„Moja miłość” – opowieść o spotkaniu i przemianie serc

Kadr z filmu "Moja miłość"

Seans otworzył śmiech spowodowanym niedosłownym tłumaczeniem tytułu. Śmiech, z którym zupełnie się nie zgadzam. Czemu? Ponieważ to głównie o miłości, a nie o odwadze wyznawania wiary jest film „Moja miłość”.

Film zaczyna się niepozornie i zdaje się być historią, jakich wiele. Młoda dziewczyna, Rachel, wybiera się na imprezę wbrew woli matki. Za karę jest „uziemiona” do końca wakacji. Matka idzie jednak krok dalej, widząc czy przeczuwając rozdarcie córki – wysyła ją na wieś gdzie dziewczyna odkrywa na nowo relację z Jezusem.

Od tej pory młoda bohaterka będzie prowadzić życie na granicy. Będzie lawirować między tym, co było i jest dla niej w życiu ważne oraz nowym odkryciem, które niesie ze sobą konsekwencje: jest Ktoś, kto pokochał ją ponad życie. Podejmowane decyzje raz zbliżają ją, raz oddalają od ścieżki, po której – jak widzimy – w głębi serca chce podążać, choć nie zawsze wie, jak.

Są w tym filmie sceny wzruszające, ale i sceny zabawne. Jest całe spektrum emocji i problemów rodzinnych. Jest i miejsce na duchowe rozterki. Chwilami bardzo głębokie, chwilami wydające się naiwne. Wciąż jednak – ważne dla drogi, którą podąża Rachel.

Jej historia, opowieść nadziei, o wyborze miłości, przeplata się z historią dwóch młodzieńców o wyborze nienawiści. Od samego początku wiemy, że nie będzie tradycyjnego happy-endu. Otwierające film prawdziwe ujęcia szkoły po masakrze dokonanej przez dwóch uczniów, filmowe przeczucia Rachel oraz powolna radykalizacja wspomnianych bohaterów, zafascynowanych Hitlerem – to wszystko prowadzi do nieuchronnego końca. Wyczekujemy go – wyczuwając jednak, iż to, co dla świata jest końcem, oglądane z perspektywy wiary może być początkiem.

Nie jest to może film wybitny pod względem fabuły, gry aktorskiej, zdjęć. Jest dobry – wystarczająco dobry. I paradoksalnie jest to jeden z dużych jego walorów. Zdarza się tak, że wybitny aktor czy wspaniałe efekty specjalne zasłaniają fabułę. Zdarza się, że pewne braki potrafią widza od fabuły nieco odciągnąć (jak chwilami w filmie Loyola). A tu –nie ma przesłonięcia. Można skoncentrować się na tym, co najważniejsze.

Chwilami przekaz jest bardzo uproszczony. Sceny, w których Rachel w czasie wakacji przeżywa nagle nawrócenie, bądź w którym rozważa samobójstwo są proste. Nie ma wielu słów, wielu dodatkowych scen. Może kłóci się to z magią kina, która sprawia, że krótkie spojrzenie potrafi trwać kilka minut, jest jednak prawdziwe. Często największe decyzje, największe dramaty rozstrzygają się na przestrzeni sekund.

Wiele jest w tym filmie prawdziwości. Niezręcznych sytuacji, smutków, z którymi nie otwieramy się przed nikim innym – tylko przed Jezusem. Wzniosłych chwil i uniesień, które opisujemy wielkimi słowami oraz trudnych chwil, które sprowadzają nas na ziemię. Ten świat nastolatki też jest dość prawdziwy – przynajmniej mi przypomniał moje nastoletnie zmagania, odejścia i powroty.

Czy ten film może przyczynić się to „przemiany serca”? Można przeżyć pewne katharsis, przychodząc na seans. Myślę sobie jednak, że najważniejsze jest przyjść z otwartym sercem i będąc w postawie poszukiwania. Nie nastawiając się na obejrzenie filmu o tym, jak to warto trwać przy Chrystusie mimo „prześladowań” – niechęci czy niezrozumienia środowiska.

Po seansie długo jeszcze siedziałam w sali kinowej zastanawiając się, co dotknęło mnie najbardziej. I było to – wyjście do drugiego człowieka. Sama jestem po wielu zdrowotnych przygodach, które zdają się nie mieć końca. Przez ten czas wiele straciłam – również kontakt z ludźmi. Nie miałam sił, by podtrzymywać wiele relacji. Poznałam, co to ludzka obojętność.

Ojciec Leon Knabit w wielu rozmowach podkreślał, że jeśli człowiek czuje się opuszczony dobrze by było, by wyszedł do drugiego człowieka – ponieważ ten drugi człowiek może być w gorszej sytuacji i potrzebować naszego wsparcia. Ten film uświadamia, że bardzo istotnym aspektem chrześcijaństwa jest więź z drugim człowiekiem. Bez wyjścia poza nasze obawy, lęki, wyobrażenia, bez sięgnięcia do drugiego człowieka nie możemy nawiązać więzi. Będąc chrześcijanami – nie wychodząc poza własne ograniczenia nie możemy dawać świadectwa o wierze właśnie w codziennych sytuacjach. Tam, gdzie jest ono najbardziej potrzebne.

Siedząc na tej sali zdałam sobie sprawę, że sama noszę tak wielkie zranienia, że zamknęłam się na drugiego człowieka. Przestałam wychodzić do ludzi z dobrem, ze światłem, z nadzieją. Wciąż nie jest łatwo, ale po obejrzeniu tego filmu zauważyłam, jak ważne w życiu chrześcijanina jest: poszukać drugiego człowieka. I to jest mój skarb, który oglądając „Moją miłość” odkryłam i który od tego momentu staram się pielęgnować wbrew smutnym wspomnieniom.

Nie jest mi łatwo, ale i Rachel nie było. Podążanie za Jezusem samo w sobie nie jest łatwe. Bywa, że wierność Bogu przynosi wiele łez. Jednak na końcu zawsze jest uśmiech i tryumfujące dobro. A w tym przypadku, dzięki filmowi – dobro, które ma szansę dotknąć kolejne serca.

Dasz się dotknąć?