Już tam byłam…

Już tam byłam...

Już tam byłam. Przeglądając wpisy na stronie zobaczyłam, że cztery lata temu również podjęłam próbę ograniczenia korzystania z Facebooka. Wtedy – niezbyt udaną…

Na moim profilu pojawiła się informacja: „Kochani moi. Dla mnie już zaczyna się Wielki Post. W pilnych sprawach proszę o kontakt mailowy (niedługo zmieniam operatora więc również komórka będzie w ograniczonym użyciu). Pozdrawiam i do napisania na Wielkanoc.” Wtedy również czułam, że jest to dla mnie kwestia życia i śmierci. Trzeciego dnia Wielkiego Postu pisałam:

Są takie dni w życiu katolika, gdy musi podjąć kroki radykalne. I to jest właśnie taki moment w moim życiu. Jestem poraniona. Cholernie poraniona. Za jakiś czas wrócę do tego tematu, ponieważ mam poczucie, że jest bardzo ważny. O pewnych sprawach i mechanizmach duchowego życia warto mówić otwarcie – na razie jednak nie czuję się na to gotowa. Wylogowanie się z wirtualnego świata, odcięcie się pomaga mi skoncentrować się nie na tym, co się dzieje na tablicach znajomych, tylko na tym, co się dzieje ze mną. Co jest dla mnie ważne i w którą stronę chcę dążyć.

Pojawiły mi się w głowie podobne refleksje, jak teraz, oraz podobna tęsknota do naprostowania pokrzywionych niemiłosiernie ścieżek.

Kiedy toczę wewnętrzną walkę o siebie, o to, co dla mnie ważne, potrzebuję odosobnienia. Może nawet wręcz odcięcia się od pewnych spraw i ludzi, których poglądy życiowe nie pokrywają się z moimi.

Dopiero w samotności można „przetrawić” posiadany materiał poznawczy. Spojrzeć, co wpisuje się w moją wizję człowieczeństwa, a co muszę odrzucić. Życie w świecie ma swoje wady – chociażby to, że w codziennych kontaktach, w których dominują relację z osobami zdystansowanymi do Boga, wiary, Kościoła łatwo zatracić siebie.

W tysiącu pytań i wątpliwości łatwo zboczyć z własnej ścieżki i dać się pokierować innym, idąc tam, gdzie nie bardzo się chce iść. W pewnym momencie zaś stajemy i patrzymy na nasze „dokonania”, które kłócą się z wizją nas, którą mieliśmy. Z wizją drogi, którą mieliśmy iść. Wylogowuję się z Facebooka do Wielkanocy. Po to, by coś zmienić.

 

Kilka dni później napisałam o czymś, co towarzyszy mi również teraz: nagłym wzroście czytelnictwa, odwrotnie proporcjonalnym do czasu spędzonego w social media:

Kiedyś połykałam książki. Ostatni rok był pod tym względem czasem bardzo skąpym. Nie mając siły na wiele rzeczy, odpuściłam sobie również czytanie, nie znajdując w nim przyjemności takiej, jak wcześniej.

Dla mnie to ogromna pozytywna zmiana. Również więcej czasu spędzam na pisaniu tekstów na bloga. (…) właśnie czytanie książek i pisanie było przed ponad rokiem i wcześniej aktywnością dającą mi wiele satysfakcji i siły do dalszych działań.

Wtedy wyzwanie to nie powiodło się do końca, choć pod wieloma względami było owocne, o czym słowo piszę na Zapiskach Wojowniczki. Skąd więc pewność, że powiedzie się tym razem?

Zdradzę Wam pewną tajemnicę.

Nie mam żadnej gwarancji, że tym razem się uda.

***

W ostatnich latach wielokrotnie stawałam do walki. Wiele razy próbowałam poradzić sobie z różnymi trudnościami, z lepszym lub gorszym skutkiem. Przez ten czas miałam okazję zastosować różne strategie psychologiczne, rozłożyłam na czynniki pierwsze wiele nurtujących mnie kwestii. Nie mając siły wstać z łóżka przemyślałam wiele spraw. W swojej bezsilności, na miarę możliwości szykowałam grunt pod obecne zmagania.

Psychologia daje wiele narzędzi, które można wykorzystać z korzyścią dla człowieka. Jednak na końcu drogi okazuje się, że czasem brakuje tej jednej Bożej iskry. Pomocy od Boga, który ma moc zmienić wszystko.

Zauważam, że przez ostatnie lata Bóg dał mi wiele przestrzeni do samotnych zmagań. Do tego, bym próbowała uzdrowić siebie własnymi siłami. Pokazywał, gdzie są moje granice jako człowieka, ale jeszcze nie ujawniał się. Wiedział, że mój kark trudno się zgina przed kimkolwiek i potrzeba czasu, bym uznała Jego panowanie w swoim życiu. Bym wpuściła Go do całego swojego życia, nie tylko do pewnych fragmentów. Bym nauczyła się być szczerą wobec Niego.

Wszystko to zmienia się na przestrzeni czasu. Może się okazać, że za jakiś czas znowu ucieknę, bojąc się krzyża. I to jest chyba właśnie ta zmiana, która miała nastąpić. W tej całej walce o zdrowie, o duchową wolność zauważyłam swoje ograniczenia. Zobaczyłam, że choć mogę zdziałać wiele, nie mogę zdziałać wszystkiego. Są sfery, w których nie mogę zdziałać NIC. O ile nie zaproszę Jego – nie do współpracy – do współpracy zapraszałam nie raz. Do bycia na pierwszym miejscu.

On czekał aż zauważę, Kim jest. I co może zdziałać. Aż dojdę do kresu swoich możliwości. Tacy ludzie jak ja nie poddają się, gdy dochodzą do ściany. Poddają się dopiero, gdy po próbach przesunięcia, zniszczenia ściany, po godzinach negocjacji padają bez sił na ziemię i wiedzą, że już się sami nie podniosą, że to jest ten moment, gdy jest koniec i dalej nie ma nic. Dopiero wtedy dają się przytulić i obdarzyć nieskończoną Miłością i miłosierdziem.

***

Także nie mam gwarancji, że tym razem się uda wytrwać w postanowieniu. Ale nie martwi mnie to. To już nie jest mój problem… Jak wiele innych spraw.