Menu Zamknij

Co można usłyszeć w ciszy

Co można usłyszeć w ciszy

Uwielbiam, kiedy pada deszcz, a ja mogę siedzieć w domu z kubkiem gorącej herbaty w ręce. Z jednej strony – w schronieniu przed spadającymi kroplami. Z drugiej – otulona ciszą, która wtedy zaczyna panować nawet w ruchliwym mieście…

***

Krople deszczu za oknem, które tłumią hałas codzienności. Krople deszczu Bożych łask, które stają się ożywczym deszczem dla spragnionej ziemi mojej duszy. Po latach suszy wreszcie deszcz. Zapach mokrej ziemi, gotowej pod zasiew.

Spękana, zeschła ziemia nie od razu chce przyjąć życiodajną wodę. Początkowo nie jest w stanie wchłonąć wiele. Jednak z dnia na dzień gleba przyzwyczaja się. Kolejne krople wchodzą coraz głębiej. Aż wreszcie – ziemia mojej duszy to już nie pustynia, ale żyzna gleba czekająca na ziarno.

Aby usłyszeć głos Boga potrzeba czasu. Początkowo trudno go rozpoznać, a nawet jeśli już rozpoznajemy – trudno przyjąć. Do dialogu duchowego potrzeba dojrzeć. Duchowe dziecko niewiele rozumie, niewiele potrafi. Owszem, mamy zostać dziećmi – ale Dziećmi ufającymi Bogu, wciąż wzrastającymi w Nim. Dorastającymi, by zmężnieć duchowo. By być w stanie toczyć kolejne bitwy w codzienności, z dziecięcą ufnością, ale i z roztropnością dojrzałego wojownika…

***

Jak bardzo chciałam, by Bóg od razu pokazał mi, co mnie czeka! Bym z dnia na dzień mogła dowiedzieć się, jakie jest moje powołanie! Bóg jednak nie wskazał mi konkretnego celu – pokazał drogę. A właściwie – zaprosił do podjęcia drogi…

Cóż dla nas milszego, bracia najdrożsi, nad ten Boży głos zaproszenia? Oto w swej łaskawości Pan sam ukazuje nam drogę życia (RB Prolog, 19-20).

Czas odosobnienia pozwala mi zrozumieć, że myślałam kiedyś bardzo „na swoją miarę”. Chciałam realizacji swoich planów, w wymiarze minimalnym. Byle się nie zmęczyć za bardzo na tej drodze… Byle mieć święty spokój. A tu nie chodzi o to, by mieć, ale by być. Świętym.

***

Zmiana w myśleniu wymaga czasu i wysiłku, wyrwania z korzeniami tego, co nie pozwala kiełkować dobremu ziarnu. Chwasty szukania przyjemności i unikania krzyża może wyglądały z dala jak łany zboża, ale z bliska widoczna była prawda o moim zagubieniu.

Angażowałam się w działania, które owszem, wymagały trudu i dawały pewne efekty, były jednak jak zasłona dymna. Dawały mi wrażenie działania, jednak w sprawach kluczowych dla mojego życia przynosiły niewiele korzyści. Trzeba było wyrwać to, co się da, zostawić za sobą jak najwięcej złych nawyków. Trzeba było zaorać tę glebę i nawodnić, żeby mogło wzrosnąć cokolwiek innego.

Przygotowanie ziemi duszy wymaga ciszy…

Ciszy, by zobaczyć, co rośnie. By dostrzec prawdę i przyznać się do niej przed sobą samą. By podjąć trud wyrywania tych chwastów z pomocą Bożej łaski, wreszcie – by pozwolić Bogu działać po swojemu. Poddać się oczyszczeniu.

Aż wreszcie, po kilku długich miesiącach…

Usłyszałam.

***

Słuchaj, synu, nauk mistrza i nakłoń [ku nim] ucho swego serca. Napomnienia łaskawego ojca przyjmuj chętnie i wypełniaj skutecznie, abyś przez trud posłuszeństwa powrócił do Tego, od którego odszedłeś przez gnuśność nieposłuszeństwa. Do ciebie więc kieruję teraz moje słowa, kimkolwiek jesteś ty, co wyrzekasz się własnych chęci, a chcąc służyć pod rozkazami Chrystusa Pana, prawdziwego Króla, przywdziewasz potężną i świętą zbroję posłuszeństwa (RB Prolog, 1-3).

W ciszy słyszę swoje myśli. Ale i słyszę to, co mówi do mnie Bóg. Przez Pismo Święte, przez drugiego człowieka. Gleba przyjmuje ziarno, w obfitości rozsypywanie przez Boga.

Ta droga wymaga posłuszeństwa.

