Czekając na wyniki

Czekając na wyniki

Poprzednim razem nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Teraz – uczę się, jak ufać bezgranicznie.

Śmieję się trochę, że czekam na wyrok. Jeśli zadzwonią – jest źle. Jeśli nie zadzwonią – jest dobrze. Ostatnim razem dzwonili. Jeszcze wcześniej, osiem lat temu, otrzymane wyniki wywróciły mój świat.

Pamiętam, jak kolega tłumaczył mi, w jaki sposób chce skonstruować swoją grę planszową opartą na realiach II Wojny Światowej. Pamiętam parapet, na którym palcem rysował różne znaki. Szary parapet, szary widok za oknem. Pierwsze dni września, Bródno. Kilka godzin czekania i wreszcie są. Wyniki. I skierowanie do Centrum Onkologii.

Rozmowy w Centrum nie pamiętam zupełnie. Pamiętam, że lekarz mnie bada, że coś do mnie mówi – ale co? Nie pamiętam zupełnie. Słowo „nowotwór” zacznie pojawiać się w mojej świadomości pół roku później. Dopiero wtedy dotrze do mnie, jak jest. Dopiero jak już będę nienawidziła leków, które musiałam brać codziennie. Jak dowiem się, że mam iść na histeroskopię, a wcześniej na rezonans magnetyczny. Potem znienawidzę rzeczywistość i ludzi, którzy bagatelizują mój problem – ponieważ wciąż studiuję, ponieważ nie straciłam włosów a hospitalizacje są krótkie. To była długa i bolesna droga.

***

W grudniu 2017 roku będąc w szpitalu żyję tym bólem. I czekając na wyniki. Żyję przeszłością, żyję cierpieniem lat, w których straciłam wszystko, co było dla mnie ważne. Dopiero teraz dostrzegam, jak wiele dobra dała mi ta „utrata” oczekiwań, pragnień, wyobrażeń. Po latach przyniosła pewną dojrzałość – i nie tylko. Jednak jeszcze w tamtym czasie myślę tylko o tym, co straciłam. I o tym, co jeszcze mogę stracić.

Telefonicznie jestem przynaglona, by odebrać wyniki i zapisać się szybko na wizytę. Gdy już wiem, co mi jest, płaczę. Nie jest bardzo źle, nie jest dobrze. Jest źle. Dzień później idę na wigilię do redakcji WIĘZI, ale nie ma we mnie tej spontanicznej, czystej radości. Cieszę się, że widzę ludzi dawno nie widzianych, jednak we mnie jest pustka i pytanie: „co dalej?”.

W dniu, kiedy odbieram wyniki, idę na adorację. Sama się sobie dziwię – po co? Zamiast odwrócić się na pięcie, obrazić – idę do Niego? Bóg był dla mnie wtedy Kimś wielkim, ale Kimś, kto żył obok. Kto nie miał chyba ochoty nadmiernie ingerować w moje życie. Kimś potężnym, wszechmocnym (i tu wpiszcie wszystkie zacne przymiotniki). Ale odległym. Obserwatorem w moim życiu. Kimś, do kogo często sięgałam myślami, a potem zatapiałam się w swojej bolesnej rzeczywistości.

Dzieją się wtedy dwie rzeczy. Po pierwsze, starszy mężczyzna wychodząc wręcza mi rozważania różańcowe. Jestem zdziwiona. Do tej pory jeszcze do nich nie zajrzałam, choć wróciłam do samej modlitwy, po części właśnie dzięki temu gestowi.

Po drugie – modlę się. Szczerze. Bez granic. Mówię: Boże, śmierć albo życie. Weź się zdecyduj, gdzie mam być. Czy mam dalej iść drogą śmierci, czuć jej oddech na swoim karku? Jeśli tak, to skróć to. Jeśli nie – weź się ogarnij, daj mi życie! Życie albo śmierć – Twoja decyzja. Decyduj, ja nie mam siły tak dalej żyć.

Potem jeszcze przez ponad miesiąc będę się zmagać z różnymi sprawami. Aż wreszcie nastąpi spowiedź, opisana przeze mnie w innym wpisie. I seria cudów.

