Menu Zamknij

Strach

Strach

Na progu Wielkiego Postu wraca słowo z tekstu, którego od dawna nie miałam w rękach. Zbyt dawno. Wraca jedno słowo… Słuchaj. Jest jeszcze coś innego. Lęk.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czytałam Regułę św. Benedykta. Wracam na nowo, w Wielkim Poście, uczepiwszy się słów świętego — które teraz brzmią zupełne inaczej.

Kiedyś były wskazówkami w drodze, którą pokonywałam, licząc bardziej na swoje siły. W ostatnim roku wydarzyło się bardzo wiele, a ja powoli rozpoczynam nowy etap wędrówki, na którym przestaję stawiać sobie cele, a uczę się, jak dać się poprowadzić. Stare rozumienie Reguły już nie wystarcza. Zapraszam więc do wspólnej drogi, którą rozpoczynamy teraz, w Wielkim Poście — wspólnej drogi ze świętym Benedyktem. To dobry czas, by zacząć na nowo.

Żeby jednak przyszło nowe, najpierw coś musi w nas umrzeć.

***

Heraklitowi z Efezu przypisuje się zdanie: „Jedyną stałą rzeczą w życiu są zmiany”. Na pierwszym etapie drogi uczymy się, jak zarządzać zmianą. Walczymy o przestrzeganie przykazań. Zmagamy się z naszymi wadami, próbujemy na różne sposoby zmienić myślenie. Szukamy inspiracji do działania, do zmiany. Widzimy, że coś niedomaga i pracujemy nad tym. Szukamy motywacji — często „motywuje” nas przerażająca wizja piekła. Czasem potrzebujemy duchowego „prztyczka” w nos, który pozwoli nam przebudzić się, choć na chwilę.

Momentem przełomowym jest spotkanie z Bogiem. Jednak nie to, co tradycyjnie uznajemy za spotkanie: niedzielna Eucharystia, spowiedź, modlitwa osobista — choć i wtedy Bóg może przyjść z mocą. Chodzi o takie spotkanie, które nie jest zaaranżowane przez nas. To jest spotkanie zaplanowane przez Niego, które możemy przeczuwać, ale raczej nie będziemy się go spodziewać. Nie takiego spotkania.

To spotkanie, które dotyka serca tak mocno, że trudno jest pozostać obojętnym. Kompletnie wykoleja pociąg naszego życia z dotychczasowych torów. Spotkanie na miarę tego, które przeżył Szaweł, jadąc do Damaszku. Spadł z konia. Oślepł. Przez jakiś czas nie potrafił dojść do siebie. A gdy dotarło do niego, co się stało, jego życie diametralnie się zmieniło. On się zmienił.

Franciszkanin Richard Rohr w książce „Spadać w górę” mówi o sytuacjach granicznych, w których zauważamy, że sami nie jesteśmy w stanie dalej iść. Że nie damy rady, opierając się na sobie, na swoich zdolnościach, możliwościach. Możemy upaść na duchu, dać się złamać okolicznościom. Możemy zostać tam, gdzie upadliśmy i żyć dalej, ale w tym życiu nie będzie pełni… Możemy też dać się podnieść.

Ta ostatnia droga nie jest wcale prosta. Dając się podnieść, rozpoczynamy wędrówkę, w której co prawda znamy cel, ale to nie my wskazujemy drogę. Dajemy się przepasać i poprowadzić tam, gdzie nie chcemy iść (por. J 21,18).

***

Trzeba więc nam ustanowić szkołę służby Pańskiej. Spodziewamy się, że w tym ustanowieniu nie zarządzimy niczego uciążliwego. Lecz gdyby nawet trafiło się coś bardziej trudnego, stosownie do słusznych powodów, celem wykorzenienia wad lub zachowania miłości, to nie wzdragaj się od razu przejęty strachem przed drogą zbawienia, której początek jest z konieczności trudny (Prolog, 45-48).

Inne tłumaczenie Reguły podaje:

(…) nie uciekaj od razu, przejęty strachem, z drogi zbawienia, bo wejść na nią można tylko ciasną bramą (Prolog, 48).

