Ze śmierci do życia

Ze śmierci do życia

Czasem po prostu spotykasz Jezusa. Jesteś w drodze, masz inne zamierzenia, plany, oczekiwania, wyobrażenia. Masz swój świat, kompletny system, którego po prostu się trzymasz. I wtedy przychodzi Jezus.

Jak to jest, spotkać Jezusa? Nie wiem. Nie znam odpowiedzi. Cały czas odkrywam tę przestrzeń spotkania. Pierwsze doświadczenie – doświadczenie, dla mnie na miarę tego które było udziałem świętego Pawła. Doświadczenie tak silne, że moje życie nie jest już po nim takie samo. Wręcz zaryzykuję stwierdzenie, że nic już nie jest takie samo. Doświadczenie, którego po prostu nie da się opisać i trudno zostać na nie obojętnym.

Dlatego znikam.

Wiosenne porządki

Od momentu tego niesamowitego spotkania wróciły mi siły. Bóg powoli, z ogromną delikatnością uzdrawia mnie. „Moje” wychodzenie z depresji stało się „naszym” wychodzeniem. Nabrało tempa, chwilami wręcz szalonego. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek jeszcze będę się uśmiechać szczerze, całą sobą. Nie sądziłam, że będę w stanie wstawać przed siódmą i rozpoczynać dzień modlitwą. Nie myślałam, że będę w stanie pracować i szukać innej, bardziej dla mnie rozwojowej pracy.

Myślałam, że nie ma dla mnie nadziei. Że przegrałam wszystko i straciłam wszystko. A jednak – dostaję to, co ważne. W darze. Przemienione przez Jego miłość i Jego obecność.

Ostatnie miesiące ciszy były czasem zbierania sił i intensywnych porządków. Po bez mała 5 latach zanurzenia w cierpieniu jest wiele zaniedbanych spraw. Zaległe projekty, o których realizację walczę. Dziesiątki osób, do których nie miałam siły się odezwać. Nawet tak prozaiczne sprawy jak skrzynki mailowe, na których jest po kilka, kilkanaście tysięcy wiadomości do usunięcia. Na każdym kroku pojawiają się trudności które sprawiają, że mam ochotę się wycofać – ale nie potrafię już, jak kiedyś, po prostu uciec. Nie pozwala mi wiara w to, że dzięki Niemu to życie jest życiem wygranym, jest życiem zwycięzcy w Chrystusie. A skoro tak, nie poddaję się.

Jest nadzieja.

Szukając ciszy

Obserwując swoje wielkopostne poczynania zauważyłam, jak wiele spokoju dało mi odcięcie się od Facebooka i jak wiele smutku, rozgoryczenia, bezsilności towarzyszy mi za każdym razem, gdy się loguję. Facebook towarzyszył mi od około dziewięciu lat i był przestrzenią wołania o pomoc. Teraz jest narzędziem rozpamiętywania tego, co było.

Czas, bym powiedziała przeszłości: noli me tangere. Nie zatrzymuj mnie…

Czas pożegnać się z ułudą kontaktu z ludźmi, z którymi w większości  „jesteśmy znajomymi” na Facebooku. Czas zamknąć pewne sprawy, pewne projekty, które przypominają mi o przeszłości. Wypisać się z grup (kilkuset, uwierzycie?…) z których i tak nie korzystam, ale obecność w nich daje mi złudne poczucie, że coś robię w swoim życiu. Ze swoim życiem.

Potrzebuję ciszy, a nie świadomości z tyłu głowy, że oto ktoś coś gdzieś publikuje i może chce, bym się odezwała. Spokoju, a nie zalewu potokiem informacji nie do przetworzenia. Przestrzeni do poskładania siebie po tych wszystkich latach. I mam świadomość swojej słabości, która sprawia, że mimo silnych postanowień wciąż się loguję na Facebooku.

Jestem zbyt słaba, by mieć konto i z niego nie korzystać. A skoro tak… to idę na całość.

Głębszy oddech

Tak bardzo chcę poświęcić się pisaniu. Chcę wrócić do regularnego publikowania tekstów na blogu. Na to potrzebny jest czas, którego wciąż zbyt wiele spędzam w sieci – uciekając od życia. Owszem, powiedzą jedni, odcinam właśnie gałąź na której siedzę – możliwość dotarcia do odbiorców przez social media. Wiem. To jest ryzyko. Ryzyko, na które się godzę. Co innego mi zostało?

Walczę o siebie. O swoje życie. O to, jak przeżyję to życie. O to, jakim będę człowiekiem po kolejnej chorobie. Przede mną wciąż jeszcze jeden pobyt w szpitalu. Z marzeniami o pełnym zdrowiu, o braku lekarskich kontroli i życiu bez pewnego lęku z tyłu głowy już się pożegnałam. Nie mam tego od 20 roku życia. Trudno. Najwyraźniej tak ma być.

W konfrontacji ze świadomością kruchości życia potrzeba ciszy. Potrzeba spokoju. Aby tworzyć – również potrzeba przestrzeni do spotkania się ze sobą. Przede wszystkim zaś szukam przestrzeni do spotkania z Nim. W nieustającym szumie, wręcz „jazgocie” informacji, w świecie wyskakujących okienek i fruwających lajków, serduszek, w zalewie bodźców nie ma szans na SPOTKANIE. Z Bogiem, ale i z drugim człowiekiem.

24 czerwca. Dzień „0”. A potem? Po prostu zaglądajcie. Jeśli możecie – podsyłajcie linki do tekstów dalej, kolejnym Czytelnikom. Umówmy się na soboty – jako dzień, w którym o 20 będzie się pojawiał nowy tekst. Od lipca – regularnie. O ile taka jest Boża wola.

I proszę o modlitwę. Bym nie musiała już dłużej czekać, by lipcowy pobyt był ostatnim pobytem w szpitalu, by wyniki były dobre. Sprawę złożyłam w rękach Najwyższego i wiem, że niezależnie od tego co się będzie działo, On jest i będzie przy mnie. Po ludzku jednak – chciałabym, żeby to doświadczenie było już za mną.

***

Czuję ekscytację na myśl o tym, co będzie się działo. Moja wędrówka wchodzi w nowy etap. Coraz śmielej idę do przodu.

Przechodzę ze śmierci do życia.