Cisza oczekiwania

Cisza oczekiwania

Za oknem pochmurno. Ptaki śpiewają, wiatr porusza delikatnie gałęziami pobliskich drzew. Jest lekki chłód, który czasem przełamuje wyglądające zza chmur słońce. I coś jeszcze. To „coś”, co wisi w powietrzu.

To „coś” co sprawia, że nie wiem, czy zaraz będzie burza, czy może słońce wyjrzy na dobre. To „coś” co czeka na inne „coś”. Na to, aż uruchomiona zostanie sekwencja pewnych zdarzeń. Albo – aż pewne zdarzenia dojdą do końca, by mogły zaistnień inne.

Powoli akceptuję. Akceptuję to, że moi znajomi kręcą szermiercze filmy, a ja raczej nie będę częścią ich ekipy na stałe. Akceptuję to, że inni trenują, a ja nie potrafię chwilowo znaleźć w sobie motywacji do działania. Akceptuję swoje problemy zdrowotne, swoje lęki, obawy, marzenia. Akceptuję ludzkie milczenie, ale i ludzką obecność. Akceptuję trudności ze znalezieniem pracy, z porannym wstawaniem i ciągłym zmęczeniem, które udało mi się opanować dopiero teraz, gdy miałam szansę wreszcie się wyspać.

Buduję. Modlitwa i Eucharystia, niezliczone rozmowy „w drodze”, te na korytarzu, te w zakrystii, te w konfesjonale. Słuchane kazania. Rozmowy głównie z kapłanami, mnichami i siostrami zakonnymi. Ale i z „przypadkowo” spotkanymi ludźmi. Cały wyjazd do Tyńca to były rozmowy – o wszystkim, co dla mnie teraz istotne. Rozmowy, w których często, o dziwo, troszkę więcej słucham niż mówię. Zadaję pytania – i słucham.

Życie stało się dla mnie grą w podchody. Kolejne osoby, zdarzenia, dostarczają mi wskazówek, jak dotrzeć do kolejnego punktu. Dostaję kolejne klucze, do otwierania kolejnych drzwi, które prowadzą mnie dalej. I uczę się czekania – oczekiwania. Oraz działania w tym oczekiwaniu.

***

Nie odczuwam już tak wielkiej jak wcześniej potrzeby udowadniania światu, że jestem kimś innym. Po prostu jestem. Nawracanie trwa. Ważniejsze od żywiołowych rozmów i epatowania tym, czego to ja nie robię stało się zwykłe, codzienne działanie. Życie w ciszy – na miarę moich możliwości. Od jakiegoś czasu wyznaczane przez rytm modlitwy, która stała się dla mnie oddechem.

Epatowanie nie jest mi już potrzebne tak, jak kiedyś. Kiedyś mówiłam o sobie, o swoich zamierzeniach osiągnięciach innym po to, by móc je samej dostrzec – ale nie widziałam przez długi czas. Ani swojej wartości, ani sensu swojego życia tutaj. Ani sensu dalszej walki. Walczyłam o dostrzeżenie tego sensu na wszelkie sposoby. A sens, poczucie celu, to wszystko o co tak bardzo walczyłam przyszło samo. Przyszło za darmo. Przyszło pod koniec pewnej drogi, jako jej ukoronowanie. Jako sygnał od Boga -widzisz, niepotrzebnie o tyle spraw się martwisz. On ma moc, by wszystko dać, w odpowiednim czasie…

***

Te niecałe trzy miesiące od rozpoczęcia Wielkiego Postu minęły jak jeden dzień. Aż trudno mi uwierzyć, że jest już maj. Jeszcze trudniej mi uwierzyć, że moje życie kiedyś… kiedyś? Jeszcze trzy miesiące temu nie było tym życiem, które jest teraz. Było nie-życiem. A jednak i tu Bóg działa, i uzdrawia, tak, że przeszłość boli coraz mniej. Co prawda wciąż czuję ukłucie w sercu gdy myślę o znajomych, którzy dziś na Starówce kręcą swój film (boli mnie, że nie jestem częścią tego projektu). Jednak wiem, że to nie jest moja droga, choć bardzo chciałam, by nią była. Nie teraz. Może nigdy.

Można upierać się przy swoim, jak ja przez wiele lat. Muszę to, muszę tamto. Mam najlepsze pomysły. A można zadać pytanie: no dobra, Panie, co dobrego dla mnie dziś przygotowałeś? Nieważne, co się dzieje, na pewno jest w tym coś dobrego. Nawet, jeśli najpierw jest płacz, niedowierzanie, szok, poczucie zranienia. Na każdej drodze jest więcej dobra.

Owszem, często trzeba na to dobro poczekać. A ja mam w głowie poczucie, że dobro powinno przyjść teraz, natychmiast – i to takie dobro na miarę moich wyobrażeń. Praca. Poukładanie wszystkich spraw. Zdrowie. Relacja. Bóg z kolei zaprasza mnie do codziennego odkrywania kolejnych Jego darów. Mówi – teraz zobacz to. Teraz spróbuj nauczyć się tego. Teraz – zachwyć się tym światem, który stworzyłem! Mogę się „spiąć”, upierać przy swoim, a w konsekwencji – zamartwiać się tym, że moje życie zawodowe to chaos, zbliża się kolejny zabieg w szpitalu, a na dodatek przeżywam to wszystko będąc singlem. A mogę dać się ponieść.

Tak więc daję się ponieść. Uporządkowałam sprawy, które czekały na zamknięcie wiele miesięcy. Niektóre sprawy odpuściłam. Inne – pomału kończę. Pewne zaczynam. Nie chcę się na razie chwalić, tylko proszę o modlitwę. Znów mam głowę pełną pomysłów. Mam plany, mam chęć działania. Wygrywam kolejne zmagania, w innych – przegrywam i uczę się nowych rzeczy.

I czekam na to „coś”. Nie wiem, jeszcze, co to będzie. Wiem jedno: jak przyjdzie – będę wiedziała, że to właśnie TO.