Kiedy znowu znikam…

Kiedy znowu znikam...

Inne rzeczy mogą poczekać. Ale nie nawrócenie…

Były różne rozmowy. Przez czas Wielkiego Postu oraz czas Oktawy. Było dużo modlitwy. Dużo wysłuchanych kazań. I ta myśl, że inne rzeczy mogą poczekać. Ale nie nawrócenie.

***

Na początku myślałam, że z radością w czasie wielkanocnym wrócę na fejsika, wyposzczona po długim jak na mnie czasie odcięcia. Wróciłam. Z ulgą zauważyłam, że świat się nie zawalił 😉 Po części nawet nie zauważył mojej nieobecności. Ci, którzy zauważyli i chcieli się skontaktować, znaleźli inną drogę komunikacji. Błogosławieństwem tego czasu stał się znaczący spadek rozmów „czczych” – takich, które zazwyczaj skutecznie odciągały mnie od innych obowiązków.

Przez ten czas Oktawy zauważyłam jednak, że znów zaczynam szukać na fb rozwiązań dla swoich problemów. Rozwiązań, których tam nie ma… Będę zaglądać częściej – zapewne dwa razy w tygodniu. Ale nie będzie to wciąż to, co było kiedyś – choć bardzo mocno mnie ciągnie. Dopóki nie ogarnę swoich myśli, swoich pragnień, dopóki Facebook nie stanie się tylko narzędziem pracy i ewentualnie kontaktów, a nie „plasterkiem” na rany, które na ten plasterek mogłyby popatrzeć co najwyżej z politowaniem. Kiedy te sprawy wrócą do normy, zapewne i ja wrócę, z nowymi siłami. Z innym podejściem.

***

Czuję się bardzo krucha. Ten czas duchowego odosobnienia w Wielkim Poście zaowocował zupełnie innym podejściem do modlitwy, lektury Pisma Świętego, spowiedzi, Eucharystii oraz sakramentu chorych, który przyjęłam po raz drugi w życiu. Dziś okazało się, iż na drodze do zdrowia czeka mnie jeszcze trochę wybojów. Już jestem zapisana na zabieg w szpitalu…

Kruchość polega na tym, że moje chrześcijańskie życie jest w sumie obecnie stosunkowo krótkie. Że nie wszystko „weszło w krew”, że potrzeba jeszcze trochę zmagań żebym poczuła się choć trochę pewniej na tej drodze. Wiele się zmieniło. Ja się zmieniłam… Ale gdy wychodzę do świata mam wciąż trudności by o tym pamiętać.

Dlatego znowu wybieram odosobnienie. Pewnego rodzaju oddzielenie od świata. Wciąż żyję w świecie, ale jednak – zapuszczam korzenie w rzeczywistości wiary. Nie mam ani za bardzo ochoty, ani czasu na kino, na zbyt wiele spotkań. Wolę odpoczywać w domu, czytając. Wsłuchując się w Słowo Boże, ale i w siebie.

Do tej pory wierzyłam, że Bóg pozbiera te kawałki roztrzaskanego naczynia, którym się czułam i jakoś pozlepia je na nowo. Teraz mam wrażenie bycia poniekąd stwarzaną na nowo, z wiszącym w powietrzu pytaniem: co z dotychczasowych doświadczeń chcę zachować? Czym się inspirować? O które sprawy dbać, a którym pozwolić umrzeć? Które relacje budować, a z których się wycofać? Przypomina to trochę przebudowę domu, z którego część konstrukcji i część przedmiotów można zachować, jednak aby służył lepiej domownikom potrzeba wielu zmian.

Zmian, które SIĘ DZIEJĄ.

***

Długo mogłabym pisać o tym, jak wiele się zmieniło. Zostanę przy jednej historii, z dzisiejszego poranka.

Otóż dziś byłam na wizycie i dowiedziałam się, że czeka mnie jeszcze jeden pobyt w szpitalu. Że zmiana ma być wycięta. Choć jeszcze mają być konsultacje mojego przypadku, to na obecną chwilę mam się szykować na zabieg.

Dotychczas każda zbliżająca się wizyta była dla mnie powodem długo trwającego zdenerwowania. Co najmniej tydzień wcześniej przeżywałam w głowie różne scenariusze. Bałam się. Lęk nie pozwalał mi normalnie funkcjonować. Uciekałam od ludzi. Nie byłam w stanie pracować. Z tyłu głowy miałam słowo „nowotwór”. A nawet jeśli nie, myślałam – znowu ja. ZNOWU. Czy nie mogę normalnie żyć, tylko wciąż muszę mierzyć się z kolejnymi trudnościami? Problemy zdrowotne, skończenie studiów, depresja, szukanie pracy, teraz znowu zdrowie. ZNOWU.

Dziś przyszłam. Pojawiło się trochę zdenerwowania przed gabinetem, ponieważ musiałam czekać. Ale też – niewielkie, choć dotychczas każde czekanie oznaczało dla mnie festiwal wspomnień z Centrum Onkologii i innych szpitali czy przychodni, w których musiałam czekać na swoją kolej. Wspomnień bolesnych. A dziś – nic. Wizyta – spokój. Kilka łez, które jednak szybko zniknęły. Teraz – wciąż czuję się nieswojo. Jednak mimo wszystko jest spokój. Trochę zmieniłam plany na dziś, potrzebuję oswoić się z myślą o szpitalu. Niemniej – wciąż jestem otwarta na drugiego człowieka. Wciąż jest uśmiech.

A chwilami nawet – niezrozumiała dla mnie radość. Radość i ufność Dziecka Bożego które mówi – nie rozumiem, ale wystarczy, że Ty wiesz, co robisz. Jezu, ufam Tobie.

***

Znikam więc. Uczę się kolejnych umiejętności, które pozwalają mi przeżywać inaczej rzeczywistość. Uczę się organizacji czasu, dystansu do ludzi, do spraw codziennych. Uczę się asertywności i tego, by nie mieć wyrzutów sumienia, gdy mówię: „nie”. Uczę się szacunku dla odmienności drugiego człowieka, ale i swojej. Uczę się pozwalania sobie na popełnianie błędów, akceptacji siebie, akceptacji tego, że mam prawo do odpoczynku…

…przede wszystkim jednak uczę się zaufania Bogu. W każdej chwili życia. Uwielbienia, nawet gdy po ludzku złość czy rozgoryczenie jest jak najbardziej uzasadnione.

***

Kiedyś bardzo chciałam być uzdrowiona „na już”, od razu. Całkowicie. W cudowny sposób. Teraz – cieszę się każdym cudem, którego doświadczam w procesie nawrócenia.

Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu pisałam: nie chcę żyć. Dziś piszę: Boże, dziękuję Ci za tak piękne życie i za to, że Jesteś. Bądź uwielbiony!