Piszę te słowa, leżąc w nie swoim – swoim łóżku. Noc w Londynie. Gdy ten tekst się ukaże, będę jeszcze gdzie indziej. Odkrywać dobro Boga…

Ostatnio zaczęłam zastanawiać się nad szukaniem innej pracy. Pieniądz jest ważny. Choć widzę, że Bóg mnie zaprasza jeszcze do zatrzymania, do nauki, do zbierania się z podłogi. A ja chcę być mądrzejsza. Muszę zacząć zarabiać, najlepiej dużo. Tu i teraz…

Przypominają mi się słowa pewnego jezuity z rekolekcji, w kontekście przypowieści o synu marnotrawnym – dla Boga kasa to szczegół, kasę można stworzyć…

…tego też doświadczam. Ale jednak wciąż opieram się Jego zaproszeniu.

Jałmużna woli

Gdybym poszła ścieżką swoich pomysłów, z uporem szukałabym jakiejś pracy. Czegoś – jak do tej pory. Byle czego. Nie w zgodzie z powołaniem, które odkrywam, nie w zgodzie z pragnieniami, ale po to, by zarobić, by zapełnić lukę w CV, zapełnić czas wolny. W końcu upór zapewne przyniósłby mi COŚ.

Każdy z nas podejmuje decyzje we własnym, specyficznym kontekście. W procesie rozeznawania zauważyłam, że niepotrzebnie próbuję przyspieszyć moje zdrowienie. Bardzo bym chciała być już dalej na tej drodze. Wrócić do „normalności”, czymkolwiek ona jest. Może, gdybym starała się bardziej, uchwyciłabym się tego, co uważam za normalne. Ostatnio jednak przestaję tego szukać widząc, że nie tędy droga… Spróbujmy tym razem powoli, a nie „na wczoraj”. Solidnie, a nie po łebkach. Inaczej niż dotychczas. Zamiast unikać cierpienia – wchodzę w nie.

Postępuję inaczej, niż wcześniej. Podejmuję inne decyzje i prowadzą mnie one do zupełnie innych miejsc. Wszystkie prace, które wykonywałam, były ważne, potrzebne, Bóg przez te zadania działał, ale czas poszukać swojej drogi. Czuję, że zebrałam tyle doświadczeń że mogę teraz świadomie zadecydować, co dalej.

Złożyłam jednak gdzieś po drodze w ofierze swoją wolę. W codzienności mimo niechęci zatrzymywałam się, by zobaczyć, do czego zaprasza mnie Bóg. Nie wszystko rozumiem i często się buntuję, jednak ta ofiara dała przestrzeń do pojawienia się zaufania do Boga. W miejsce czegoś, co oddałam, ofiarowałam, wykiełkowało coś innego, piękniejszego.

Jałmużna czasu

Wydawało mi się, że nie mam tego czasu. Że muszę wykazać się teraz ogromną efektywnością. W końcu – trzeba koniecznie nadrobić stracone lata. Przynajmniej zawodowo… Może trochę edukacyjnie, w końcu trwa wyścig szczurów, trzeba zdobyć kolejny papier poświadczający to i owo.. A jeszcze sportowo, przecież trzeba wrócić do szermierki już teraz, prawda?

Stop.

Uczę się żyć powoli i spotykać się w codzienności z drugim człowiekiem. Czasem się gdzieś spóźnić, czasem z czymś się spóźnić. Nie przejmować się swoją niedoskonałością. Nie gnać do przodu, nie wyprzedzać Boga, ale pozwolić Jemu iść przede mną.

Bezczynność i bierność doprowadzają mnie czasem do szału. Jak ostatnio, gdy chorowałam. Ciągnęło mnie do pracy, ale jednak pozwoliłam sobie na odrobinę odpoczynku. Przypominało to co prawda bardziej batalię na śmierć i życie z moim perfekcjonizmem, ale dzięki temu jest mi trochę bliżej do nauczenia się odpoczywania. A przede wszystkim – do poddania Bożej woli.

Do pójścia za Bogiem potrzeba czasu. Nawrócenie to proces, który można w hurraoptymistycznym pędzie przeżyć po łebkach po to, by zanurzyć się w innej fikcyjnej rzeczywistości. Zamiast pędu w pracy, pęd w jeżdżeniu na kolejne rekolekcje. Zamiast pogoni za pieniądzem, pogoń za „modnymi” kapłanami, miejscami, tematami, książkami.

Ofiarowuję więc swój czas, nie tylko na modlitwę, ale też na zwykłe trwanie w codzienności. Podejmowanie tych zadań, które stoją przede mną, zadań pozornie dalekich od wiary, od Boga. A jednak bardzo bliskich.

Mocną wiarę wykuwa się w nieustannym twórczym dialogu z Bogiem. Dialogu pełnym milczenia dwóch kochających się osób, w codzienności pełnej pracy, zmywania naczyń, zakupów, gotowania, prania, rozmów z ludźmi. Ale żeby wejść w ten świat potrzeba ofiary z czasu. Przestrzeni, w której to nie my działamy, ale dajemy działać Bogu.

Jałmużna z siebie

Sprawiedliwość. Słowo, które rezonuje w duszy.

Wchodzę do kuchni i widzę niepozmywane talerze. Co robię? Mogę je zostawić. Mogę pozmywać, wkurzona, że ktoś znowu zostawia bałagan. Mogę zrobić awanturę, albo pozmywać i potem komuś długo to wypominać.

A mogę po prostu pozmywać. Kropka.

Ostatnio znajduję w codzienności wiele sytuacji, w których mogę coś zrobić inaczej. Zachować spokój, gdy spóźnia się pociąg; zrezygnować z walki o miejsce siedzące gdy widzę, że w pociągu jest tłoczno. Mogę pozwolić sobie pomóc, albo zapytać się o coś, co jest dla mnie ważne.

Mogę dać coś od siebie bez chęci otrzymania czegoś w zamian od drugiego człowieka; mogę pozwolić sobie coś zabrać, zrobić coś na co nie mam ochoty albo nie zrobić czegoś, co wydaje się być neutralne. Mogę wybrać ciszę, zamiast kolejnego telefonu…

Jeden krok w stronę Boga. Niewielki, ale może właśnie najbardziej teraz potrzebny.

Mogę dać komuś przestrzeń, wolność, a mogę postawić pewne granice. Wbrew sobie – wykraczając poza siebie i swoje dotychczasowe rozumowanie.

***

Podzielenie się pieniędzmi z kimś potrzebującym to dopiero pierwszy krok.

Podziel się sobą…

Zdjęcie autorstwa Free-Photos // Pixabay

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest