Dać się naprawić

Dać się naprawić

„Gdy robisz, co w Twojej mocy, ale nie wygrywasz
Gdy dostajesz to, czego chcesz, ale nie to, czego naprawdę potrzebujesz

gdy jesteś potwornie zmęczony, ale nie możesz spać
gdy jesteś w odwrocie – i tkwisz w swojej ucieczce.”
„Gy łzy spływają strumieniami po Twojej twarzy
gdy tracisz coś, czego nie da się zastąpić
gdy kochasz kogoś, ale to zdaje się nic nie znaczyć
czy może być gorzej?

Światło poprowadzi Cię do domu
zapali Twoje kości
a ja spróbuję Cię naprawić”

(„Fix you”, Coldplay, tłumaczenie – licentia poetica – NŚ)

Podsumowuję ostatnie lata swojego życia. Sformułowane kiedyś życzenia tylu powrotów, ile było odejść, nabierają zupełnie nowego znaczenia. Czytając część Katechizmu poświęconą dziesięciu przykazaniom powoli zdaję sobie sprawę z ogromu mojego odejścia.

Byłam jedną nogą w Kościele. Byłam, choć nie zawsze przychodziłam do kościoła. A jednak byłam tak daleko…

***
Ucieczki mają przeróżną formę. Formę szukania odpoczynku dla ducha tam, gdzie można znaleźć tylko niepokój. Formę tłumaczenia sobie, tkwiąc w grzechu, że białe jest czarne a czarne jest białe. Ucieczki w działanie „dla Boga”, ale bez Boga. Ucieczkę w podtrzymywanie zwątpienia, gdy nadzieja jest na wyciągnięcie ręki.

Ostatnio odkrywam nowy wymiar – ucieczki w wyobrażenia i w marzenia, w których jestem kimś bardzo ważnym i dostrzeganym. Ot, odzwierciedlenie stanu psychicznego. Kolejna ucieczka, ofiarowana Bogu na modlitwie.

Ofiarowana? Po co?

By dać się naprawić.

***
Tekst piosenki „Fix you” idealnie pasuje do mojego dawnego życia. Walczyłam, ale nie wygrywałam. Źle walczyłam, nie o to, o co trzeba walczyć, nie takimi środkami, jakimi należy. Wyrywałam to, co chciałam wyrwać życiu, nie wiedząc jednak, czemu zdobycz nie sprawia mi radości.

Ostatecznie przestałam walczyć. Dałam się ponieść nurtowi zdarzeń, tracąc to, co było dla mnie kiedyś ważne. Tkwiłam w zmęczeniu ducha, którego nie rozumiałam – choć z perspektywy czasu jasne jest dla mnie, że były to owoce odejścia od Boga.

Było jednak we mnie ziarno. Zasiane dawno temu. Ziarno, które wzrastało, mimo mojego oddalenia. Które torowało sobie drogę przez zaniedbaną glebę mojego serca.

***
Wczoraj doświadczyłam ogromnej łaski poznania jednej z osób, które się za mnie modliły w cichości w ostatnim czasie. Jak wielu ludzi pamiętało o mnie w swojej modlitwie! Ich modlitwa, a przede wszystkim – trudna do ogarnięcia łaska Boża, która nie zostawia nigdy grzesznika – były jak woda podlewająca to ziarno. Woda, której nie widziałam, sama płacząc.

Gorzkie łzy kogoś, kto odwrócił się od Boga, podlewały ziarno, wraz ze słodką wodą Bożej łaski i modlitwy wspólnoty wierzących.

***
W modlitwie z jutrzni padają słowa: „bez Ciebie nic nie możemy uczynić”. Tylko On może nas „naprawić”. Uzdrowić nabyte zranienia, odnaleźć sens w zdarzeniach, które wydają się przypadkowe. Tylko z pomocą Jego łaski możemy zobaczyć, że jest w naszym cierpieniu z nami.

Jest jeden warunek – nasza zgoda. Dopóki nie pozwolimy Mu na to, by wszedł do naszego życia i zaczął je przemieniać, ziarno może i będzie rosło, ale kolejne pędy będą marnieć.

***
Wielokrotnie zastanawiałam się, czemu Bóg nie działa. Nie przychodzi, choć czekam. Dziś wiem, że nie czekałam, ale uciekałam. On za to cierpliwie czekał, by zawołać mnie – wezwać po imieniu.

Tym bardziej zachwycające jest to wezwanie i różne od poprzednich, ponieważ tym razem widzę, przynajmniej częściowo, swoją słabość i grzeszność. I czuję, że naprawdę mam puste ręce, przychodząc do Niego. Puste, ponieważ wszelkie dobro i tak pochodzi od Niego. Tym mocniej przemawiają do mnie słowa:

„Bóg nas wybawił i wezwał świętym powołaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami.” (2 Tm 1,9)

***
Ziarno więc wzrasta. Powoli, cierpliwie, mimo moich nowych ucieczek. Już nie walczę o wyzdrowienie, tylko o to, żeby wytrwać w relacji z Bogiem. A wyzdrowienie – wychodzenie z depresji – dzieje się. Po prostu. Jako dar od Niego. I wytrwałość w oczekiwaniu na kolejny pobyt w szpitalu. Jest.

Dziś w Ewangelii słyszymy: „Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak”. (Mk 4, 26-27). Kiełkuje. Jego wzrostem kieruje Bóg.

I zupełnie inaczej życie wygląda, gdy szuka się Boga i się Go znajduje, choć trochę. Choć po części. Zupełnie inaczej jest, gdy człowiek uczy się polegać na Nim, a nie na swoich siłach. Jak w psalmie 127:

„Jeżeli domu Pan nie zbuduje,
na próżno się trudzą, którzy go wznoszą.
Jeżeli miasta Pan nie strzeże,
daremnie czuwają straże.
Daremne jest wasze wstawanie przed świtem
i przesiadywanie do późna w nocy.
Chleb spożywacie zapracowany ciężko,
a Pan i we śnie darzy swych umiłowanych.”

Nieważne jak, nieważne gdzie. Kiedy jesteśmy przy Bogu nawet nie zauważymy, jak nasze życie się zmieni. Możemy nawet nie uchwycić momentu zmiany. Zobaczyć, że coś się zdarzyło, dopiero po owocach…

***
Ziarno rośnie po cichu, cierpliwie. Zdarza się, że długo nie widzimy owoców. Zmagamy się z grzechem, ze słabością. Wydaje się nam, że nie damy rady, że nie warto trwać przy Bogu.

Bywa ciężko. Mi również nie jest lekko. Tym razem jednak próbuję pamiętać, że tu nie chodzi o moją wolę, o moje pomysły, ale o Jego wolę, której nie znam. Którą On objawia, na ile jest to potrzebne, reszta zaś zostaje w sferze mojego zaufania do Niego.

„Niech zaś dla was, umiłowani, nie będzie tajne to jedno, że jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień. Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy – bo niektórzy są przekonani, że Pan zwleka – ale On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia.” (2 P 3, 8-9)

Nie bójcie się pójść do Niego. Zaufajcie.

Dajcie się naprawić.