Dziś mija miesiąc, odkąd odzyskałam życie. A właściwie – otrzymałam życie na nowo.

***

Idąc do ZUS zaglądam dziś do kościoła. Są rekolekcje. Ksiądz Tomasz mówi do młodzieży z takim zaangażowaniem, że choć jestem w niedoczasie siadam w przedsionku. Nie śmiem nawet wejść do świątyni pełnej ludzi. Zostaję ponad 40 minut. Potem wzruszona podchodzę, podziękować, ale niewiele jestem w stanie z siebie wydusić.

Jeden wątek uderza mnie bardzo mocno. Chodzi o ludzką i Bożą perspektywę. Z ludzkiej perspektywy, życie Jezusa było niczym. Ot, taki „prorok”, cośtam chodził i nauczał, ale ani żadnej książki nie napisał, ani nie zdobył bogactwa, ani nie zajmował jakichś wielkich stanowisk, mało tego – zginął najbardziej hańbiącą na owe czasy śmiercią. Ale nie w Bożym planie. Z Bożej perspektywy – przez Niego dokonało się zbawienie.

Pomyślałam sobie wtedy o tych wszystkich latach. O tym wszystkim, co straciłam. O tym, że po ludzku wielu rzeczy nie odzyskam, nie nadrobię. Że z mojej, ludzkiej perspektywy ten czas był szamotaniem się, walką z wiatrakami. Ale nie u Boga… I dopóki będę patrzeć z ludzkiej perspektywy, będę widzieć zniszczenie, a droga do „poukładania sobie” w głowie będzie długa. Zapewne owocna, w końcu nie brak dobrych psychologów. Jednak będzie to wciąż praca z głową. Z tym, co myślę, nad tym, co czuję.

Praca odbywające się na obszarze, który poza wszelakimi potrzebami, pragnieniami i myślami przenika jedno pragnienie: pragnienie Boga. Coś, czego psychologia nie ogarnie nigdy. Pragnienie spotkania, które – gdy wreszcie nastąpi – wywraca absolutnie wszystko do góry nogami. Dopiero dając Bogu wolną rękę daję przestrzeń by mógł mi pokazać, co się wtedy działo, w najciemniejszych momentach mojego życia – z Jego perspektywy.

Niby o tym wiem. Jest to jedna z tych prawd, które rozumiem. Ale tam, w kościele na Opaczewskiej, zaczynam odczuwać ją sercem. Łaska Boża działa…

***

Czekam zatem na wyniki. Znowu. Albo na telefon. Z jednej strony mam w sobie lęk. A z drugiej…

To jest ten moment, gdy ja nie mam już sił na walkę, na zmaganie się, na wprowadzanie własnych rozwiązań. Oddaję to Bogu mówiąc: to teraz Twoje. Moje życie jest Twoje. Działaj. Ja już swoje pomysły wprowadzałam, wystarczy. I to Bóg walczy za mnie.

Obawiam się trochę, co będzie, gdy wyniki będą niepomyślne. Ale potem myślę sobie: Boże, to teraz Twoje. Z mojej perspektywy może być źle, ale teraz to ja się uczę Twojej  perspektywy. Pokaż mi. Jak Ty to widzisz? A jeśli będą dobre? Będę się cieszyć 😉 i dziękować Bogu. Jeden problem z głowy, można pomyśleć. Ale… Zarazem była to niesamowita szkoła zaufania nawet w najdrobniejszych kwestiach.

Nie jestem jakimś wybitnym herosem, który teraz wyzbył się absolutnie lęku, ponieważ wie, że Bóg Izraela jest z nim. O nie. Jest we mnie ogrom strachu i lęków wszelakich. W różnych obszarach, a szczególnie teraz – w tym zdrowotnym. Jest jednak coś jeszcze – pragnienie, by jednak przeżywać rzeczywistość z Bogiem. Bez próbowałam nie raz i nie był to dobry pomysł. A z – tak totalnie, bezwarunkowo – dopiero zaczynam próbować…