Pamiętaj o śmierci

Pamiętaj o śmierci

Oddychanie. Dopóki nie mamy z nim problemów, nie zauważamy nawet własnego oddechu. Podobnie jest ze zdrowiem oraz… życiem.

Życie jest kruche – to frazes, ale bardzo prawdziwy. Równie kruche potrafi być poczucie bezpieczeństwa oraz tego, że będziemy wiecznie młodzi. Że nie musimy myśleć o jutrze, ponieważ, no cóż, będzie jutro. Zapominamy, że kiedyś i na nas przyjdzie czas.

Niestety (a może na szczęście?) nie mam komfortu nie myślenia o sprawach ostatecznych. Ostatnie dni spędziłam na refleksji nad własnym życiem, które niebawem może, ale nie musi, ulec wielu zmianom. Porządkuję papiery i hasła. Próbuję pomyśleć, w jaki sposób mogłabym ułatwić innym działanie w sytuacji, gdyby jednak coś mi się stało… Nie, nie jestem śmiertelnie chora. A przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo. Najbliższe tygodnie powiedzą mi, czy jest możliwy nawrót czy nie. Czy to, co znowu sobie wyrasta w moim ciele to  nic czy to nowotwór, który znowu utorował sobie drogę.

***

Jeśli to nic, to w najbliższym czasie zajmiemy się drugą zmianą na szyjce macicy i tak powinny się skończyć moje przygody. Jeśli jednak to coś jest zmianą patologiczną, może się okazać, że się nie wywinę. Że znowu będzie wdrażane leczenie. Że będę po raz kolejny przechodzić koszmar niepewności. Że znowu to, co próbuję z mozołem budować rozsypie się w proch.

A może tym razem jednak dam radę? A może nie będę tak przestraszona? Zbliżają się finalne kilka tygodni niepewności. Za ten czas powinnam już wszystko wiedzieć. Na razie myślę.

***

Wracam myślami do wieczoru, 24 lipca 2010 roku, gdy w myślach żegnałam się z życiem. Przyjęłam tamtego dnia sakrament chorych. Byłam spokojna. Część mnie cieszyła się na moment przejścia, może nawet miała nadzieję, że to wszystko skończy się już tam, krwotokiem nie do zatrzymania, który mi groził. Wtedy myślałam, że chcę jeszcze zostać, by spróbować naprawić swoje błędy. Teraz, gdyby coś miało się stać i miałabym stanąć po drugiej stronie na sądzie to wiem, że jedyne czemu mogę zaufać to nie ja, nie moje działania, ale Miłość i Boże miłosierdzie.

Walczyłam przez te lata na różne sposoby. Historia zatoczyła koło i teraz staję przed poprawką sprawdzianu z 2010 roku. Czy będę umiała z pokorą przyjąć wszystko, co mnie czeka? Czy będę się szarpać i walczyć z wiatrakami? Czy zaufam Bogu? A może znowu zamknę się na Niego pytając: czemu mi to uczyniłeś? Wiem, że teraz, gdy jeszcze czekam, odpowiedzi są nieważne. Ważne jest tu i teraz, to, jak Bóg chce mnie prowadzić właśnie dziś.

Ale jutro już (o ile nic nie stanie na przeszkodzie i zostanę dopuszczona do zabiegu) będę pościć. Będę głodna i spragniona liczyć kolejne minuty czekania na zabieg, a gdy się wybudzę – minuty mijające do momentu, gdy będę wreszcie mogła napić się herbaty. A potem będą dni oczekiwania na wynik. Na wyrok bądź ułaskawienie. Z jednej strony będę walczyć o zachowanie normalności. Z drugiej strony, będę bała się odebrać telefon z nieznanego numeru. Bo jeśli to oni zadzwonią to znaczy, że jest źle.

***

Wcześniej miałam nadzieję, że ludzka obecność złagodzi ból. Teraz, po latach, widzę, że tylko Bóg jest na tyle blisko, by być ze mną w chwilach, gdy drugi człowiek nie jest w stanie wejść w moje doświadczenie. Gdy inni mogą tylko wysłuchać bądź powiedzieć: „współczuję”, On jest w tym doświadczeniu od początku do końca…

Zatem, na Tobie Boże będę polegać, choć nie wiem, na ile mi wystarczy sił. Ale wierzę, że tam gdzie się skończą moje siły, weźmiesz mnie na ręce i poniesiesz mnie dalej. Jak w opowieści – na piasku będzie tylko jeden ślad stóp. Do tej pory szliśmy obok, a teraz gdy zabraknie mi sił – pomożesz…