Posłuszeństwem w grocie, w której jestem, jest wytrwałość w ustalonej praktyce modlitwy. Jest czas na pracę, ale jest też czas na modlitwę, czas „nie do ruszenia”, kiedy rozmawiam z Bogiem. Odpowiedzią w duchu posłuszeństwa jest zabieranie się za kolejne zadania, które stawia przede mną życie i praca zawodowa. Jest poranne wstawanie, niezależnie od dnia tygodnia, jest regularna spowiedź.

Wydaje się, że to są rzeczy małe. Jednak zanim wyjdę do świata, zanim zacznę się mierzyć z większymi wyzwaniami, mam te swoje, małe, w których próbuję okazać posłuszeństwo. Po to, by usłyszeć za jakiś czas: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!” (Mt 25, 21)…

Posłuszeństwo obejmuje również porządkowanie codzienności, zaniedbanej w czasie choroby. To najtrudniejsze – nauczyć się na nowo codziennego życia. Sama nie byłam w stanie. Potrzeba było posłuszeństwa…

…a właściwie – chęci odpowiedzi na bezgraniczną Bożą miłość. Postrzeganie posłuszeństwa w inny sposób może łatwo sprowadzić je do tresury.

A przecież wciąż mam wolną wolę, mogę powiedzieć „nie”. Ale…

…nie chcę.

***

Codzienność. Codzienność Subiaco. A może codzienność Nazaretu? Lata spędzone na codziennej, cierpliwej pracy, czas gdy Jezus „czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2, 52). I ja próbuję pójść tą drogą, o której pięknie opowiadał arcybiskup Ryś w czasie odpustu ku czci św. Stanisława w tym roku.

Wzrost w codzienności. Ciągle ta sama praca. Te same zajęcia. Nuda. Zmaganie z nudą. A jednak możliwy jest wzrost w tej przestrzeni.Dla świętego Benedykta codzienność jest warsztatem zmian.

A dla mnie – miejscem dostrzeżenia, jak długa droga przede mną. Oswojenia się z tym, co widzę. Nauczenia się, że na każdym kroku obok mnie jest Bóg, który działa. Który uczy i uzdrawia. Plan minimum rośnie, a kolejne zadania sprawiają, że moje możliwości też rosną.

I apetyt na życie. Życie z Bogiem…

***

Powstańmy więc wreszcie, skoro Pismo Święte zachęca nas słowami: Teraz nadeszła dla nas godzina powstania ze snu (Rz 13,11). Otwórzmy nasze oczy na przebóstwiające światło, a nasze uszy na głos Boży, który nas codziennie napomina wołając: Obyście usłyszeli dzisiaj głos Jego: nie zatwardzajcie serc waszych (Ps 96,8) (RB Prolog, 8-10).

Od jakiegoś czasu niemalże codziennie o poranku widzę, jak promienie wschodzącego słońca powoli rozświetlają nieboskłon. Widzę, ponieważ wstaję rano. Budzę się. Po tylu latach wstawania między dziewiątą a jedenastą, budzę się rano.

Budzę się również do życia. Może nie takiego, jak by oczekiwali inni. Ale i te oczekiwania schodzą na dalszy plan. Ktoś, kto nie zna mojej drogi, nie jest w stanie dostrzec motywów moich decyzji. Tę drogę zna Bóg i znam ja. W tym dialogu wykuwają się kolejne dni.

Dialogu coraz bardziej osobistym, w którym jest coraz mniej lęku.

W oderwaniu od spraw „światowych”, w ciszy groty, w oddaleniu od ludzi wreszcie oswajam się z myślą, że Bóg szuka bezpośredniej relacji z człowiekiem. Bezpośredniej relacji ze mną. Sztuka rozeznawania wymaga szukania wsparcia kierownika duchowego w trudniejszych sprawach, w większych decyzjach.

Jednak nikt nie podejmie decyzji za mnie. Szczególnie tej najważniejszej – aby oddać Bogu całe życie. W zaufaniu, że wie co robi. On wie. Ja nie muszę wiedzieć. Moim zadaniem jest zaufać i pójść za Nim.

Tych decyzji nie podejmuje się w zgiełku… Nie jest się w stanie nawet dostrzec, że są to decyzje kluczowe dla życia ludzkiego.

Cisza. Zbawienna cisza…

***

Usuwając ostatnie konta w social mediach zastanawiałam się nie nad tym, co jeszcze będę musiała poświęcić – ponieważ wiem, że cokolwiek zostawię za sobą z Bożej woli, będzie z pożytkiem dla mnie.

Raczej zastanawiam się, ile czasu będę jeszcze w tej ciszy? W tych przedziwnych rekolekcjach w codzienności? Jak długo jeszcze Bóg będzie uzdrawiał moją poranioną duszę? Głębię zranienia dostrzegam dopiero widząc, jak wiele mogę umocniona łaską, jak różne jest moje życie od tego, co miało miejsce jeszcze na początku roku…

Odosobnienie Subiaco i codzienność Nazaretu stały się moim duchowym domem.


Wspomniane nagranie:

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest