Kroki w ciemności

Lampa

Upał nieco zelżał i ustąpił życiodajnemu (przy tej pogodzie) deszczowi. Powoli zbliża się wieczór. Mija kolejny dzień zwykłych zmagań codziennych.

***

Przypominam sobie czerwcową rozmowę w Katowicach. O zaufaniu Bogu. O tym, że gdybyśmy od razu widzieli ścieżkę, którą chce nas poprowadzić Stwórca, to z dużym prawdopodobieństwem byśmy zdezerterowali. Dopiero spoglądając wstecz widzimy, jak wiele się wydarzyło, jak wiele przeszliśmy.

Dlatego też Bóg odkrywa przed nami przyszłość powoli, zapraszając nas do podróży przez mrok. Oświetla tylko tyle miejsca, ile potrzeba, by zrobić kolejny krok.

„Twoje słowo jest lampą dla moich stóp

i światłem na mojej ścieżce” (Ps 119, 105)

Nie ma wiele tego światła. Czasem jest to bardzo frustrujące, ale ostatecznie jestem za to Bogu wdzięczna. Łatwiej jest zaufać idąc w nieznane, niż gdy ma się przed oczami dziesiątki spraw, do których tworzy się setki wyobrażeń. I tysiące pytań — nie zawsze mądrych czy potrzebnych.

Jaka to ogromna zmiana! Zmiana polegająca na stwierdzeniu, że nie muszę wiedzieć wszystkiego. Wystarczy, że wiem tyle, ile Bóg chce, bym wiedziała. I już.

***

Równo pół roku temu w moim życiu nastąpiło trzęsienie ziemi. A potem, parafrazując Hitchcocka, napięcie tylko rosło. Z człowieka przez dłuższy czas żyjącego z dala od Boga zamieniłam się w kogoś, kto stara się trwać przy Nim i rozeznawać Jego wolę.

To stwierdzenie może szokować, ale nie czuję się już w żaden sposób panią swojego życia. Raczej zarządcą, któremu dany został czas, miejsce, konkretne talenty i zadania do wykonania. I choć główne zadania, jakie przede mną stoją, nie zmieniły się — przeżywam je już zupełnie inaczej.

Ponieważ mam tak wiele spraw na głowie, trochę więcej czasu spędzam na modlitwie. A Bóg powoli prowadzi mnie przez zgliszcza pochorobowej rzeczywistości. I pokazuje — zobacz, tu już coś rośnie. Tam też rośnie! A tu buduję dla Ciebie dom. Piękny, prawda?

Moje życie rozkwita, jak kwiaty na łące w czasie wiosny.

Odkrywam, jak istotne jest dbanie o relację z Bogiem. Relację opartą na miłości, na przyjaźni, na zaufaniu. Wyjście poza ramy „transakcyjne” sprawiło, że odkrywam zupełnie nowy wymiar wiary. Krzyż, który niosę, przestał być krzyżem. Stał się przygodą, przeżywaną z najwspanialszym Przyjacielem, Opiekunem i Mentorem, jakiego mogłam sobie wymarzyć.

***

Uznanie Boga za Tego, któremu należy się pierwsze miejsce w moim życiu, nie było i nie jest łatwe. To codzienna walka, z której nie zawsze wychodzę obronną ręką. Wciąż często upadam, ufając bardziej sobie. Uciekając od Jego natchnień albo ulegając własnym wyobrażeniom o tym, do czego On mnie zaprasza. Moment weryfikacji nie zawsze jest przyjemny, ale jest konieczny.

Tak jak ostatnio — przykra rozmowa, zerwanie kontaktu, oczekiwanie na to, aż druga strona odezwie się; choć nawet nie wiem, czy to nastąpi. Mój upór w forsowaniu własnej wizji mojego życia zakończył się napomnieniem: „Nie tędy droga!”. I choć sytuacja boli, uczę się.

Uczę się, jak brać odpowiedzialność za własne życie. Jak codziennie je kształtować. Jak nie bać się trudności i cierpienia, które się pojawiają. Jak z ufnością stawiać czoła sytuacjom, które wywołują we mnie lęk — nawet, jeśli chodzi „tylko” o nielubiane przeze mnie parkowanie równoległe.

Uczę się na nowo relacji z ludźmi. Tego, by nie przerzucać na nich swoich oczekiwań czy odpowiedzialności za moje życie i moje wybory. Tego, by przychodzić po radę, po inspirację; niekoniecznie po pocieszenie czy zrozumienie. Jeżeli ja siebie nie akceptuję, to nawet najpiękniejsze słowa wsparcia nie pomogą. Jeśli ja siebie nie rozumiem, to żaden inny człowiek nie zrozumie mnie „w moim imieniu”. Nie podejmie za mnie decyzji.

Wydawałoby się — sprawy proste i oczywiste. A jednak — jak wiele nauki jeszcze mnie czeka, by być w pełni człowiekiem! Jak długa jest jeszcze droga, która czeka mnie, bym mogła powiedzieć: uporałam się ze skutkami depresji.

Jednak nie oczekuję już na cud, skrojony na swoją miarę. Kiedyś dopominałam się od Stwórcy zdecydowanego działania, na moje żądanie, w sposób, który ja uważam za najlepszy. Teraz widzę w uzdrowieniu drogę — proces, w którym Bóg chce mi wiele przekazać, wiele mnie nauczyć.

***

Od mojego powrotu minęło sto osiemdziesiąt jeden dni. Dni błogosławieństwa i łaski. Dni ciągłej nauki i codziennego uzdrawiania. Dni podróżowania po pustyni przeplatające się z odpoczynkiem w oazie i powrotami do miasta — do społeczności ludzkich.

Kiedy czasem opowiadam o tym, co Bóg uczynił przez te miesiące w moim życiu, spotykam się z różnymi reakcjami. Jedni nie dowierzają. Inni patrzą z podziwem. Jeszcze inni ostrzegają albo pukają się w czoło.

Wiem jednak, że jestem na najlepszej drodze, na jakiej mogę być — na drodze do zwycięstwa. On już zwyciężył. Teraz kolej na mnie, bym nauczyła się, jak żyć Jego zwycięstwem.

+AMDG