Menu Zamknij

Cokolwiek wam powie

Cokolwiek wam powie

Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie» (J 2,5)

***

Znasz to uczucie, gdy „chodzi” za Tobą jakaś melodia, jakieś zdanie, jakieś wspomnienie? Ostatnio miewam coraz częściej tak, że „chodzi” za mną jakiś fragment z Pisma Świętego. Zwracam na niego częściej uwagę. Wraca do mnie na modlitwie. Albo — gdy czytam Pismo Święte, czuję takie delikatne drgnięcie w sercu, w myślach.

Kiedy próbuję dopytać Boga, o co chodzi, nie dostaję odpowiedzi wprost. Dostaję tylko zachętę — do większej uważności. Najbliższe dni lub tygodnie przyniosą podpowiedź. Tylko muszę otworzyć oczy, otworzyć uszy. Być czujną. Czujną na przejawy Bożego działania.

***

Ok. roku 30 n.e. Wesele. Goście. Wszyscy świetnie się bawią, tylko zabrakło wina…

Rok 2017. Życie. Jest wszystko, co wydawało by się potrzebne. Właśnie skończyłam studia, trenuję szermierkę, powoli „rozkręcam się” życiowo. Szukam pracy, działam. Tylko nie jestem z tego zupełnie zadowolona. To wszystko jest trochę „na siłę”. Praca się znajduje, więc w weekendy albo prowadzę zajęcia, albo sama studiuję na katowickim AWF-ie. Kolejny życiowy psikus.

Nowy etap życia. Cieszę się z „nowych” butów, tylko te buty są koszmarnie niewygodne i jakoś nie chcą się dopasować do stopy. Nieważne, co robię. Uwiera. Robią się otarcia, bąble.

Choć wiem, że mogłabym, to nie mam odwagi ich zdjąć i przez jakiś czas iść pieszo. Nie wierzę w to, by można było iść przez życie bez tych konkretnych butów. W tamtym momencie chyba w mało co wierzę. Kiedy wreszcie pojawię się na Mszy, z rozbrajającą szczerością powiem: Boże, nie wierzę w Twoje istnienie, nie wiem, co tutaj robię.

***

Cokolwiek.

Długo wydawało mi się, że Bóg wymaga ode mnie heroizmu na miarę męczenników. Albo ciężkiej pracy w pocie czoła, przeplatanej modlitwą i postami, jak u Ojców Pustyni. Wszystko z zaciśniętymi zębami, na siłę. I tak całe życie, by zasłużyć na wieczne szczęście po Jego prawicy (por. Ps 16, tłumaczenie LG).

Może trochę tego heroizmu jest, w chwilach, gdy chcę kompletnie się poddać, ale zamiast rezygnacji jest poddanie siebie i swoich problemów Jemu. Rzeczywiście, jest ciężka praca, ale z uśmiechem na ustach. Jest modlitwa, która porządkuje myśli, uczucia, a przede wszystkim — nadaje rytm dniowi. Zdarzają się i posty. Ale nie z zaciśniętymi zębami.

Z miłości.

Patrząc wstecz na ostatni rok widzę, jak wiele uległo zmianie. Nie dlatego, że nagle otrzymałam nadludzką siłę i zaczęłam sama sobie radzić.

Zaczęło się od tego „czegokolwiek”.

Od posłusznego pójścia za poruszeniami serca, które wydawały się być bezsensowne. Za tym, co Bóg do mnie mówił, przez kolejne „dotknięcia”, przez słowa Pisma Świętego. Nie rozumiałam, ale próbowałam zrozumieć. I robiłam — cokolwiek. Czasem podejmowałam działanie, czasem powstrzymywałam się od działania. Albo rozmawiałam z Nim na modlitwie, uparcie pytając — co mam robić?

I te otwarte oczy, otwarte uszy. Cały czas. Nastawione na widzenie i słuchanie, choć nie zabrakło i chwil buntu…

***

Sześć stągwi, po dwie lub trzy miary. Około 600 — 700 litrów wody. Czy nie jest to robota głupiego? Przelewanie wody, i to jeszcze nie do jakichś porządnych, czystych naczyń, ale do stągwi, które służyły do oczyszczeń. Trochę tak, jakby gotować w czajniku wodę, w której myliśmy ręce. Niby woda, ale… jednak wolelibyśmy taką prosto z kranu. Albo oligoceńską.

Moja „robota głupiego”. Wychodzenie z domu na Eucharystię w tygodniu. Modlitwa Liturgią Godzin. Usunięcie konta na Facebooku. Teraz — ograniczenie korzystania z komórki i z maila. Odsunięcie się nieco od ludzi, wcześniej „z konieczności”, teraz — z wyboru.

A jednak po jakimś czasie zaczęłam wchodzić w głębsze interakcje z ludźmi. Rozmawiać. Lęku jest coraz mniej. Podobnie z wyjściem z domu. Już jestem w stanie bez problemu wynieść śmieci czy zrobić zakupy, posprzątać, zrobić pranie, pójść do pracy (albo wybrać, że wolę pracować w domu). Z punktu widzenia ludzkiej logiki to nie miało prawa się zdarzyć.

A jednak to „marnowanie czasu” z Bogiem było najlepszym, co mogłam zrobić…

***

Jest jeszcze inne „cokolwiek”. Niejedno. Chociażby to z książką.

17 grudnia przywiozłam z drukarni nakład, 1000 egzemplarzy. Początkowo podchodziłam bardzo sceptycznie do swojego dzieła. Nie chciałam zabierać się za wysyłkę. Ogrom emocji związanych z tym projektem wciąż buzował w moich myślach, w sercu. Nie chciałam podejmować żadnego działania dalej.

Kolejne „cokolwiek”. Po prostu: wysłanie pierwszych kilku egzemplarzy. Wręczenie (osobiście) kilku osobom. Bałam się. Reakcji. Słów krytyki. Że minęło tyle czasu. Że piszę głupoty. Bałam się.

Wstyd na weselu w Kanie, że zabrakło wina. Mój wstyd, że zabrakło sił i że konsekwencje nie będą dla mnie przyjemne…

A jednak to „cokolwiek” wystarczyło. Bóg nie pozostawia człowieka samego, nie patrzy obojętnie na ludzkie zmagania. Przychodzi moment, w którym przemienia wodę w wino. Wstyd, że tyle czasu nie byłam w stanie wydać książki, w radość, że mogę się nią podzielić.

Warunek jest jeden — zrobić to „cokolwiek”. Cokolwiek mi powie…

A co Tobie mówi teraz Bóg?

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest