Umarła dla świata

Umarła dla świata

To była środa. Od rana usunęłam konto na Facebooku. Potem snułam się poddenerwowana po mieszkaniu. Po kiepsko przespanej nocy próbowałam się zdrzemnąć, jednak sen był równie niespokojny jak wcześniej.

Ubrałam się odświętnie. Czarna sukienka, buty na obcasie. I poszłam. Zakończyć pewien etap życia. W pewnym sensie – zakończyć swoje dotychczasowe życie.

***

Przygotowanie do spowiedzi generalnej trwało od samego początku mojego powrotu. Przez wiele tygodni Bóg pokazywał mi swoją Miłość. To, jak o mnie dbał i zabiegał przez ostatnie lata. To jak walczy teraz. Opornie, ale jednak dawałam się poprowadzić.

Sam rachunek sumienia zajął mi kilka dni. Robiony krok po kroku, przykazanie po przykazaniu, z Katechizmem Kościoła Katolickiego w ręce. Sześć lat życia zapisane na czterech i pół stronach formatu A4. Dostrzeżone grzechy, które ciążyły bardziej niż mi się wydawało. Zebrane w całość, historia odejść, która w konfesjonale spotkała się z ogromem Bożego miłosierdzia.

Gdzie jednak wzmógł się grzech , tam jeszcze obficiej rozlała się łaska. (Rz 5, 20b)

***

To była śmierć pierwsza. Godzina wyjęta z wieczności. Zamykając drzwi kościoła wiedziałam, że właśnie zamykam za sobą stare życie, zostawiam je za sobą. Właśnie zaczynam na nowo. Inaczej. Umieram dla świata, dla tego, co było dla mnie kiedyś ważne. Dla wszystkich swoich marzeń, planów, zabiegów o „ustawienie się” w życiu. Wiedziałam, że walkę ze „starym człowiekiem” i jego skłonnościami będę toczyć do końca życia, ale tu chodziło o przechylenie szali zwycięstwa na tę właściwą stronę.

Szali, która póki co skierowana była w stronę zagłady. A teraz miało się to zmienić.

W końcu, si Deus pro nobis, quis contra nos?

***

Nie ma nic złego w pragnieniach, marzeniach, chęciach. Wciąż chcę założyć rodzinę, wciąż marzę o spokoju, o stałej pracy, o wielu innych rzeczach. Chcę skończyć studia, może jednak zrobić doktorat.

Jednak człowiek współczesny, człowiek „tego świata”, daje się tym pragnieniom, marzeniom i chęciom rozrywać. Daje się im prowadzić do punktu, w którym musi dokonywać trudnych wyborów, w których jedne rzeczy odrzuca, za innymi podąża. Wciąż jednak odczuwa pustkę, niedosyt, walczy więc o więcej.

A ja powiedziałam pas. To nie jest moja gra. Moja gra jest gdzie indziej. I nie jest moją grą, tylko Bożą. To On walczy, nie ja.

Pragnienia, marzenia, chęci zostały w większości te same. Ale jakby zupełnie inne.

***

W zakrystii zegar wybił godzinę jedenastą. Czekałam na ten moment, ale mimo wszystko przestraszyłam się. Mój osobisty świat zamarł.

Ja – ubrana na czarno. Kapłan – na biało. Ja – grzesznik przychodzący do zdroju miłosierdzia.

Gdy po dwunastej otworzyłam drzwi kościoła odczułam, że świat może i jest ten sam, ale ja już nie. Że teraz nie pragnę zaspokajać na siłę swoich pragnień czy oczekiwań innych, ale iść za Bogiem. Reszta nie jest aż tak ważna. Często nie jest w ogóle ważna.

Liczy się On.

***

Kolejne umieranie było umieraniem na raty, ciągnącym się od grudniowego pobytu w szpitalu. Umieraniem dla własnych przekonań. Szpital z miejsca kaźni moich marzeń o zdrowiu stał się miejscem łaski. Miesiące zmagań, stresu, lęku Bóg przemienił w pieśń uwielbienia.

W dniu, gdy przyjęto mnie do szpitala, byłam rano na Eucharystii i choć ze względów medycznych nie mogłam przyjąć komunii, po prostu byłam.

Pobiłam tego dnia mój osobisty rekord – osiemnaście godzin bez jedzenia i picia.

Oczekiwanie na zabieg było radością. Oczekiwanie na wyniki – nie ciąży jak wcześniej.

Nie moja, lecz Jego wola. Niezależnie od tego, czy wszystko skończy się „szczęśliwie”, w rozumieniu tego świata, czy czeka mnie wycinanie kawałek po kawałku. To nie jest ważne. On jest.

Teraz już nie dziwią mnie opowieści o radości w cierpieniu. Doświadczyłam tego sama. Niesamowitego spokoju i łaski radości, w łączności z Ukrzyżowanym.

Biadania moje zmieniłeś mi w taniec;
wór mi rozwiązałeś, opasałeś mnie radością,
by moje serce nie milknąc psalm Tobie śpiewało.
Boże mój, Panie, będę Cię wysławiał na wieki. (Ps 30, 12-13)

***

W szpitalu w ostatni poniedziałek odczułam, że zaczynam wreszcie żyć. Że te więzy, które mnie trzymają na tym świecie powoli pękają, a egzystencja zaczyna być przepełniona Bożą obecnością. I nawet to, że moja Babcia dość niespodziewanie znalazła się w szpitalu, nie naruszyło tego spokoju. Było wiele emocji, ale po stosunkowo krótkich jak na mnie zmaganiach przyszedł pokój.

Tam, gdzie wcześniej widziałam śmierć i umieranie, widzę Życie.

Jest On, który jest w każdym cierpieniu. On, który przychodzi i mówi: zaufaj! Który towarzyszy. Który sprawia, że wszystko, co ma się zdarzyć, wydarza się we właściwym czasie.

I oto taki człowiek jak ja – ktoś, kto jeszcze pół roku temu czuł, że przegrał życie, czuł, że już nic dobrego nie czeka, że jedyne czego mogę się spodziewać, to dalsza udręka – nagle w pełnym spokoju przyjmuję kolejne „ciosy”. I cieszy się. Coraz bardziej rozkoszuje się życiem, choć nie brakuje zmagań. Po ludzku – jest to sytuacja, w której powinnam już dawno się załamać.

Tylko, że teraz to już nie jest już moja walka. To jest Jego walka.

Którzy we łzach sieją,
żąć będą w radości.
Postępują naprzód wśród płaczu, niosąc ziarno na zasiew:
z powrotem przychodzą wśród radości, przynosząc swoje snopy. (Ps 126, 5-6)

***

Pomódlcie się, proszę. W intencji mojej Babci, całej rodziny, która z zapartym tchem czeka na kolejne informacje ze szpitala. I w mojej intencji. Bym nie zboczyła z tej ścieżki.

W końcu walka trwa. A ja, mimo wszystko, mimo iż niektórzy wciąż chcą mnie przekonać, że to nie jest dobra droga, chcę pozostać umarła dla świata.

Gdy szarpałam się, by żyć, coraz bardziej umierałam.

Teraz, gdy umarłam i dalej umieram dla świata, zaczęłam wreszcie żyć.