Dać się chwycić

Dać się chwycić

Zatem w poniedziałek  zabieg. Ostateczny termin „wykluł się” dopiero dziś.

***

Poszłam na pobranie krwi. I na korytarzu przychodni spotkałam księdza. Przychodnia dla kobiet, dla matek z dziećmi. I ksiądz, towarzyszący osobie z rodziny, która też przyszła na pobranie. Nie rozmawialiśmy. Ale sama jego obecność dodała mi otuchy. Kiedyś, po drugiej stronie, mam nadzieję podziękować księdzu osobiście. Stał się znakiem nadziei w miejscu, które jest dla mnie trochę jak „cmentarz pogrzebanych nadziei”, parafrazując słowa Ani (nie Andzi!) Shirley.

W szpitalu ustaliłam termin. Miałam przy tym dużo stresu – ostatnio moje zdrowie płata mi figle i jedyne, co mogłam zrobić, to powierzyć tę sytuację Jezusowi, po wielu stoczonych ze sobą bojach. Wyniki badań są dobre. Tylko ja czuję się fatalnie. Stres – po ludzku – zżera mnie, niezależnie od tego, czy próbuję się zawierzyć, czy próbuję się buntować. Jednak akt zawierzenia czyni tę różnicę, że teraz przeżywam trudności z przedziwną, niezrozumiałą radością.

Trudności ze spaniem wciąż są. Napięcia mięśniowe, które powodują ból, też. Stres. Zagubienie. Ale jakby inaczej. Problemy te same, ale ja jakby troszkę inna.

***

Kolejne dni bez Facebooka. Nie ma „wentylu bezpieczeństwa”, a tak naprawdę – nie ma gdzie uciekać. Spontanicznie spotykam się ze znajomymi na  oglądanie meczu Polski z Kolumbią. Piszę listy. Odpisuję na maile. I tak nawiązuję kontakty, których głębia mnie wzrusza.

Wreszcie jestem z ludźmi. Czuję, że jestem z nimi realnie, a nie z perspektywy ekranu dotykowego. Spotkania nabierają nowego wymiaru. Są tu i teraz, gdy się kończą, to ostatecznie, bez przedłużania na siłę w sieci. Piękne jest bycie z ludźmi, gdy czerpie się ze spotkania, z tej chwili, która trwa. Gdy tym spotkaniem wpuszcza się kogoś do swojego życia na kilka chwil, by potem wrócić i znów czuwać przy Bogu, w postawie wdzięczności. Radości spotkania z drugim człowiekiem, radości kolejnych zmagań, radości spotkania Go w drugim człowieku.

Kolejne dni również bez Netflixa i realizowania „pasji” serialowej. Netflix nie odpuszcza i przypomina mi, iż jego zdaniem jest to „idealny czas by wrócić”. By „oglądać co chcesz, kiedy chcesz, na jakim urządzeniu chcesz”. Bez reklam! Jednak kolejne dni bez telewizji pokazują, że jednak spasuję. Szukam czasu na lekturę, a z telewizji zostawię sobie tylko mecze. Wróciła pasja piłkarska, lekkie podwyższenie temperatury spowodowane mundialem. Gorączka mi raczej nie grozi. Do seriali wracać nie chcę.

Noli me tangere.

***

Mecze. Oglądane jednym okiem. Porządkuję dokumentację medyczną. Tą do szpitala mam już gotową. Jest jeszcze wcześniejsza. Jeszcze czeka na poukładanie. Po raz pierwszy widzę w niej nie tylko zapis cierpienia, smutku, wielu wylanych łez, ale historię łaski. Historię Jego miłości. Jego troski o to, bym dojrzewała, bym w odpowiednim momencie umiała Go rozpoznać i pokochać na nowo.

Jak w czytaniu z jutrzni:

Będziemy dziękować Panu Bogu naszemu, który doświadcza nas, tak jak naszych przodków. Przypomnijcie sobie to wszystko, co On uczynił z Abrahamem, i jak doświadczył Izaaka, i co spotkało Jakuba. Jak bowiem ich poddał Bóg próbie ogniowej, by doświadczyć ich serca, tak i na nas nie zesłał kary, lecz raczej dla przestrogi karci tych, którzy zbliżają się do Niego. (Jdt 8, 25-26a. 2, za: brewiarz.pl)

***

Nie jest różowo. Chwilami jest cholernie ciężko. Gdy zamki z piasku, do których byłam tak przywiązana, sypią się. Gdy brakuje sił, a czas zajmują mi negocjacje ze sobą, by zrobić coś pożytecznego, zająć się pracą, sprzątaniem. Przygotować sobie jedzenie. Brak konta na Facebooku sprawia, że jest łatwiej zająć się tym, co trzeba.

Kolejny raz w życiu czuję, jak dookoła mnie szaleje burza, a ja, nie swoim wysiłkiem, lecz na mocy usłyszanego od Pana wezwania, idę po jeziorze…

Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!» Na to odezwał się Piotr: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!» A On rzekł: «Przyjdź!» Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!» Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: «Czemu zwątpiłeś, małej wiary?» (Mt 14, 25-31, za: twojabiblia.pl)

Panie, idę. Ratuj mnie, proszę, gdy zaczynam tonąć.

W Tobie, o Panie, złożyłem nadzieję, nie będę zawstydzon na wieki. (Z hymnu Ciebie, Boże, chwalimy)

***

Najpiękniejsze jest to, że coraz częściej widzę, jak zaczynam tonąć a On chwyta mnie za rękę. I wyciąga. I idziemy dalej. Razem. Aż znowu zaczynam tonąć.

I znów, z miłością i cierpliwością, wyciąga mnie.

Jemu to się nie nudzi.

A mi pozwala dostrzec ogrom MIŁOŚCI. Dostrzec Boga w codzienności, choć myślałam, że Go tu nie ma…