Wybrana

Od jakiegoś czasu doświadczam, że moje istnienie nie jest źródłem przypadku. Jest inna przyczyna. Jego Miłość…

Bo Ty, mój Boże, jesteś moją nadzieją,
Panie, Tobie ufam od młodości.
Ty byłeś moją podporą od dnia narodzin,
od łona matki moim opiekunem (Ps 71)

W księdze Jeremiasza czytamy jeszcze mocniejsze słowa:

Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię (Jr 1,5)

***

Przychodzi taki moment w życiu człowieka, który czegoś doświadczył, że zaczyna się zastanawiać, ile w tym wszystkim jest przypadku, a ile „Bożej ręki”. Ostatnio przemyślenia te wróciły do mnie na ostatnich zajęciach w semestrze, gdy posilałam się naleśnikiem, po paru godzinach wystawiania ocen, oddawania prac i bycia „po prostu” — dla uczniów.

Taka obiecująca niegdyś studentka. Taka mądra. Już z bogatym doświadczeniem zawodowym. Siedzi w szkole policealnej, na część etatu. Nawet nie szuka pracy. Mogła zdobywać dalej medale w szermierce historycznej. Zostawiła to. Nawet nie ma siły skończyć studiów podyplomowych. Tyle mogło być z niej dobrego. A jest…

Nie, z punktu widzenia świata to, co robię nie jest mądre. Przecież powinnam się szarpać, walczyć, iść za tym, co mówili mi inni…

Zostawiłam wszystko.

Poszłam za wezwaniem.

***

Jezus dziś w Ewangelii proponuje przemianę. Jednak nie na warunkach, jakie panują w świecie. Na swoich własnych warunkach, wyrywających się schematycznemu myśleniu. Bóg nie myśli schematami. Idzie tam, gdzie wie, że Go przyjmą, a nie tam, gdzie uważamy że powinien być. Posyła Eliasza nie do pobożnych Żydów, tylko do wdowy w Sarepcie Sydońskiej. Uzdrawia tych, którzy chcą przyjąć uzdrowienie. Nie pobożnych Żydów, ale Syryjczyka Naamana…

Bóg nie chce być Bogiem na naszą miarę. W Jego przypadku plan minimum, ograniczający się do ludzkich pomysłów, nie wchodzi w grę. Jeśli chodzi o zbawienie jest maksymalistą. Jeśli pozwoli Mu się na działanie…

…wtedy można dostrzec, że On proponuje rejs po oceanie, a my myśleliśmy, że szczytem marzeń jest przydrożna kałuża.

***

Nie, nie jest łatwo. Czasami mam ochotę rzucić to wszystko, czym żyję. Ale jest we mnie niesamowita, wręcz niezrozumiała dla mnie ciekawość — co dalej? Bo przecież ten ból umierania, którego wciąż doświadczam, to nie jest ostatnie słowo. Przecież historia zbawienia nie kończy się na śmierci, lecz trwa jeszcze po zmartwychwstaniu!

Może czas przestać bać się śmierci? Pozwolić odejść moim sposobom na życie? Moim pomysłom? Moim schematom? Mojej wizji tego, jak Bóg powinien działać, co jest dobre, co moralne, co wypada? To wszystko to są maski, za którymi się chowam, do których nadmiernie się przywiązuję. Owszem, czasem są potrzebne, np. w komunikacji z drugim człowiekiem, kiedy nie chcę ujawniać zbyt wiele z siebie. Ale nie w rozmowie z Bogiem!

Nie wtedy, gdy szukam szczerości wobec siebie…

***

Każdy jest wybrany. Nie każdy to dostrzega. Nie każdy ma przestrzeń do tego. Nie na każdego przyszedł czas…

Na mnie przyszedł.

Co teraz?

***

W wyobraźni i ja siedzę w synagodze, w której przemawia Jezus. Czy i ja się obruszę, że zaprasza On do bycia autentycznym? Do wychodzenia poza utarte myślowe szlaki? Że chce przewrócić mój świat do góry nogami, choć wydawało mi się, że bardziej go wywrócić już się nie da?

Czy i ja spróbuję Go zabić za to, że mówi to, czego nie chcę usłyszeć?

A może spróbuję się wsłuchać w to, co mówi? Zapytam, czemu to mówi? I do czego mnie zaprasza?

Wieczny, codzienny dylemat. Dać się porwać Jego miłości i wezwaniu, czy stwierdzić, że wolę słyszeć to, co mi odpowiada — i zrezygnować z przygody życia?…