Wezwanie

Wezwanie

A gdybyś, Czytelniku, poczuł w sercu, że coś Ci przeszkadza w codziennym życiu? Zostałbyś przy tym, czy byś się od tego odciął?

Nieustająco wraca do mnie pytanie: czemu usuwasz konto na Facebooku? Jest to decyzja, z którą nosiłam się od dawna, jednak cały czas wygrywały „argumenty”, które wydawały mi się niezwykle mocne.

  1. Ułatwiony kontakt (przez messengera)
  2. Dostęp do osób, z którymi coś kiedyś mnie połączyło, kontakt który „może mi się kiedyś przydać”.
  3. Bycie na bieżąco – z wydarzeniami zarówno z życia znajomych, jak i wszelkiego rodzaju spotkaniami.
  4. Zdobywanie wiedzy. Facebook oferuje w końcu wiele grup z wiedzą specjalistyczną.
  5. I argument koronny. „Istnienie”. Skoro nie ma Cię na facebooku, nie istniejesz.

Eksperyment wielkopostny pokazał mi, że da się ograniczyć korzystanie z Facebooka i obalił argument numer jeden. Okazało się, że istnieją telefony komórkowe, skrzynki mailowe i poczta tradycyjna. Niestety, po Wielkim Poście wróciłam do swoich starych nawyków… I tu wydarzył się pierwszy cud.

Nagle okazało się, że prawie nikt się do mnie nie odzywa. „Bo przecież nie ma Cię na Facebooku”. Stało się to dla mnie błogosławieństwem. Jeśli ktoś rzeczywiście chciał się ze mną skontaktować, po prostu pisał maila lub dzwonił. O ile rzeczywiście sprawa była ważna. A ja, zamiast toczyć zazwyczaj błahe rozmowy, mogłam zmierzyć się ze swoją samotnością.

Przestrzeń spotkania

Stosunkowo dużo czasu zyskanego na odsunięciu się od FB przeznaczyłam na modlitwę. I tu wydarzył się dla mnie kolejny cud, cud spotkania. Modlitwa – i spotkanie z Jezusem stała się ważniejsza od siedzenia i śledzenia, co nowego się pojawiło na tablicy. Podjęłam więc wysiłek przyjrzenia się treściom, które subskrybowałam i grupom, w których byłam.

W tym momencie nieodwołalnie padł argument numer cztery. Otóż zorientowałam się, że owszem, czasem korzystałam z niektórych grup. Jednak gro potrzebnej mi wiedzy i tak zdobywałam w innych miejscach sieci. Obecność w grupach dawała mi złudzenie „robienia czegoś” oraz dostęp do niekończącego się źródła sieciowych dyskusji tudzież słownych przepychanek.

Od jakiegoś czasu bałam się udzielać w tego typu rozmowach. Po pierwsze, lata depresji podkopały mój spokój uczestnictwa. Każdy kontrargument nie był tylko głosem w dyskusji, lecz niezwykle bolesnym ciosem zadawanym mojemu poczuciu własnej wartości. Myśląc inaczej, czułam się gorzej. Gdy już jakoś zapanowałam nad tym mechanizmem zauważyłam coś jeszcze – z większości tego typu dyskusji nic nie wynika. Toczą się one w sieci i w sieci się kończą. A przecież rozmowa, przynajmniej moim zdaniem, ma zazwyczaj na celu zbliżenie rozmówców, ich przemianę, wzajemną inspirację. Trudno o to, gdy w dyskusji powstają różne obozy, które pieczołowicie bronią okopów swojej opinii nie widząc, że gdzieś po drodze zagubił się szacunek do drugiego człowieka.

Zauważyłam, że w kwestii internetowych rozmów jestem po prostu pacyfistą. I że chyba zbyt wiele emocji kosztują mnie te dyskusje, które poza frustracją nie wnoszą nic do mojego życia.

Biada mi, że przebywam wśród Twoich wrogów,
że mieszkam pod namiotami barbarzyńców!
Zbyt długo mieszkała moja dusza
z tymi, który nienawidzą pokoju.
Gdy ja głoszę pokój,
oni dążą do wojny. (Ps 12, 5-7)

Wciąż dyskutuję. Jeden na jeden. W warunkach bardziej przyjaznych, tam, gdzie jest przestrzeń spotkania z drugim człowiekiem. Gdzie trudniej jest zapomnieć, że rozmawiam z kimś, kto ma własne doświadczenia, emocje, przyzwyczajenia. Że rozmawiam z CZŁOWIEKIEM.

Informacyjny spokój

Wyjście na piwo. Spotkanie z autorem X. Super promocja na książki. Nowy film wchodzi do kin. Kot wylizuje sowę, z którą się przyjaźni. On mnie rzucił, co mam zrobić. Na obiad jadłem…

PAS.

Poczułam się przytłoczona ogromem treści. „Odlajokowywałam” kolejne fanpage, anulowałam subskrybcje, przestawałam obserwować znajomych. A informacje wciąż spływały. Z reklam, które mnie nie interesują. Z zaproszeń do wydarzeń. Z grup – a byłam w ponad 200 obiecując sobie, że już niebawem zacznę korzystać z tego wszystkiego, tylko odzyskam trochę sił.

I tak traciłam siły, zanurzając się w informacyjnym chaosie.

Coś we mnie pękło, gdy po kilku dniach nieobecności za każdym razem miałam ponad 100 powiadomień. Gdy okazywało się, że tak naprawdę nie jest to nic ważnego. Facebook zaczął żyć swoim życiem, a ja swoim. I to, po latach chorobowych zmagań, „moje” życie było o wiele lepsze.

Owszem, bałam się. Co to będzie, gdy spróbuję się wycofać. Jednak przy przeglądzie znajomych okazało się, że na prawie 1200 osób kontakt mam może z setką, a nawiązaną głębszą relację, która owocuje spotkaniami – może z dwudziestką.

Czy naprawdę do szczęścia jest mi potrzebna wiedza, że kolega z podstawówki ma syna? Że komuś na drugim końcu Polski spaliły się naleśniki? Że koleżanka z liceum wyszła za Włocha? Że kumpela ze studiów była w Tajlandii? Co mi to daje, skoro ostatnio rozmawiałyśmy rok temu, na Facebooku? Śledzenie losów innych ludzi jest fascynujące – dopóki nie okazuje się, że zajmuje czas, w którym mogę tworzyć własne, równie fascynujące historie.

Tak, spędzałam zbyt wiele czasu w sieci. Zbyt wiele emocji zostawało we mnie po zalogowaniu.

Zamieniłam ostatnio portal Zuckerberga na pisanie. Zredukowałam obecność w social media z zawrotnych 4-5 godzin dziennie do 1-2. Ale to dla mnie za mało. Idę na całość 😉

Nie muszę być wszędzie. Nie muszę wiedzieć wszystkiego o ludziach, których znam już tylko z Facebooka. Świat będzie dalej żył swoim życiem. Jeśli będę miała być w jakimś miejscu, to będę. Nie muszę dodawać sobie frustracji pt. „poszłabym, ale… pracuję / mam inne plany / siedzi na mnie świnka morska i nie mogę wstać”.

A jednak istnieję!

Zmieniłam eksperymentalnie pisanie na Facebooku na pisanie maili i poczułam, że to jest to. Zaczęłam wychodzić z domu i okazało się, że spokojne rozmowy, bez ciągłego wpatrywania się w komórkę, po prostu bardziej przypadają mi do gustu.

Przyznałam się również przed sobą, że nie wszystkie hobby reaktywuję, nie zaprzyjaźnię się ze wszystkimi, których poznałam, nie mogę być wszędzie. Wymieniłam się namiarami z tymi ludźmi, z którymi chcę pozostać w kontakcie. Jeśli ktoś nie odzywał się do mnie od dawna, a nie miałam z tą osobą kontaktu pozafacebookowego, stwierdziłam, że najwyraźniej nie ma sensu reaktywować relacji na siłę.

Czekam na 24 czerwca jak na wybawienie. Ostatnie dni coraz bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu, że da się żyć bez FB, że można bez problemu znaleźć namiary do osób, z którymi chcę się skontaktować, przez znajomych. Tak zwyczajnie. Tak… staroświecko.

Mam wręcz wrażenie, że moja egzystencja nabiera głębi. Nie odczuwam potrzeby dzielenia się wszystkim. Coraz więcej spraw przeżywam w ciszy, w sobie.

Dziś wyszłam na bazar, kupiłam bazylię i miętę w doniczce. Posadziłam. Reaktywowałam ogródek, który nie istniał od miesięcy.Wygoniłam pająka, który bezczelnie panoszył się u mnie na parapecie (pająk przeżył, ja też). Posadziłam nasiona cytryny, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Posprzątałam. Napisałam kolejny tekst. Jeśli upał mnie nie wykończy ostatecznie, spróbuję jeszcze dziś ogarnąć kiełkownicę.

Po prostu żyję.

Jeśli ktoś będzie chciał ze mną porozmawiać, znajdzie drogę.

A promocja tekstów? Bardziej ufam Wam, że jeśli spodoba się Wam to, co czytacie, jeśli Was to zainspiruje, to po prostu prześlecie tekst dalej. Ci, którzy zajmują się trochę social media, jak ja do niedawna, wiedzą, ile trzeba się nagłówkować, by oszukać algorytm, by dotrzeć do odbiorców. Ile potrzeba czasu i zaangażowania. Nie mam już na to sił.

Wolę tworzyć treść. I umawiać się z Wami w sobotę, na 20, jak dziś.

Jak widzicie, na przestrzeni ostatnich miesięcy zniknęły argumenty, które mnie trzymały na Facebooku. Przyszedł czas na decyzje…

Czy wraz z usunięciem konta znikną moje problemy? Oczywiście, że nie! Wiem jednak, że będę miała więcej przestrzeni na ich rozwiązywanie.

Pójdź za Mną!

Jest jednak jeszcze jedna, niezwykle istotna kwestia. Wezwanie. Szept serca, który usłyszałam dopiero w przestrzeni ciszy, na modlitwie.

Że FB służy mi do ucieczki. Że nie mam w sobie siły, by wciąż mieć konto „i nie wchodzić”. Zrozumiałam, że tak jest, widząc jak łapczywie logowałam się po Wielkanocy. Czasem po prostu trzeba się odciąć i ratować siebie, a nie wyobrażenia czy pragnienia znajomych, którzy woleliby, bym wciąż wpisywała się w pewien schemat.

Mówią mi, że się odcinam, że uciekam, że przecież jest tyle możliwości…

A w sercu słyszę: zaryzykuj. Zaufaj. To nie jest coś, co jest ci teraz potrzebne. Uwolnij się od tego. Pomogę ci. Moja Miłość jest większa. Zapraszam cię do przeżycia wielkiej przygody. Tylko nie bój się. Zaryzykuj.

I przypomina mi się wtedy prolog Reguły św. Benedykta: „Cóż dla nas milszego, bracia najdrożsi, nad ten Boży głos zaproszenia? Oto w swej łaskawości Pan sam ukazuje nam drogę życia.” (Prolog, 19-20).

Idę zatem.

Noli me tangere… nie zatrzymuj(cie) mnie 🙂

Do zobaczenia w prawdziwym życiu!