Oba początki są trudne. Początek pierwszy, właściwy dla pierwszej połowy życia — wierność przykazaniom, przezwyciężanie słabości, walka o wejście w relację. Początek drugi, gdy możemy wejść w drugą połowę życia — i stajemy w sytuacji wyboru. Możemy zdać się na Boga albo odejść, jak bogaty młodzieniec — smutni, lecz zachowujący to, co posiadamy. Przynajmniej teraz, przynajmniej w naszym postrzeganiu sytuacji.

Pamiętam swoje gimnazjalno–licealno–studenckie przygody ze wspólnotami, w których owszem, mówiło się czasem o trudach i cierpieniu. Więcej jednak pamiętam „klaskania w łapki”, takiego „pluszowego” katolicyzmu, jak to kiedyś określił ks. Jan Kaczkowski. Wiary, która opiera się na przekonaniu, że ma być „fajnie” i tej „fajności” szukamy. Może dlatego pamiętam, że wtedy tego właśnie szukałam? „Fajności”. I tylko gdy tej „fajności” zabrakło w moim codziennym życiu, gdy pojawiła się choroba i niezrozumienie. Nie rozumiałam, czemu dobry Bóg pozwala na to. Przecież miało być „fajnie”…

Wiara to przygoda, ale i „szkoła służby Pańskiej”. Szkoła, w której nie jestem nauczycielem, tylko uczniem. Na ten moment mam wrażenie, że raczej jestem kimś, kto ileś lekcji przespał. Położył nacisk na wiedzę, pomijając istotę budowania relacji (modlitwa, sakramenty) i doświadczania — bycia z Bogiem w codzienności. Teraz próbuję nadrabiać. I tak, to jest początek „z konieczności trudny”…

Trudności nie znikną. Powoli oswajam się z tą myślą. Potrzeba było ponad roku, bym zaakceptowała fakt, że Boża obecność w moim życiu wcale nie oznacza cudownej przemiany spod znaku wielu świadectw: „było źle, ale przyszedł Bóg i jest super”. Nie. Jest walka. Jeszcze większa niż wcześniej. Początkowo przerażało mnie to, a Boża obietnica — zawsze będę z Tobą — niewiele ułatwiała mi drogę.

***

Skąd bierze się mój strach? Z tego, że poznaję prawdę i to mnie trochę przeraża. Przeraża mnie własna ograniczoność i skończoność. Nie jestem bogiem… Nie ja jestem panem swojego życia. Wierząc, że mogę coś załatwić, że mogę polegać wyłącznie na sobie, żyłam w kłamstwie. Miłym, ale jednak kłamstwie. Do czasu. Dopóki nie wydarzyło się coś, co było tym „zbawiennym potknięciem”, zaproszeniem do wejścia na inną niż dotychczas drogę.

Strach budzi również niepewność, co dalej. Czuję się jak człowiek, który idzie w ciemnościach, a lampa oświetla tylko jeden krok naprzód. Nie widzę nic dalej. Może to i lepiej, bo gdybym rok temu wiedziała, jak będzie wyglądał ten czas to być może nie zaryzykowałabym. Dalej uciekałabym, tylko… ile można uciekać? I w co?

I jeszcze jedno oblicze strachu. Oblicze nieznajomości Boga. Bo ten „poukładany” obraz Boga rozpadł się na kawałki. Wiedza, wyczytana w mądrych książkach to jedno. Doświadczenie Boga… Już nie dziwi mnie opór Mojżesza, zmęczenie Eliasza, lęk Jonasza. Tak bardzo odnajduję się w ich historiach…

Przez ten Wielki Post (ale i po nim) z Regułą w rękach spróbuję przyjrzeć się tej nowej-starej drodze, którą podążam. Pragnę zobaczyć, co nowego dostrzegam, co widzę inaczej i w jaki sposób nie poddać się w obliczu przeciwności. One nie znikną, ale zmienić się może moje nastawienie do nich.

Dołączysz?

Zdjęcieautorstwa Squirrel_photos / Pixabay

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest