Menu Zamknij

Straciwszy poczucie czasu

Straciwszy poczucie czasu

Nie liczę już kolejnych dni. Wiem, że jest ich więcej niż połowa, że wraz ze zbliżającymi się świętami zbliża się koniec mojego postu.

Na początku każdy dzień bez Facebooka był wielkim sukcesem. Teraz to codzienność. Trochę „złamana” przez to, że zachorowałam ostatnio i z nudów, nie mogąc zebrać się do żadnego bardziej kreatywnego zajęcia (o pracy nie wspomnę), „poscrollowałam” trochę tablicę.

Ale szybko skończyłam. Wyjątkowo szybko, w porównaniu z tym, co było dawniej.

Szczęśliwie udało mi się również okiełznać kwestie związane z instagramem, który stał się poniekąd moim „okienkiem” na internetowy świat. Okienkiem, przed którym zaczęłam niebezpiecznie długo przesiadywać, patrząc, co się dzieje między zerami i jedynkami. Na szczęście – i to okienko udało się przymknąć na tyle, że nie przeszkadza mi w codzienności.

W poszukiwaniu przygody

Pomału ogarniam pozrywane sznurki dotychczasowej egzystencji. Dostrzegam swoją wartość. Robię bilans zysków i strat, choć jeszcze nie na papierze, a w myślach. Boję się konfrontacji z tym, co mam w głowie, więc wciąż od niej uciekam, pracując nad kolejnymi kawałkami. Dzięki temu gdy wreszcie zbiorę się na odwagę, będzie łatwiej. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Wciąż próbuję sprecyzować, w którym kierunku chcę iść. Metodą eliminacji udaje mi się pewne ścieżki odrzucić. Pewne kwestie przesunąć do obszaru pasji – obszaru, w którym miło spędzać czas, niemniej jest to „tylko”, „aż” – pasja. Są rzeczy ważniejsze, na które poświęcam więcej czasu, i te mniej ważne, ale lubiane – na te przeznaczam czas odpoczynku.

Mam taką cichą nadzieję, że już niebawem znajdę „to coś”, co sprawia, że serce bije szybciej. Albo zaryzykuję i zrobię dalsze kroki w stronę mojego największego pragnienia – pisania książek. Co się wydarzy – nie wiem. Wiem, że cierpliwie, małymi kroczkami podążam drogą do odnalezienia czegoś, co będzie moją przygodą – na najbliższe lata, a może na całe życie.

Zmagając się ze zmęczeniem

Ostatnio trochę niedosypiałam przez ogrom prac, ale i modlitwy. Trudno mi jest znaleźć czas nawet na pisanie. Jednak to zmęczenie ma również dobre strony.

Wiem już, jaki mam zasób sił do wykorzystania. Wiedząc, jakie to zasoby, mogę lepiej planować dalsze działania. Mając już za sobą pracę nad różnymi projektami wiem, ile mniej więcej czasu potrzebuję na daną czynność (np. napisanie tekstu) – oraz jakie przeszkody mogą się pojawić na tej drodze.

Co ciekawe, coraz bardziej angażuję się w obowiązki domowe. Mam do nich „głowę”, pewnego rodzaju uważność czy wrażliwość, która sprawia, że dostrzegam, co jest do zrobienia. Cieszy mnie to niezmiernie, ponieważ mając więcej sił mogę rzeczywiście angażować się w działania domowe. Zrobienie zakupów „przy okazji”, pozmywanie, odkurzenie, wyniesienie śmieci.

Zwykła codzienność, do której wracam. Która irytowała, gdy miałam na wyciągnięcie ręki tysiące „lepszych”, bardziej angażujących (pozornie) pomysłów na spędzanie czasu. Wyrzucanie śmieci nie jest w końcu tak inspirujące, jak filmiki DIY 😉 Nagle jednak okazuje się, że ta codzienność jest niezwykle ciekawa. A wyrzucanie śmieci to element porządkowania przestrzeni, w której na co dzień żyję i za którą teraz wreszcie czuję się współodpowiedzialna.

Czas kończenia

Odkrywam na nowo niesamowitą satysfakcję z trwania i z kończenia. W czasie depresji wiele rzeczy zaczynałam, ale nie byłam w stanie skończyć. Teraz głównie kończę. I delektuję się tym, co w międzyczasie.

Wśród takich drobnych sukcesów ostatniego czasu jest uporządkowanie kosmetyków i wykorzystanie do końca tych niezliczonych ponapoczynanych opakowań, postawionych „gdzieś”, później przy sprzątaniu wrzuconych do szafki i zapomnianych. Najciekawsze było odkrycie, jak wiele mam cieni do powiek. Nie wiem, ile czasu zajmie mi ich wykorzystanie. Niektóre z nich są już tak słabe, że w połowie dnia muszę poprawiać makijaż. Niemniej – mam z tego ogromną satysfakcję 😉

Równie dużą radością napawa mnie powrót do parzenia herbaty sypanej. Ta torebkowa jest oczywiście „szybsza w obsłudze” i jej parzenie jest zdecydowanie bardziej praktyczne. Niemniej od ponad miesiąca koło czajniczka z herbatą zwykłą jest czajniczek z tą sypaną, którą pijam teraz regularnie 🙂 W czasie porządków znalazłam kilkanaście różnych herbat, które teraz sukcesywnie parzę – w różnych mieszankach smakowych. Te mieszanki zie zawsze się udają, jednak samo eksperymentowanie sprawia mi wiele frajdy!

Z powrotem w „niebieskiej sieci”

Podejrzewam, że z różnych względów nie będę mogła kontynuować mojej nieobecności w obecnej formie. Wizyta na Facebooku raz w tygodniu to zbyt mało, by być w pewnych sprawach na bieżąco. Z drugiej jednak strony… Wydaje mi się, że rozłożenie tych wizyt na dwie, maksymalnie trzy raty powinno być wystarczające.

Nie chcę wracać do ” niebieskiej sieci” na stałe. I raczej nie wrócę w takiej formie, w jakiej byłam wcześniej. Za bardzo smakuje mi życie, które zaczęłam prowadzić na co dzień. Wciąż przede mną moment, w którym ustalę ze sobą nowy harmonogram działania. Na razie – chwilo, trwaj!

PS: I wiosno, przybywaj… <szczęka zębami> 😉