi, ale jest inaczej.

Wolę tak, jak jest…

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest