Słuchaj. Aby usłyszeć, potrzeba tak bardzo ciszy…

Cisza w domu. Nie włączam muzyki, choć mogłabym. Telefon wyciszony. Odkładam, by nie patrzeć wciąż na ekran. Zamykam niepotrzebne zakładki w przeglądarce. Kolejny dzień nie czytam doniesień ze świata. Zaczynam znów pilnować regularności w modlitwie.

Tworzę przestrzeń ciszy dookoła, w zgiełku miasta, i w sercu.

Kiedyś bardzo walczyłam o tę ciszę. A teraz to cisza jakby walczyła o mnie. Przyzywa mnie milczącą Obecnością.

Strefa poza światem

Usunięcie konta na Facebooku sprawiło, że w jakiś sposób „umarłam” dla świata. Nie mam już setek znajomych, mam kilku przyjaciół. To jedna, ale nie jedyna zmiana. Brak natłoku bodźców najpierw sprawił, że szukałam ich gdzie indziej. Gdy usunęłam konto na Instagramie, długo zmagałam się z chęcią powrotu aż wreszcie stwierdziłam po raz kolejny: „nie”. Ten rok to był czas ogromnych zmagań.

Wciąż jednak uciekałam przed ciszą, chcąc być „na bieżąco”. Jakby to, co się dzieje na świecie, miało mi pomóc. Kolejne polityczne przepychanki, informacje ze świata sportu, doniesienia naukowe, plotki. Owszem, był to „jakiś” pokarm, ale…

…przyszedł czas, by zostawić i to. Podobnie kompulsywne wręcz sprawdzanie poczty i komórki. FOMO – Fear Of Missing Out. Lęk, że coś mnie ominie. I tak omija, od czerwca. Jest tak strasznie, jak mi się wydawało? Nie.

Może trzeba pójść krok dalej?… Zasmakować w ciszy, w wewnętrznym pokoju.

Choć droga prowadzi przez niepokój. Przez walkę o ciszę. Zmaganie o to,

Czas powstania

„Powstańmy więc wreszcie, skoro Pismo Święte zachęca nas słowami: Teraz nadeszła dla nas godzina powstania ze snu (Rz 13,11)” (Prolog, 8).

Długo myślałam o swoim życiu jak o koszmarnym śnie. Długo tak było. Ostatni rok wydawał się nie być różnym od poprzednich, tylko zmienił się rodzaj trudności. Z koszmaru zawieszenia koszmar działania. Zmiany, za którymi trudno mi było nadążyć.

Choć chwilami trudno mi w to uwierzyć, w tym wszystkim podtrzymywała mnie Boża ręka. On mnie ochraniał i osłaniał, jednocześnie zapraszał do podejmowania wysiłku. Często wydawało mi się, że to wysiłek ponad moje siły – i tak było. Gdyby nie Jego siły, nie dałabym rady. Wciąż jednak to był sen.

Sen, czyli czas, kiedy uczyłam się różnych umiejętności na nowo. Wychodzenia z domu na zakupy, do pracy… Dzwonienia, rozmów bezpośrednich, negocjowania, dyskutowania. Czytania… Uczyłam się tego, że jestem cenna w oczach Boga, że moje życie ma wartość ze względu na to, że to On mnie stworzył… Ta nieustająca nauka, przyglądanie się, przetwarzanie informacji, przyswajanie starych-nowych umiejętności dało mi mocno w kość.

Nauczyłam się, jak walczyć ze zniechęceniem i jak odnajdywać siebie w chaosie napływających bodźców, pomysłów, opinii…

…dalej się tego uczę. Nadszedł jednak czas, by przyjąć najgłębszą prawdę o sobie. Ja się nie „staję” nikim nowym. Po prostu w duchowych bojach odkrywam swoją prawdziwą tożsamość… Nie wiem, kim jestem, ale widzę, kim się staję.

Nachodzi godzina przebudzenia ze snu.

Boża perspektywa

„Otwórzmy nasze oczy na przebóstwiające światło, a nasze uszy na głos Boży, który nas codziennie napomina wołając: Obyście usłyszeli dzisiaj głos Jego: nie zatwardzajcie serc waszych (Ps 96,8). I znowu: Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów (Ap 2,7)” (Prolog, 9-11).

Śmiałam się dziś, że pełnienie własnej woli jest nieco przereklamowane. Jest trochę jak samodzielne zwiedzanie muzeum – można co prawda pooglądać piękne eksponaty, można o nich poczytać. Można chodzić, wybierając sobie, co chcę obejrzeć, a czego nie chcę. Miło spędza się czas.

W pewnym momencie można jednak odczuć brak przewodnika, który pokazałby kontekst. Nauczył, w jaki sposób patrzeć, by zobaczyć więcej. Podpowiedział, w jaki sposób się dokształcić, by zrozumieć to, co da się zrozumieć i zachwycić się tym, czego zrozumieć się nie da albo nie ma sensu.

Brakowało mi głębi doświadczenia bycia prowadzoną przez Boga.

Idąc za własną wolą, szłam tam, gdzie chciałam. Zmagając się, by pójść za wolą Boga, przeżywam wiele trudności, zupełnie innych niż wcześniej, odkrywam jednak dotychczas nieznane dla mnie lądy. Moja historia zaczyna przypominać tę filmowego Aragorna, który początkowo był po prostu jednym ze Strażników. Stopniowo jednak odkrywa, że jego przeznaczeniem jest być królem.

Po wielu zmaganiach wybiera ścieżkę, która zawsze stała przed nim otworem. Dojrzewa do tego, by przyznać przed sobą – bycie Strażnikiem to był etap życia, a nie zadanie na całe życie. Mogę albo żyć tak do końca życia i zastanawiać się, co by się stało… albo odkryć, że tak naprawdę jestem królem. Tylko o to bycie królem trzeba zawalczyć…

Chciałam tylko spokoju. A mam zmagania. Chciałam znaleźć miejsce, w którym mogę się zaszyć przed ludźmi. A wychodzę do ludzi, poznaję nowe osoby. Chciałam… chciałam tak wiele. Mogłabym iść za tym, zatrzymać się na moim ograniczonym świecie.

A jednak otwieram się na Bożą perspektywę i odkrywam, że jest we mnie coś więcej, niż to, co dostrzegałam. Że na tej drodze wybory bolą bardziej, ale mogę zrobić o wiele więcej. Że jestem kimś więcej, niż mi się wydawało… Jestem. Nie muszę się stawać, nie muszę już nikomu nic udowadniać.

Mogę odkrywać, jak mnie i moje życie widzi Bóg.

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest