Forum Młodych – kilka słów od uczestniczki

Forum Młodych Częstochowa

Dopóki nie pojechałam na Forum Młodych nie wiedziałam, że w Kościele może być tak… ciepło, radośnie, pięknie. Jak tam, w Częstochowie.

Czemu w ogóle przyjechałam?

Nie jestem fanem rekolekcji w żadnej formie. Do tej pory miałam wręcz alergię na wszelkie tego typu wyjazdy. Dużo modlitwy, dużo słuchania – to nie był plan idealny na odpoczynek. Coś jednak drgnęło gdy zorientowałam się, że Forum jest dla osób do 30 roku życia. Wiele czasu na eksperymenty już mi nie zostało 😉 Przeżywszy i doświadczywszy mogę powiedzieć, że… rekolekcje nie gryzą. Serio.

Wybór Forum był nie do końca przypadkowy. Nadrabiam stracony czas i robię rzeczy, które kiedyś chciałam zrobić. Próbowałam przyjechać trzy lata temu, ale nie udało mi się. Decyzję o przyjeździe podjęłam spontanicznie podczas spotkania z nowo poznanymi znajomymi. Część jechała na Forum. Stwierdziłam – w sumie, czemu nie?

Do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy przyjadę. Mój pobyt w szpitalu, potem sytuacja w której dwie bliskie mi osoby dość nagle również były hospitalizowane. Po rodzinnych konsultacjach wyjechałam mimo wszystko, z jednej strony pragnąc spełnić swoje dawne marzenie, z drugiej wciąż zastanawiając się, czy nie powinnam być na miejscu – w domu.

Wybrałam się dodatkowo na sesję przygotowawczą, by… obejrzeć mecz finałowy w dobrym towarzystwie. Jak widać, Bóg przyjmuje każdą, nawet tę najbardziej przyziemną i niedoskonałą motywację, by uczynić cuda 😉 Od razu wpadłam w wir przygotowań, głównie muzycznych. Inna sprawa, że nie chciałam „tylko” uczestniczyć. Chciałam się schować za jakimś zadaniem – chyba po to, by móc zbudować mur dookoła siebie.

Wjazd z przytupem

To był popis, który skończył się słuszną reprymendą. Pierwszy dzień w nowym środowisku – i już rozpoczęty sprzeczką. Bardzo chciałam wrócić do Warszawy, ale po kilku godzinach za kółkiem byłam zbyt zmęczona, by znów prowadzić samochód. Zostałam.

Na głowie miałam kiepski początek znajomości z organizatorami, lęk o bliskich którzy byli w szpitalu, nieskończone zadanie, które musiałam pilnie zakończyć w przerwach między próbami. Muzycznymi. Nie jestem wirtuozem gitary. Stwierdzam, że nie umiem grać. Na przypomnienie sobie, jak się gra, miałam trzy dni.

To wszystko sprawiło, że chodziłam przez pierwsze dni niewyspana, przybita, zdenerwowana, smutna. Zalękniona. Zamykająca się na to, co się działo dobrego na zewnątrz. Wpatrzona w swój osobisty ból, niemały. Ból teraźniejszości, ból przeszłości. Zamknięta w strachu o przyszłość.

Kolejne szpilki

Nocowanie w pokoju z innymi ludźmi. Jedzenie w namiotach, rozmowy z ludźmi, od których dzieli mnie mur doświadczeń i zranień. Szukanie pomocy duchowej u kapłana, które skończyło się jeszcze większym bólem. W czasie sesji przygotowawczej wydarzyło się wiele rzeczy, które były dla mnie konfrontacją z post-depresyjnymi schematami funkcjonowania. Miałam ochotę chodzić i krzyczeć z powodu narastającego wewnętrznego bólu, ale próbowałam mimo wszystko zapanować nad swoim poranionym światem.

I choć moje współlokatorki cierpliwie wysłuchiwały moich narzekań ból narastał. Bolało to, że nie potrafiłam zostawić przeszłości, że wciąż się gubiłam w nowej dla mnie teraźniejszości. Że ludzie od których miałam nadzieję otrzymać odrobinę zrozumienia nieświadomie ranili jeszcze bardziej.

On Jest

A jednak był. W drugim człowieku – w tych, którzy się uśmiechali do mnie. W tych, którzy modlili się wraz ze mną za moich bliskich. W tych, którzy rozmawiali. W tych, którzy cierpliwie słuchali. W tych, którzy pozwolili mi grać, choć w regularnym zespole muzycznym wyleciałabym z hukiem. Ale nie tu. Mogłam po prostu być, uczyć się, oswajać z graniem zarówno na mszy, jak i w czasie innych wydarzeń.

Momentem, w którym znów mój świat został wywrócony do góry nogami była adoracja. W jej trakcie można było oddać Bogu jakąś trudność, jakiś problem, wpisując go na kartkę. Można było oddać również pustką kartkę – symbol oddania całego życia.

Wzięłam długopis i udałam, że coś piszę. Ale tak naprawdę wiedziałam, że po raz kolejny – nie mam nic do stracenia. Wszystko, na czym kiedyś mi zależało, jest w ruinie a ja miotam się, patrząc na mój świat, który spłonął.

To był pierwszy wyjazd, na którym udało mi się zachować własną historię dla siebie (w większości rozmów), więc dodam słowem wyjaśnienia – depresja, nowotwór i parę innych równie przykrych i ciężkich przygód sprawiło, że straciłam wszystko, na czym mi zależało. Włącznie z moim wewnętrznym światem, jakimiś przekonaniami, stabilnością, czymś, co nazywałam „ja”. Siebie też straciłam – już w ostatnim czasie, w czasie nawrócenia. W czasie „przygotowania” do pobytu w szpitalu, w milczeniu, w oddaleniu od ludzi. To, co kiedyś było dla mnie wyznacznikiem „mnie”, stało się bezwartościowe w obliczu zmiany.

Uklękłam z pustymi rękami i z pustą kartką, oddając tym samym całe życie.

Świat jest ten sam. Problemy są te same.

Ale ja znowu inna. Jakby bliżej Boga…

Zaufanie

Na tym wyjeździe zrozumiałam, jak istotna jest adoracja oraz modlitwa uwielbienia. Jak ważna jest wspólnota, bliskość z ludźmi którzy starają się traktować Boga na serio. Oraz jak istotne jest zaufanie Bogu.

Zaufanie dzięki któremu powoli przestaję się bać kolejnego dnia. Dzięki któremu w wielu sytuacjach odpuszczam walkę widząc, że jest ona bezsensowna, w innych zaś podejmuję rękawicę wiedząc, że to jest ten moment w którym mam walkę podjąć. Zaufanie które sprawia, że potrafię spotkać się z drugim człowiekiem – nie po to, by szukać ukojenia w bólu, ale po to, by poznać drugiego nieco lepiej.

Przede wszystkim jednak przestaję się bać Boga. Dostrzegam Jego miłość, miłosierdzie, radość bycia z Nim. Przestał być dla mnie katem, który chce mnie zniszczyć. Stał się kochającym Ojcem, sprzymierzeńcem, Przyjacielem.

Za rok?

Mam nadzieję być za rok i grać lepiej na gitarze, niż ostatnio. Mam nadzieję przyjechać z osobami, o których wiem, że takie spotkanie z Bogiem w wakacyjnym czasie może przynieść radość. Każdemu może – Tobie też.

Zaryzykowałam i nie żałuję, choć było mi bardzo ciężko. Takiego oblicza Kościoła – radosnego, otwartego, przenikniętego Duchem świętym nie widziałam dawno. A jednak jest, nie tylko w mojej obecnej parafii.

Do tych, którzy byli na Forum – dzięki. Że byliście. Każdej poznanej osobie z osobna i wszystkim wspólnie. Mam nadzieję do zobaczenia 😉