Wielkopostne spotkanie

Wielkopostne zmagania

Nie spodziewałam się, że wrócę. Że pójdę do spowiedzi. I że po raz pierwszy od dawna, jeśli nie od zawsze, dopadną mnie wielkopostne zmagania.

Moje pierwsze poważne, młodzieńcze wielkopostne wyrzeczenia były czymś intelektualnym. Mówili, aby podjąć postanowienia – no to podejmuję. Był we mnie wtedy pewnego rodzaju automatyzm.

Zmieniło się to w czasie choroby, gdy Wielki Post trwał dla mnie cały rok. Zdrowotne przygody poniewierały mną cały czas. Bardzo rzadko odczuwałam jakiekolwiek wytchnienie. Wielkopostne zmagania trwały niemalże bez przerwy. Środa Popielcowa stała się datą bez znaczenia. Najpierw teoretycznie, a potem również praktycznie – gdy w ostatnich latach nawet nie pojawiałam się w kościele.

W międzyczasie niepostrzeżenie do mojego życia wkradło się kilka dość „skutecznych” znieczulaczy, a zniknęło kilka rzeczy ważnych. Długo nie miałam siły, aby odwrócić tendencję spadkową. Potem, gdy zaczęłam pomału wychodzić z dołka, nie wyobrażałam sobie swojego powrotu do Boga. Tak się jednak jakoś złożyło, że jestem. (Czytaliście? Jeśli nie to przeczytajcie, o spowiedzi). Gotowa do zamknięcia kolejnego etapu w swoim życiu.

Wielkopostne zmagania

Do tej pory też się zmagałam w myśl tego, co nie raz pisałam. Starałam się dać przestrzeń Bogu do działania. Często bez przekonania, często bardzo nieporadnie. Intelektualnie dostrzegałam wagę Wielkiego Postu. Starałam się działać na każdym związanym z nim obszarze: modlitwy, postu i jałmużny. Przekonywałam innych do czegoś, co wyczuwałam, że może mieć sens – ale nie czułam go sobą, tylko samym intelektem.

Otóż w tym roku jest inaczej, a ja wręcz kipię od radości. Po raz pierwszy od dawna. I mam wrażenie, że (co przyznaję z trudem) gdyby nie ostatnie lata pełnie bólu, nie dojrzałabym do nowego postrzegania tego czasu.

Jeszcze dziś robię sobie ostatki. Ostatnie słodycze. Ostatnie chwile na Facebooku (o bardziej ludzkim wymiarze tej decyzji pisałam na Zapiskach Wojowniczki). A od jutra ruszam w pełni. Choć po części – nie mogąc się doczekać (!) – już dziś odinstalowałam Facebooka i Messengera z komórki. Już czuję, jak rośnie moja chęć ponownej instalacji, ale jednak… nie.

To jest czas dla Boga i dla mnie. Inni, którym tyle czasu poświęcałam, TERAZ mogą poczekać. Sprawy, które jeszcze niedawno były niezwykle ważne, TERAZ mogą poczekać.

Spotkanie z Bogiem

Wielki Post rzeczywiście jest czasem spotkania. A spotkanie wymaga wysiłku. Na spotkanie potrzeba czasu, potrzeba energii. Zatrzymania się. Niekoniecznie oglądania kolejnych filmików z kotkami czy papużkami, albo kolejnych „lifehacków”, czasem nawet rzeczywiście przydatnych. Te wszystkie znieczulacze i zjadacze czasu sprawiały, że w ciężkich chwilach byłam w stanie jakoś przetrwać. Trochę jak więzień, który żywi się tylko tym, co dostaje od strażników – i trwa.

Ale teraz więzienie zaczęło się trząść w posadach. Moje duchowe więzienie zaczyna się walić. Ostatnio Ktoś obdarzył mnie takimi łaskami, dzięki którym podnoszę się. I z nowymi siłami, mimo lęku, chwilami przerażenia, mimo smutku – zaczynam szukać innych niż dotychczas rozwiązań. Zaczynam szukać nowych dróg. Zaczynam szukać siebie.

Spotkanie, jedno z najpiękniejszych, już miało miejsce – w sakramencie pokuty i pojednania. Było dla mnie jak przebudzenie. Jeszcze nie pełne, ale na tyle, bym zorientowała się, że właśnie zostałam wezwana do walki, po długim czasie przygotowania.

Ostateczne starcie

Są takie chwile w życiu, gdy człowiek wyczuwa: teraz, albo nigdy. Albo teraz podejmie pewne decyzje, albo ominie go okazja do zrobienia czegoś. W tej chwili właśnie tak się czuję. Po długim czasie zmagań i duchowego przygotowania przyszedł moment na to, by zamknąć pewien etap w życiu. Teraz, albo nigdy.

Brak słodyczy? Odcięcie od Facebooka? Modlitwa? Trzy rzeczy, które można robić w każdym czasie. Ale u mnie są trzema narzędziami na TEN czas. Słodkości, by wspomóc ciało w regeneracji. Facebook, by wreszcie wrócić do zaczytania, do pisania, do zajmowania się swoimi sprawami a nie sprawami wszystkich dookoła, tylko nie swoimi. Modlitwa – by wytrwać. By ten trud nie było tylko dla mnie, ale też dla innych ludzi.

Wielkopostne zmagania. Wielkopostne spotkanie. Jestem zaskoczona radością, którą odczuwam. Wydawałoby się, że powinnam rozstawać się z fejsikiem z żalem. Albo wycofać się z decyzji. Ale nie. Nie tym razem.

Świecie, możesz poczekać. Moje życie duchowe, życie jako takie – nie poczeka. Bóg czekał długo.

 

I po raz pierwszy, od dawna, symbolicznie. Mówię Wam: cześć, dzień dobry! To ja. Ktoś, kogo nie było tu dawno. Z tej strony Natalia Świt.