Menu Zamknij

25 lutego 2019

Dziennik pokładowy

Piszę SMS-a: „wyniki badań ok, czekam na kolejne”. Kwiecień USG, maj — onkolog. Prewencyjnie… Gdy dostaję odpowiedź: „no to ok :)”, coś we mnie pęka.

Od rana kilka podnoszących na duchu SMS-ów, jeden telefon. I tak jest lepiej — przed wizytą jadę do pracy, ogarniam kilka spraw na mieście. Jestem zadowolona. Już co prawda zdarzało się, że w dniu badania miałam inne zajęcia, ale stres był większy. Zazwyczaj próbowałam przetrwać do momentu wizyty, siedząc pod kołdrą w domu albo bezmyślnie wgapiając się w ekran. Dziś jest w miarę spokojnie.

Jest mocne wsparcie modlitewne. Jest kilka osób, które wiem, że rozumieją, czym jest cierpienie. Nie będzie „taniego pocieszania”, przynajmniej z ich strony. Z innej… SMS, który mnie rozwala. Czyjaś radość, że „jest ok”, która dla mnie sprowadza się do sygnału — jeśli z Twoją macicą jest dobrze, to w porządku.

A gdzie psychika? Gdzie druga strona medalu?

***

Na fotelu płacz. Badanie nie boli bardziej niż zwykle, ale ja czuję, jak wracają wszystkie wspomnienia strachu, niepewności. Jak wraca zdanie, któremu do tej pory nie pozwalałam wyjść z odmętów podświadomości. Zdanie: „nie dotykaj mnie”; „nie chcę tego badania”…

W przeciwieństwie do poprzednich wizyt daję sobie prawo, by w głowie wypowiedzieć te zdania. Choć wiem, że muszę iść do lekarza i poddać się tym badaniom. Rozsądek nakazuje. Dusza cierpi. Nie chcę czuć dotyku. Nie chcę czuć swojego ciała. W takich momentach mogłoby nie istnieć.

Z jednej strony słyszę dobre wieści. Póki co nic się nie dzieje. Jest we mnie nadzieja, że nikt nie zadzwoni w sprawie cytologii. Że będzie spokój. Tylko kwiecień, maj i znów: „zapraszamy na rok”.

Z drugiej strony czuję wewnętrzny ból. Słowo „onkolog” nie robi już na mnie większego wrażenia. Jak wiele musiało się zmienić, że zdanie: „Zalecam prewencyjnie wizytę u onkologa” przyjmuję z ulgą, a nie z przerażeniem?

Świadomość przebytej drogi boli.

***

Rzeczywistość trochę post-apokaliptyczna. Świat niby ten sam, ale postrzeganie inne. Choć to też zależy w jakim obszarze. Frustrujące jest przechodzenie do porządku dziennego. Zbyt szybkie. Trudno mi dać sobie samej prawo do tego, by pewne rzeczy odczuwać czy przeżywać. Gdy inni zdają się pomijać kwestie ducha, budzi się we mnie złość. Poczucie, że jedyne, co mnie definiuje, to zdrowe bądź chore ciało… Poczucie, z którym walczę. Wiem, że to nie jest prawdą.

Ten jeden SMS, który wciąż rezonuje. „No to ok”. Dla mnie wciąż nie istnieje „porządek dzienny”. Kolejne dni to zlepek mniejszych i większych bitew, które toczę na drodze do względnego zdrowia. „Pełnego” zdrowia pewnie nie będzie. Z tyłu głowy wciąż czai się lęk. Na ciele widać blizny. Tych na duchu — nie, choć są o wiele większe. I dłużej się goją.

Małe bitwy. By dbać o wysypianie się. By planować tyle, żeby się nie załamać pod ciężarem zadań. By walczyć o swoje. O to, by był aneks do umowy, by zajęcia nie kolidowały ze szkoleniem, by nie dać się złamać, nie brać na siebie zbyt wiele. By umieć odmówić. By mieć w sobie spokój, że „jakoś będzie”. Opatrzność czuwa.

***

A może to „pełne zdrowie” nie jest aż tak ważne?… Uczę się żyć tu i teraz. Cieszyć się drobiazgami, celebrować drobne rzeczy. I tak wszyscy na coś umrzemy. Jeśli ja wcześniej… po co się spinać?

I tylko wkurza mnie potwornie gadanie, gadanie tych, co nie zderzyli się jeszcze z cierpieniem. Albo mierzyli się z nim, ale nie rozumieją, że wysoko wrażliwi reagują inaczej. Bardziej. Że potrzeba czasu, by nauczyć się spokoju. By nabrać dystansu. By ogarnąć odmienność wrażliwszego organizmu.

By tę odmienność zaakceptować, dostosować się do niej. Nie próbować być na siłę kimś innym. Nie nadaję się do zarywania nocy. Nie nadaję się do życia w świecie Facebooka. Potrzebuję więcej samotności, więcej przestrzeni. Ale i więcej czułości.

Walka trwa. Już nie boję się wychodzić z domu. Nie boję się zrobić zakupów, pojechać do pracy, spóźniać się (i choć wiem, że to nie definiuje mojej wartości, wciąż jest to frustrujące). Potrafię odnaleźć się w coraz większej ilości sytuacji społecznych. Coraz mniej boję się dzwonić i odbierać telefony. Pisanie maili staje się coraz prostsze.

Może i wkurzenie przejdzie, zmieni się w akceptację. Akceptację spod znaku: „mówcie, ja i tak wiem swoje…”

***

Znajomy pyta się, co u mnie. Nie chcę opowiadać. Bo co miałabym powiedzieć? Że uczę się żyć na nowo, mając brakujące elementy układanki — wiedzę, która pozwala mi porządkować życie? Że uczę się szacunku do własnego ciała, dbania o zdrowie, stawiania granic? Że po raz pierwszy od lat czuję, że czegoś chcę, a czegoś innego nie chcę, i jestem w stanie to wyartykułować? Zadbać o siebie, z mniejszym niż wcześniej poczuciem winy? Czasem nawet bez poczucia winy?

Szybko i zgrabnie zmieniam temat.

Te rozmowy są najbardziej frustrujące. Po ośmiu miesiącach bez Facebooka stwierdzam, że wolę już nieznośną ciszę w telefonie i na mailu niż nieznośne udawanie. Niż zakładanie masek, by być w stanie rozmawiać udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Może i to z czasem się zmieni, może te maski będą mniej przykre. Może na nowo przyzwyczaję się do ich noszenia.

A może niebawem już nie będę ich potrzebowała. Może dojdę do tego momentu, w którym jest we mnie spokój i nienaruszalne poczucie własnej wartości. To poczucie, które wypływa z faktu bycia Ukochanym Dzieckiem Boga.

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest