Rekolekcje o wybaczaniu

Rekolekcje o wybaczaniu

Ostatni pobyt w szpitalu oraz czas, który nastąpił po nim,  był czasem dalszej nauki zaufania Bogu oraz nauki stawania się choć trochę bardziej podobną do Niego.

Po pierwsze, zaufanie

Pojechałam do Łodzi sędziować na turnieju szermierczym. Pojechałam mimo obaw. W niedzielę wieczorem miałam stawić się w szpitalu. Bałam się, że nie zdążę, że coś się wydarzy takiego, że nie dojadę. Ale złożyłam to w Bożych rękach. Dojechałam.

Na sali, gdzie odbywał się turniej – stosunkowo chłodno. Dwa dni przebywania tam sprawiły, że mój organizm był na tyle osłabiony, że rozchorowałam się. Szczęśliwie – już po powrocie do domu, po szpitalu. Wycofałam się ze startu, choć bardzo chciałam wystartować. Ale zaufałam. Zaufałam Bogu, że to nie jest ostatni turniej w moim życiu, choć trochę się tego obawiałam. Zaufałam, że nie pozwoli, żebym cierpiała dłużej niepewność, żeby zabieg został przełożony z powodu mojego zdrowia. Gdy dotarłam do szpitala, byłam strasznie zmęczona – i nic więcej. Nic nie stało na przeszkodzie – wieczorne badanie potwierdziło, że mogę być wzięta do zabiegu następnego dnia.

Nie miałam ze sobą nic konkretnego do zjedzenia, a następnego dnia czekał mnie post. W pośpiechu, ale i w ogólnym zdenerwowaniu zabiegiem zapomniałam o jedzeniu. Dopiero, gdy dotarłam do szpitala, złapał mnie niesamowity głód.

Na sali była Pani, która z przyczyn od niej niezależych musiała zostać dzień dłużej w szpitalu. Miała chleb, uzbierany ze szpitalnych porcji. Dla mnie to była królewska kolacja. Chleb i owoce, których szczęśliwie nie wypakowałam z plecaka. Ta Pani wyszła następnego dnia. Gdyby nie Ona – prawdopodobnie nie miałabym co zjeść – w końcu nikt nie wpuści do mnie osoby odwiedzającej o 22 ani nie wypuści mnie z oddziału, żebym sobie mogła kupić coś w sklepie. Gdyby nie to, że została ten jeden dzień dłużej w szpitalu… Ale Bóg się zatroszczył i o to, bym nie była głodna.

Zatroszczył się również o to, bym nie była tam sama. Okazało się, że osoba mi znajoma z dawnych lat pracuje w szpitalu. Odwiedziła mnie. Jestem jej niezwykle wdzięczna – była dla mnie promykiem słońca w chwili, gdy zaczynałam zatapiać się w „szpitalnym smutku”.

Szpitalny smutek

W szpitalu zazwyczaj łapie mnie ogromny smutek. Pacjenci opowiadają swoje historie, pokazując grozę chorowania. Czasem mam wrażenie, że reguła milczenia w szpitalach przyniosłaby więcej pożytku niż rozmowy o tym, co komu dolega, dolegało lub będzie dolegać. Z drugiej strony – słowa to sposób na „zagadanie” ciszy, ciszy przypominającej o tym, że zamiast z bliskimi w domu leżymy z „siostrami i braćmi w cierpieniu” – z ludźmi, którzy nagle stają się nam niezwykle bliscy, ponieważ lepiej niż „ci z zewnątrz” rozumieją tę „grozę”.

Smutkowi towarzyszy zmęczenie. Oczekiwanie na zabieg niezwykle męczy. Od rana czuję, jak z minuty na minutę siły mnie opuszczają. Kolejne godziny bez jedzenia, bez picia. Dostaję tabletkę przed zabiegiem i jeden malutki łyk wody. To wszystko, na co mogę liczyć. Na zmianę drzemię i odmawiam Różaniec.

Zabieg się opóźnia. Nie wiem, czemu, ale wysyłam smsa do osoby z którą łączy mnie kawałek trudnej historii. Piszę: „Wybaczam”.

Następnego dnia spotykamy się i na Eucharystii zaczynamy relację na nowo. Ewangelia z tego dnia mówi o wybaczaniu. Aż siedem razy? Nie. Aż siedemdziesiąt siedem – nieustająco! On mi, i ja jemu. Nowy początek, w Jezusie który jest zdolny uzdrowić i jego, i mnie.

Wtedy też rozumiem, że ten pozornie niezrozumiały gest – wysłanie smsa do kogoś, z kim nie rozmawiałam od miesięcy – był wykonany z Bożego natchnienia. Modlitwa została wysłuchana.

Lekcja przebaczania

Długo myślałam o przebaczaniu wyłącznie jako o akcie woli, który ma sprawić, że będę w stanie ociąć się od przeszłości. Jednak to „odcięcie się” nie nadchodziło. Psychologiczne przepracowanie dało mi zrozumienie natury sytuacji, ale nie było tego upragnionego domknięcia. Chciałam wyrównania rachunku, choć było to niemożliwe. Chciałam, by ktoś oddał mi te wszystkie wypłakane łzy. Chciałam cofnąć wypowiedziane słowa.

Sama decyzja woli – chcę wybaczyć – jest ważna. Ale wybaczenie, „oczyszczenie” i uzdrowienie nie nastąpi, dopóki nie będzie w tym Jezusa. Jego uzdrowienie sprawia, że doznane krzywdy przestają aż tak boleć, a nawet jeśli ból jest – nie jest on już aż tak ważny. Jego łaska pozwala wybaczyć sobie popełnione błędy i wybaczyć drugiemu jego potknięcia – co sprawia, że możliwy staje się dialog.

Zaproszenie Jezusa do swojego życia jest również decyzją. Decyzją, którą podejmuje się później wielokrotnie. Codziennie. Wiele razy dziennie, podejmując decyzje jak postąpić. Co zrobić? Co wybrać? Czy ulec pokusie, czy zanurzyć się w Bogu? Która decyzja byłaby milsza Bogu? Niemniej decyzja jest początkiem RELACJI. Relacji, w której mamy szansę Go lepiej poznać. Poznać Jego logikę.

W kwestii wybaczania wiara podopowiada: każdy jest „winny”. Każdy jest grzesznikiem. Każdemu z nas Jezus wybacza, codziennie. Odczuwamy to wybaczenie szczególnie w sakramencie pokuty i pojednania. Jeżeli mi zostało wybaczone i jeżeli mam się stawać bardziej jak Chrystus, to i moim zadaniem jest wybaczyć. Zaprosić Jego – tego, który uzdrawia mnie podczas spowiedzi, do relacji z kimś do której On może przynieść przebaczenie.

Mam wrażenie że pełne przebaczenie nie jest możliwe, dopóki nie odczuwamy swojej godności dziecka Bożego. Jeśli opieramy się na standardowym systemie wartości, jeśli oceniamy siebie według tego, jacy jesteśmy, co posiadamy, co jest dla nas w życiu ważne – to każdy spór w ważnym dla nas obszarze, w którym pojawia się odmienność może nas zranić. Świadomość bycia dzieckiem Bożym sprawia, że zmienia się nasza perspektywa. Godność dziecka Bożego to coś, co nigdy nie znika. Może być zasypane stosem grzechów, ale wciąż JEST. Zatem żadne ludzkie słowa nie są w stanie jej nam odebrać. Żadne zranienie nie może jej zniszczyć.

Wciąż jest mi smutno, że sama nie potrafiłam dać koledze przestrzeni w relacji. Wciąż jest mi smutno, że on przez długi czas chyba nie rozumiał, czym jest moja choroba. Ale to nie jest najważniejsze. Po pierwsze – dlatego, że różnica doświadczeń, różnica zdań, różnica perspektyw już nie uderza we mnie, w tego człowieka opierającego się wyłącznie na ludzkim postrzeganiu świata. Zmiana perspektywy sprawiła, że wiele rzeczy już nie jest „aż tak” ważnych.

Godność dziecka Bożego to coś wyrastającego ponad wartościowanie, które proponuje nam psychologia. A skoro perspektywę ustawia godność dziecka Bożego, pojawia się logika krzyża – i ja i on jesteśmy grzesznikami. Każde z nas codziennie „zaciąga dług”, który Jezus spłacił na krzyżu. I wiemy, że sami go nie spłacimy. Oddanie tego długu w ręce Tego, który go już dawno spłacił sprawia, że możliwe jest i wybaczenie, i uzdrowienie. Wyciągnięcie wniosków i zamknięcie pewnego etapu.

***

Wysłałam dziś smsa do innej osoby. Nie wiem, czy dostanę odpowiedź. Ale nie jest to już aż tak ważne, nie jest kluczowe. Najważniejsze jest to, że zamiast nosić tę ranę w sercu, poprzez decyzję – chcę prosić o wybaczenie i wybaczam – oddałam ją Jezusowi. Daję uzdrowić siebie oraz swoją perspektywę w tej kolejnej trudnej relacji. Przebaczenie można przyjąć, ale można odrzucić, podobnie jak Boga. Każdą decyzję uszanuję.

Sama jednak w tym momencie zrobiłam to, co słuszne. Wyciągnęłam rękę nie patrząc, czy to moja, czy nie moja kolej. I cieszę się, że Bóg dał mi do tego siłę, natchnął mnie do takiego działania. Działania, które jest możliwe tylko w Bogu (choć nie każdy zdaje sobie z tego sprawę 😉 ). A wiem, że to dopiero przygotowanie na najtrudniejsze i najpiękniejsze wybaczenie, które mnie czeka.

I tak szczerze mówiąc, już nie mogę się doczekać, aż dojrzeję i do tego „najtrudniejszego” wybaczenia. Wierzę, że zakorzenione w Chrystusie z czasem przyniesie uzdrowienie i mi, i tej drugiej stronie.