Menu Zamknij

Herbata na zgliszczach

Herbata na zgliszczach

Gdyby ktoś powiedział mi jeszcze miesiąc temu, że stracę jeszcze więcej, powiedziałabym — nie wierzę. Wydawało mi się, że straciłam wszystko, na czym mi zależało. A jednak nie. Siedzę więc, obserwując szalejący ogień i popijam spokojnie herbatę.

***

Jakoś coraz mniej we mnie „pluszowego katolicyzmu”, jak to określił ksiądz Jan Kaczkowski w książce „Życie na pełnej petardzie”. Pluszowego, to znaczy: wyznawanego po to, żeby było fajnie. Ostatecznie — może tak, na końcu czasów. Chwilami i teraz jest fajnie, choć moje pojmowanie fajności znacząco rozmija się z tym, jak postrzegałam tę kwestię jeszcze kilka miesięcy temu.

Teraz coraz częściej się łapię na pytaniu, którego nigdy wcześniej sobie nie zadawałam — to jaka jest moja wiara, skoro tak łatwo poddaję się zniechęceniu? Jak wierzę Bogu, skoro staję bezradna i myślę — ten mój trud idzie na nic?

Jak wygląda moja nadzieja w obliczu nadchodzących zdarzeń, których się obawiam, gdzie pewność, że Bóg mnie prowadzi? Gdzie wynikający z tego spokój? I miłość — jak jestem w niej zanurzona, skoro szybko o niej zapominam w obliczu nic nie znaczących drobiazgów? Jak traktuję siebie w tym procesie wychodzenia z choroby?

Co wynika z mojego uczestnictwa w Eucharystii, co wynika z modlitwy? Czy są to pobożne praktyki dające poczucie, że coś robię, czy jest to Spotkanie, któremu daję się przemienić? W jaki sposób traktuję te spotkania: jako uspokojenie dla sumienia czy jako przestrzeń do nabrania sił do dalszego działania, dalszej walki?

Powoli, coraz śmielej, po czasie nabierania sił mówię do siebie — weź się w garść. Pokaż, ile warta jest twoja wiara, twoje pobożne praktyki! Poziom, na którym samo codzienne funkcjonowanie, sama decyzja by wstać rano była bohaterstwem powoli odchodzi w niebyt.

Czas powiesić wyżej tę poprzeczkę.

***

Można zawierzyć Bogu na dwa sposoby.

Sposób pierwszy — odmawiam pobożny akt w wybrany dowolnie dzień i czuję, że sprawa jest zamknięta. Teraz Ty się martw, Boże.

Sposób drugi — ponawiam to zawierzenie codziennie na modlitwie, pytając: co mam zrobić dalej? I oddając Mu kolejne sprawy, kolejne trudności, kłócąc się, zżymając, obrażając, ale ostatecznie w wolności oddając, za każdym razem ucząc się czegoś nowego. To, że w czasie Forum Młodych dałam Mu carte blanche wcale nie oznacza, że dziś zrobiłabym to samo.

On zawsze pyta, czy Mu pozwolę działać, a ja zawsze mam wolność wyboru.

Najciężej było mi ostatnio, gdy oddawałam coś, do czego czułam się bardzo przywiązana. Pewne pragnienie, które wyznaczało mój sposób myślenia o rzeczywistości. Jednak przez ostatnie miesiące Bóg swoim delikatnym (mimo ogromu zmian) działaniem w jakiś sposób zdobył moje zaufanie. Wzmocnił je swoją łaską.

Teraz — co zupełnie rozwala mi mój mózg — są sytuacje, w których oddaję coś Bogu dlatego, że ufam. Po raz pierwszy od dawna robię to naturalnie — tak, jak oddech, a nie przez zagryzione zęby. Ufam, że zrobi z tym coś dobrego.

***

To, co płonie, to plany poczynione przed 11 lutego.

Rychły powrót do szermierki. Zakończenie studiów podyplomowych. Rozpoczęcie doktoratu. Certyfikat z języka obcego. Zaangażowanie w projekty, do których ciągnęła mnie jedna konkretna osoba.

Relacja z tą osobą. Mój wcześniejszy zachwyt i oddanie, chwilami bezmyślne, ustępuje rozwadze. Przestaję być po żołniersku jemu posłuszna. W miejsce tego posłuszeństwa „z ciała”, posłuszeństwa w imię lojalności, pojawia się wybór ducha, wybór posłuszeństwa Bogu. Z miłości…

***

Wracam z bardzo dalekiej drogi.

Wiele czynności staje się coraz bardziej naturalnych. Zakupy, wyrzucanie śmieci, sprzątanie, zmywanie, pranie. Praca, na ułamek etatu. Ale zawsze coś. Nieśmiało zaczynam swoje próby gotowania.

To jest mój świat. Sprawy najprostsze.

Ostatnio nawet zaczęłam się malować.

Zanim zacznę biegać, chcę nauczyć się chodzić.

***

Największa rzecz. Ostatnio zaczynam podejmować decyzje samodzielnie.

To znaczy — mogę posłuchać innych, mogę się zasugerować tym, co mówią, ale ostatecznie podejmuję decyzję ja, w odniesieniu do Boga. Nie na zasadzie: „Bóg rządzi w moim życiu, to niech On decyduje”, ale: „Boże, daj mi dar mądrości, bo chcę decydować zgodnie z Twoją wolą”.

Po dziesięciu miesiącach nauki coś nawet zaczynam ogarniać. Tak mi się przynajmniej wydaje, po owocach… Czuję, że rzeczywiście to ja podejmuję decyzje, że mam przestrzeń do bycia człowiekiem, do bycia. Prawo do bycia. Do istnienia. Do wyboru.

Prawo do decydowania, do popełniania błędów. A przede wszystkim do tego, żeby przyjść i albo przeprosić Boga za moją ucieczkę, albo — coraz częściej — podziękować za Jego obecność i za to, że mnie prowadzi. Ucieszyć się tym Jego prowadzeniem, zachwycić…

***

Im dłużej idę tą ścieżką…

…tym bardziej nie chcę wracać do tego, co było wcześniej.

W spokoju popijam więc herbatę patrząc, jak płonie to, co było dla mnie ważne. Po wielu miesiącach odczuwania bólu i szarpania się z moją wizją wychodzenia z choroby, patrzę teraz z wyczekiwaniem, co na tej ziemi wyrośnie.

I zastanawiam się, co jest kolejne. Co jeszcze spłonie. Jest jeszcze parę spraw na liście. Ciekawe, co przetrwa… A co upadnie. Co zniknie z powierzchni mojego osobistego świata.

Jak pisała Maja Lidia Kossakowska w książce, która była dla mnie niegdyś bardzo ważna:

„(…) na zgliszczach najpiękniejszy wyrasta owoc”.

Niech więc płonie… mój pieczołowicie przez lata budowany świat, moje schematy i przekonania, niech to wszystko płonie.

Płonie w ogniu Bożej miłości.

Lepszego scenariusza nie można było wymyślić.